wtorek, 3 listopada 2015

Miszka cz. 2

            Dobry wieczór i od razu kilka uwag technicznych. Wszystko, co pojawia się na blogu, pojawia się automatycznie na chomiku woorkroom2007, w formacie PDF- z mniejszym lub większym poślizgiem czasowym. Osobiście, zachęcam do korzystania z chomika. Do waszej dyspozycji czeka 40 MB darmowego transferu (a to całkiem sporo, zważywszy na to, że pliki tekstowe nie ważą zbyt dużo.) Do tego, każdy tekst zawiera okładkę, stronę tytułową, przedmowę, czasami słowniczek lub inne dodatki. Uprzedzając ciekawskich- dodatki NIE zawierają moich nagich zdjęć i dziękujcie za to Bogu. Każdy plik jest darmowy i legalny, tak więc szanse wtargnięcia SWOTu na chatę (o ile nie posiadasz nielegalnej hodowli pietruszki) są minimalne. I to by było na tyle w kwestii formalnej.
A teraz całkiem inna gadanina. Wspominałam już, że należę do pewnie niewielkiej grupy osób, które nie lubią muzyki. Czasami jednak trafię na melodię, która naprawdę tak chwyci za serce, że aż chce się wyć. Czymś, co zachwyciło mnie ostatnio jest  intro do mangowej serii Shingeki no Kyojin. (Polski tytuł: "atak na tytanów"). Fantastyczna, niesamowicie energetyczna melodia, która sprawia, że ma się ochotę wstać z fotela i kopać badassów po tyłkach. Sama seria... hm... jak lubicie wnętrzności, olbrzymy i paszcze pełne wielkich zębów, to z pewnością znajdziecie tu coś dla siebie. W przeciwnym wypadku zostańcie tylko przy muzyce. Do posłuchania tutaj.

Kompletna wersja do poczytania online tutaj: Miszka


Miszka
część druga


Prendko, oj prendko zwiedzieli się gospodarze zacne o żałości w obejściu Ryśkowym. Zbiegli się z pól, z chat, z obórek i z chlewików, wszystka wieś. Nasomprzód dzieciury nieusłuchane i zaczęły myszkować po caluśkiej zagrodzie, bacząc jednak aby co się z daleka od ryśkowych kułaków trzymać. Potem zwlokły się baby, jak to zwyczajne- wszystkiego ciekawe i gadatliwe. Widząc zapłakaną Hankę same zaczęły w głos lamentować.
-A do kreminału! Do kreminału!- krzyczała gruba Wojcieszkowa, jeno rozeznać się było trudno czy to Wojcieszkowa ma do tego kreminału iść czy też ktosik inszy.
-Po policmajstra wysłać tam kogo!- wrzeszczała dziobata Nastusia, kowalowa narzeczona.
- Antek, Jurek, Felek, a zaprzągajta tam konie do woza i jedźcie do miasteczka!
-Iiii tam... konia byde marnować.- odszczekiwał się parob jeden z drugim.- Niech się ktoś bez pola do komendantury puści.
-Ja cię się puszczę, ty taki owaki!- groziła Nastusia chłopakom pięścią w kułak zwiniętą. Ale chłopakowie tylko zębami w uśmiechu błyskały.
-O wa, wa! Ty się akurat tego boisz kieby mysza słoniny.
I prentko siem okazało, że Nastusia, mimo, że kowalowi przyrzeczoną była, to tego puszczania w ogóle się nie bojała, bo galatno dała zaraz dowód wielki swojej odwagi i na kupie słomy przykładem przed parobczakami świeciła a i czem więcej tyż.
Na koniec zeszli się dostojni gospodarze, ode pługa prosto oderwani. Poważnie obejrzeli dziurę w obórce i uczone delibracyje głośno wypowiadali. Gospodarze, to nie spod ogona byle komu wypadli. Ognia w sobie nie majom jako babskie lebo dziecińskie nasienie. A gdy już się naoglądali i jęzorów nastrzępili do chałupy weszli. Wszystkie ławki obsiedli, wolno, wolniuśko se po fajeczce pykali i w ten sposób mędrkowali.
-Trza pójść do Jankiela, do arendarza i spalić ten świński pomór.- zadecydował Hendryk, włodarz we wsi najpierwszy. Samych krów miał cosik z pięć ogonów, a co świń, co kurczaków, co gęsków i co pola! Niezliczysz.
-Jeno niepoczciwość na wieś spada. Bo to pierwsza kradzież? A kto Helce Kruczance pościel z płota zajumał? A gacie starego Brzechrotki? A koszule Pawlakowej? Nowiuśkie koszule!
-Spalić!- przytaknął mu dziad proszalny Netyczka, bieluśki na głowie i na gębie niczem święty jaki, co to go na obrazie w monastyrze malują.- Spalić! A popioły na cztery wiatry rozrzucić.
-A jak to nie Żydki?- wtrącił kowalowy parob Antek.
-Jak nie Żydki? To kto niby miałby świniaka kraść? Może krześcijany?
-To może Cygany? Ot, we Wronkach, ode przedwczoraj cała banda ich tam siedzi.
-Więc Cyganów też spalić.- rzekł Hendryk, wolno se z gęby obłoczki fajkowego dymu puszczając.
-A popioły rozrzucić. Rozrzucić i jeszcze raz spalić.- skinął głową Netyczka i z popendliwości, chude kieby szczapki, ręce nad głową uniósł.
-Na pohybel im!
-Na pohybel!
Rumor się w chałupie nagle zrobił. Chłopi z ław się podnieśli a oczyska tylko im gniewnie błyskały. Już, już iść mieli, smolne szczapy zapalać, widły z oborek wyciagać, gromadą sprawiedliwości szukać, gdy w tej właśnie chwili uczenił się hałas jakowyś we wejściu. Paczą dzieci, paczy Hanka, paczą gospodarze, paczy stary ojciec i nawet chudy Ryśko paczy. A to sam wójt z medalem urzędowym, na piersiach przyczepionym, się wtoczył do chałupy. Wójt to chłop był na skwał, brzuchaty, wąsaty, kutasowaty- jako to roboty i butelki zwyczajny. Ręce miał wielkie niczem bochny chleba, brzuszysko odęte ode smalcu i skarków, łeb wielki i nie od parady. Wszedł do izby i przystojnie pochwalił Pana Jezusowego jako to obyczaj nakazuje.
-Pochwalony.- rzekł tubalnym głosem.
-Na wieki.- mruknął chudy Ryśko.
 -Na wieki wieków- odparli gospodarze.
Gospodyni szybko zapaską stare krzesło przetarła i uprzejmie, tak jakby po pańsku, zaprosiła wójta by spoczął.
-Posadźcie se dupe panie wójcie, boście pewnikiem z drogi znużeni.- pedziała wdzięcznie, mieniąc się z tygo honoru na gębuli kiej jabłuszko.
 Aż obejrzał się Ryśko na swoją żonę, skąd jej się te hrabiowskie maniery biorą i mimo żałości swojej poczuł w głębi duszy dumę z żonki, że taka obrotna, taka dobrze wychowana, taka światowa, normalnie jakby lalka jakaś hrabiowska a nie zwykła baba. Wójt ujęty grzecznością gospodyni usiadł i skubnął naleśnika, który mu przysunęła. Na wierzchu szczodrze naładowane było konfitur, co czerwieniły się niby wilgotne usteczka krasawej mołodycy.
-Słyszałem, że nieszczęście się wam Ryśko stało.- pedział wójt, kiedy to już skończył naleśnika i wąsy z konfitur otarł.
-Ano świniaka mi skradli.- westchnął Ryśko.
-I to jakiego świniaka. Szynki miał takie, że ho ho- wtrącił stary ojciec.
-Samam go ode prosięcia wychowałam.- dorzuciła Hanka. –O, mundry był to świniak, munrdy. Bele czego to nie zjadł. Jak mu wczoraj starych ziemniaków rzuciłam to jeno pyskał i pyskał a jeść nie chciał.- i ryknęła znowu płaczem a za nią wszystkie dzieciaki, co to pochowane po kątach i pod piecem ozwartymi ze zdumienia oczami przyglądały się wójtowskiemu medalowi i jego świecącym od sadła skórzanym butom.
-Cichaj durna.- uciszył ją dobrotliwie wójt, bo żal mu było całej tej nieboraczej rodziny.
-Uczonego świniaka, wiedzę, że mieliście.- zwrócił się do Ryśka. Ten tylko głowę niżej spuścił i chlipnął cichutko.
Hendryk, gospodarz, nowięcej miał we sobie odwagi. Wstał i rzekł:
-Bo myśwa się własnie naradzali panie wójcie, żeby ich ogniem wykurzyć, te Żydy, kradzieje przeklęte.
-I Cyganów!
-I Miemców też, co to pod górką na kolonii siedzą!
-Przecie Miemcy że nie ukradli. To czemu  Miemców spalić?- zdziwił się wójt.
-A bo ich nie lubię.- hardo odparł parob kowalowy.
-Spalić i jeszcze raz spalić. A potem zakopać i podpalić jeszcze dla pewności!- darł się Netyczka, a ręką uskłą, podobną do konara drzewnego, w górze machał i tym niewidocznym złodziejom bohatersko wygrażał. Rozległy się krzyki chłopów, płaczliwe żale bab i wrzaski dzieciurów. Nagle każdy miał cos do powiedzenia, każdemu coś na wątrobie siedziało i niesprawiedliwością piekło. Temu kota ukradli, tamtemu w pola na trzy palce się worali, tej znowu ktoś studnie zapaskudził, inszej krowę zaczarowali bo jeno tylko byczki same rodzi a jałówki żadnej. I nagle każdemu się zdawało, że nieszczęście ryśkowe, to jego własne nieszczęście. Że trzeba gdzieś lecieć, kogoś bić, mścić się i głośno na swe krzywdy wyrzekać.
-Bij, zabij!
-Za kudły i we gnoju wytarzać!
-Takie krowę zaczarować!
 Lecz wojt tylko pięścią im pomachał, coby mordy zamknęli. Zarutko nastała cisza.
 –Nieprawością ten świat stoi.- kontynuował wójt.- Dzieci na rodziców swe ręki podnoszą, brat powstaje przeciwko bratu, siostra przeciwko siostrze. Jeno do wojny ludzie zdatni i do tyj nienawiści. Już nikt gospodarza nie uszanuje, nikomu ręka nie zadrży a jeno wyciąga po cudze i ani nie pomyśli, że za kradzież będzie się w ogniu piekielnym smażyć. Odwrócili się ludziska od Pana Jezuska to i Jezusek odwrócił się od ludzi. Pedział sobie- krześcijany som to nieusłuchane, piją, mienso w piątki żrom, nikt już na cnoty nie spogląda. Złość mają za czyn chwalebny, rozpustę za cnotę, kradzież za bohaterstwo, kurewstwo z wiernością mylą. Nieuczciwe som polityki to i ludzie biedne som nieuczciwe. I zamiast razem, jak braty kochane dążyć, by wszystkim lepiej się żyło i było to każdy ciągnie we swoją stronę aby się tylko bogactwa więcej nahapać. To i nie dziwota, że ta jedność międzyludzka siem rozerwie kieby jaka stara szmata. Takie czasy nastały, ja wama to mówię, wójt. Ino zazdrość, ino kłamstwo, ino nieusłuchanie.
Słuchali tedy wójta jak urzeczeni, bo zdawało im się, że mądrość wypływa z ust jego, grubych, tłustych i bardzo czerwonych.
-A byli kiedy to ludzie insi?- zapytał cichuśko chudy Ryśko.- Przecie, że zawsze na świecie były jeno wojny i nieposłuszeństwo.
-Prawda ci to. – rzekł mu wójt. – Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Ale przyjdą i czasy kiedy to ludzie będą inniejsi. Kiedy miast swarzyć się i kłócić zaczną godzić i bratać.
-A kiedy to panie wójcie najdzie?
-Ja nie wiem. – westchnął wójt i naleśnikiem sobie łzę z oka otarł, bo chusteczki jakoś było mu szkoda, co mu ją żonka prześlicznie wyhaftowała i na imieniny w podaronku dała. – Nie można zmienić innych, tak samo jak nie można prosić wilka by skórę swoją zrzucił i w łowcę się przemienił. Ino swoją skórę możemy odmienić, ino siebie przemienić. I prawda ci to, że złość jest łatwiejsza niż dobrość a zemsta słodsza niźli przebaczenie. Ale proszę was, braty, byście poniechali. Byście temu kapcanowi, który was okradł darowali. Bo tylko zmieniając siebie możemy choć po troszku zmienić ten świat niedobry.
Tu już nie wytrzymał Ryśko i do nóg wójtowi się pochylił, za buty obłapił i w cholewki całować zaczął. Hańcia z dziećmi pod obrazkiem przenaświentszym na ziemi se legła i głośno odmawiała pacierze, co rusz tryskając z oczu fontanną. Stary ojciec bił w piersi a głupie, przestraszone ciele znowu zaczęło sikać na słomę i napełniło izbę duszącym odorem amoniaku. Gospodarze gębami na ziemie padli i wnetki zaczęli tę ziemie pod stopami wójtowymi całować a mądrość okrutną jego w głos wysławiać.
-Boże przebacz mi miłościwemu!- głośno krzyczał Ryśko. Wójt pochylił się, z klęczek podniósł chłopa i z ojcowską dobrocią do piersi przycisnął azeledwie mu ziober nie zgniótł.
-A więc przebaczacie, kumie?- zapytał, sam wzruszony wielce.
-Przebaczam mu, przebaczam! Niech mie tak kolki zeprą jażem bych tu łgał wam w oczyska!- ryknął gospodarz.
-No i dobrze.- wójt z radości klepnął go w plecy aż zadudnily Ryśkowe płuca.- Skoro wy przebaczacie to i pan Jezusek wam swojego przebaczenia na sondzie świntym nie odmówi. Pakswobiskum, paksnabiskum.- Błogosławił kieby ojczulek świnty w Rzymie, ręką znak krzyża kręcąc. Łzy wzruszenia lały się po wszystkich gębach, a Hanusia to już w ogóle od płaczu nie mogła, jeno piskała głucho kieby kot jak mu się na ogon nadepnie.
-To hospodarz przedni!- wrzeszczał stary Netyczka.
Wójt jak wprzódzi gromadzie swej błogosławił ale widać było, że mu cosik jeszcze spokoju nie daje. Myślał, myślał, myślał i tak na twarzy czerwieniał, że już, już Hanka chciała mu uprzejmie drogę do sralnika pokazać, kiedy to pedział jeszcze:
- Jeno wiecie Ryśku... Przebaczyć można, bo to po ludzku, a i pan Bóczek przebaczyć nakazuje nawet wrogowi najgorszemu. Dobrość-dobrością, mądrość-mądrością, honor-honorem, ale wiecie wy co? Ale psa to wy sobie jednak kupcie, co by następnym razem flaki wypruł temu skurwesynowi,  jak mu się jeszcze kiedykolwiek zachce u was kraść. Bo przebaczliwym być można ale jeszcze lepij być nieokradzionym.
I z tymi mądrymi słowami po przyjacielsku walnął Ryśka w głowę aż mu wszystkie zęby o kant stołu zadzwoniły, pożegnał się i wyszedł z chałupy zadowolony z siebie bardzo, że w gromadzie i porządek przywrócił, i w pobożności utwierdził. Taki to był wielki człowiek, ten wójt.

cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. albowiem napisano: "nie będziesz kopiował, ani publikował, ani przywłaszczał sobie własności intelektualnej, która twoją nie jest. Azalibyś to zrobił- smażyć się będziesz, nieszczęsny, w areszcie na Góraczewskiej przez wieczność całą." Z listu św. pisarza do czytelników. 

poniedziałek, 2 listopada 2015

Miszka cz.1

Po długiej nieobecności spowodowanej i remontem, i problemami rodzinnymi (chociaż uściślijmy: brat męża to zwykła świnia a nie rodzina) jestem z powrotem. Nowe opowiadania mam i w głowie, i na dysku i po trochu wszędzie z wyjątkiem tego miejsca do którego słońce nie zagląda. Będą publikowane systematycznie po dokonaniu miliona korekt i tryliarda poprawek. Dzisiaj część pierwsza króciutkiego opowiadania pt. Miszka. Całość w postaci pliku PDF pojawi się na chomiku. Kiedyś.

Edit: Wersja na wynos dostępna już na chomiku tutaj.
Kompletna wersja do poczytania i ściągnięcia online tutaj: Miszka


Miszka
część pierwsza.


W złym humorze obudził się gospodarz, oj w złym. Ledwo co ślipia odemnknął już wiedział, że dzień będzie do dupy. Czy sprawiło to słońce, co ledwie tylko i nieśmiało przedzierało się przez ciężkie, deszczowe chmury, czy też może leżący na zapiecku ojciec, co stękał z bólu przez niespokojny sen, czy to może dopiero co wczoraj narodzone, chore cielę- co zeszczało się w nocy na podłogę, tak że śmierdziało łokrutnie w caluśkiej chałupie- któż to wie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że gospodarz obudził się zły a wtedy to już tylko kogoś do wybitki szukał, coby ukoić rozkołatane nerwy. Wyciągnął rękę spod brudnej pierzyny, niepranej aż ode Wielkiej Nocy i szturchnął żonę.

-Wystawiaj dupę Hanka.- zażądał twardo. Ale gospodyni tylko odburknęła niechętnie:

- Ta, ta, ta, na jamory ci się zachciało. Anim głowy do tego nie mam. Dej mnie jeszcze pospać ociupinkę.
Ryśko podniósł się letko, zwężonymi z wściekłości oczyma zlustrował groźnie małżowinę i szarpnął ją za nieuczesane kudły.
-Wystawiaj dupę Hanka, bo pożałujesz!- ryknął na cały głos. Teraz zbudzili się w chałupie wszyscy, łącznie z ciołkiem, ale nikt nie śmiał odezwać się ani słowem. Chudy Ryśko miał twardą rękę a wzburzony prał wszystko i wszystkich jak leci na nic nie bacząc. Dzieciuska (a było ich w chałupie aż ośmioro) zaszyły się głębiej w kożuchy i świńskie derki które służyły im za okrycia; chore, umęczone cielę wtuliło miękki pyszczek w kościsty bok; jeno stary ojciec z wytrzeszczonymi oczyskami spoglądał zza przypiecka na syna i synową. Gospodyni zbudziła się już na dobre i poznała łod razu, że to nie żarty. Szybko odwaliła bok pierzyny, podciągnęła tak wysoko do góry brudną halkę, że aż można było zobaczyć jej chude, wyssane cycki, strąciła piętą z łóżka dzieciaka, który z braku miejsca spał w nogach nędznego, małżeńskiego wyrka i czekała w strachu na zmiłowanie mężowskie. Chudy Ryśko zafrasował się troszeczkę. Po prawdzie miał nadzieję, że żona mu odmówi jak to zwykle bywało, a wtedy będzie miał pretekst by jej uczciwie dać po ryju jako ślubnemu w mocy byjącego. A tak? Cóż teraz miał robić biedaczyna? Ano jak się powiedziało „be” to trzeba i „ce” powiedzieć, coby powagi męża i łojca nie stracić. Ściągnął z brudnej dupy jeszcze brudniejsze, nigdy nie prane kalesony, obalił się prędko na żonę i , wstrzymując oddech, bo małżonce cokolwiek z mordy capiło, jak to po długiej nocy zwyczajnie- zrobił co zrobić musiał. Stęknął ze trzy razy, spuścił się kieby ten książowski byk, co to do rozpłodu krowy do niego doprowadzali aże spod Gnojnej Górki i z westchnieniem ulgi wrócił na swoją stronę łóżka. Gospodyni, aby czasu zbytnio nie tracić, odmawiała sobie w myślach zdrowaśki, bo to przecież nie po krześcijańsku tak się bez pacierza z łóżka podnosić.
...zacznijcie wargi nasze chwalić... ledwo co zaczęła a już było po wszystkim. Małżonkowie chwilę w milczeniu leżeli obok siebie, delektując się słodyczą owego małżeńskiego pożycia. „Chwilo trwaj”- jakby to powiedział ten, co to wielkim poetą był. Chudy Ryśko zdecydował się w końcu zwrócić żonie słuszną uwagę:
-A długo się będziesz tak wylegiwała w betach, ty kurwo nieskrobana?- zapytał, starając się nadać barwie swojego głosu cokolwiek cieplejszą nutę, bo wiadomo, do kobiety to jednak trzeba uprzejmym być. -Krowy już pewnie z głodu zębiskami o żółb uderzają, kurczakom trza jajka podebrać, bo się znowu bydom po całym obejściu walały i śniadania byś uwarzyła, coby człowiek nie musiał o suchym pysku do roboty zapierdalać jak onegdaj.
Na tę oczywistą prawdę Hanka podciągnęła kieckę w dół i wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Wraz z nią izba przebudziła się do życia. Dzieciaki podniosły się ze swoich legowisk, słusznie rozumiejąc, że już nie grozi im gniew tatowy. Rozgrzebały zapchlone bety i nuże zaczęły dokazywać- jak to dzieciska zwyczajne. A to mleko ze skopka wylały, a to nosy powsadzały w garnki od wieczerzy jeszcze na palenisku leżące i wyjadały wyschnięte kartofle, a to dmuchać zaczęły w wygasły ogień szukając w nim żaru, aż po całym pomieszczeniu latały farfocle szarego popiołu, a to cielę za ogon ciągnęły i zaśmiewały się serdecznie z jego boleściwego muczenia.
-Lakudry, nie dzieci.- zamruczał gniewnie chudy Ryśko, a gniew, którego słodki akt miłosny nie zdołał uśmierzyć, wzrastał w nim coraz bardziej i bardziej chociaż sam nie wiedział czemu. W końcu, gdy Marcelek, czwarty z najstarszych, piegowaty i nieco jąkała, zaczął stękać na całą izbę, udając miłosne jęki ojca- nie wytrzymał i wyleciał z łóżka- sprawiedliwie i bez wyjątku tłukąc dzieciury po brudnych mordach.
-Adyć wychowałabyś tę hołotę w poszanowaniu jako obyczaj nakazuje!- ryknął w stronę żony.- Żadnej poczciwości w nich nie ma. Żadnej bojaźni. Jakby się tu sam Jezusek najmiłościewszy w izbie nam objawił to nic, ino bych im były figle i psikusy w głowie.
-Jezusek się tu nie objawi, bo w całym obejściu capi jakby się papcio po pijaku znowu do miednicy zeszczał.- zauważyła rezolutnie malutka dziewuszka wyglądająca spod stołu.
-Oż ty!- ryknął papcio. Rzucił się w pogoń za dzieweczką ale ta była szybsza. Wypadła jednym susem na podwórko i przepadła w wysokiej pokrzywie. Chudy Ryśko szukał jej chwilę w zaroślach, chcąc kilkoma argumentami silnej ręki przywrócić swoją powagę ojcowską, ale dziecka już nie było. Rozgniewany gospodarz wrócił do domu wypatrując kogokolwiek lub czegokolwiek, gdzie mógłby dać upust swojej złości. Ale dzieciska były mądrzejsze. Rozproszyły się po całej chałupie i z zapałem jęły pomagać w porannym gospodarstwie. Jedne skrobały kartofle na śniadanie, inne zamiatały izbę, a jeszcze inne przyklękły pod świntym obrazkiem i odmawiały pacierze, głośno bijąc się w wyschnięte piersi. Po prawdzie, obrazek przedstawiał wydartą gdzieś, kiedyś z gazety reklamę maści przeciwgrzybicznej- ale cała rodzina chudego Ryśka- a i somsiedzi też- twardo wierzyli, że ta piękno panna to musi być ani chybi noświentsza panienka. Wprawdzie panna cosik cyckami za bardzo świeciła i odziana była bardzo nieobyczajnie- ale co wolno świntej panience to jej wolno. Obrazek ten znalazł jeszcze, racz mu dać Panie wieczne odpoczywanie, teściu chudego Ryska a łojciec sam rodzony Hanki, gdzieś na jarmarku, pod płotem. Legenda rodzinna mówi, że podniósł go, pobożnie ucałował, za pazuchę schował, do chałupy poniósł i w złocone ramki oprawić kazał aby się całej rodzinie szczęściło. I istotnie od tamtego czasu szczęściło się wszystkim. Wprawdzie teściu zmarł jakoś trzy miesiące później przygnieciony przez wóz z drzewem, krowy wybiła zaraza i trzeba było dać weteryniarzowi do dorżnięcia, spaliła się obórka i grad wydusił zboże – ale ogólnie to się szczęściło co niemiara. I jakże to teraz pod takim obrazkiem z cudów słynącym przetrzepać bachorzyskom dupska? No nijak. To jakby samiuśką świętą panienkę by chciał na kolanie położyć i w dupe przyłożyć. Chudy Ryśko aż się wzdrygnął od tej myśli nieczystej i przeżegnał pobożnie.
-A ode złego zachowaj nas Panie.- mruknął jeszcze, jakby sam znak krzyża najświętszego nie był dostateczną gwarancją obrony przed szatańskim pomiotem. A dzieciury tylko spod zmrużonych ocząt na tatula spoglądały i śmieszki- heheszki se robiły, nic a nic się go nie bojąc. W końcu Hanka skończyła z porannym oporządkiem chałupy. Na piecu perkotały kartofle w jednym garnczku, w drugim, wysokim i smukłym, kipiało niechrzczone mleko. Stary łojciec zwlókł się z przypiecka charcząc i plując ciemną flegmą.
-Co to łojciec tak pluwa jakby w chlewie?- spytał rodzica chudy Ryśko. Bosą stopę wycierał właśnie o rozmiękłe klepisko, gdy przez nieuwagę wdepnął  w plwocinę starego. – Cosik mnie się zdaje, że wy na książęcą oborę patrzycie, ha?
-A dzieżby to.- oburzył się stary.- Jeno mie w piersi tak coś zaparło i dusi me od wczoraj i dusi.
- To może wam mleka ojciec dać? Gorące mleko z wódką to nalepsze na dusznoty jest.
-Z wódką i z pieprzem.- wtrąciła Hanka, doglądając kartofli.  Stary poskrobał się zakłopotany w głowę.
-A bo ja wiem.- odparł cichuśko. – Może to nijak tak mleka pić, bo go jeszcze dla cielaka by zabrakło. Chudy on nieboraczek ale pożytku z niego będziecie więcej mieli jak ze mnie, ze starego.
Ciołek, jakby słysząc, że o nim mowa, podniósł głowę i zareczał długo i żałośliwie. Chudy Ryśko wyciągnął już mały, srebrny kluczyk, który trzymał na tasiemce zawiązanej na szyi i otworzył właśnie niesporą, drewnianą skrzynkę malowaną na żółto i czerwono w polne kwiaty i ptaki-cudaki. W skrzynce znajdowały się najważniejsze skarby rodzinne- butelka tęgiej gorzały, kartka pocztowa z wizerunkiem cyrsorza z wąsami kieby dwa węgorze, jakieś Hankowe szmaty, pęk korali po matuli i zaświadczenie z urzędu o zakazie wypuszczania psów na pańskie pola. W chałupie uczony nikt nie był i czytać drukowanego by nie poradził, ale zaświadczenie- przysłane na urzędowym papierze i w urzędowe pieczęcie ilość niesłuchaną zaopatrzone wydawało się im jakimś wielce ważnym papiórem. Odłożył tedy ostrożnie Ryśko dokument w niebieskiej kopercie na sam spód  skrzynki („a czyij pies był by na sraniu przyłapany to zapłaci straf kopiejków 20...”), przewalił szmaty hankowe cuchnące naftaliną i dobył zielonej butelki.
- Co ja tam byde lekarstwa dla rodzonego łojca żałować.- butnie powiedział Ryśko. W jednej ręce trzymał butelkę i zmrużywszy jedno oko, z doświadczeniem profesjonalnego moczymordy, przyglądał jej się dokładnie pod światło. – Jednego tatusia tylko mam. Co by mnie somsiady powiedziały gdyby ja wam, rodzonemu, kropli mlika żałował? Ot,- tu splunął z ohydą na ziemię- od szwabów by mnie wyklęli i cyganichów. Ksiądz z ambony by mnie palcem pokazywał, dzieciurom na śmiech i poniżenie.
-Co prawda to prawda.- przytaknął cicho stary a oczami wpił się miłośnie w zieloną butelczynę i ślepia wielkie mu się robiły niby kotu, co sra pod płotem. Tymczasem mleko na piecu zaczęło kipieć i z sykiem uciekać z garnka. Hanka przestała karmić najmłodsze dziecko, skoczyła na równe nogi i ostrożnie, przez zapaskę odsunęła mliko od ognia.
-Co ty się tak wpatrujesz w tę butelkę kieby sroka w gnat? A dajże ojcu.- popędziła męża, który z cichym zdumieniem gapił się w błyszczącą w słońcu siwuchę.
-Chwila, babo. A skąd ja mam wiedzieć czy, na ten taki przykład, nie zwietrzało? Albo, na ten taki inny przykład, nie skwaśniało? Miałbym ojca zepsutym lekarstwem potraktować? Przecieże wszyscy wiedzą, że skwaśniała wódka gorsza jeszcze od zwykłej.
-A jużci.- zgodził się stary. Natedy chudy Ryśko fachowym ruchem odbił otwartą dłonią denko butelczyny aże korek sam wyskoczył z szyjki i długim haustem pociągnął spory łyk. Beknął i otarł rękawem wilgotne usta.
-No i?- dopytywał się stary niecierpliwie. Ryśko wzruszył ramionami.
-Iiii tak jakoś... macie ojciec. Spróbujta czy nie zepsute.- Podał ojcu butelkę a ten przyssał się do niej drżącymi ustami i ciągnął siwuchę długo, długo aże mu grdyka tylko chodziła w górę i w dół kieby gąsiorowi. Zaciekawiona Hanka zbliżyła się do obydwu.
-No i?- zapytała. Ojciec odstawił butelkę. Chwilę mlaskał językiem w bezzębnej gębie.
-Chyba nie skwaśniało,- zawyrokował po chwili.- ale pewności to nie mam nijakiej. Nuże Haniuś, skosztuj i ty.
Hanka chciała wymówić się dyplomatycznie ale im dłużej spoglądała na wódkę tym większych nabierała wątpliwości.
-Może ona i faktycznie zepsuta.- powiedziała, ostrożnie wąchając zawartość.- Zapach ma jakby taki nie tego...- i upiła łyczek malusi, malusieńki.- I kolor jakiś nie taki.- tu upiła już łyczek większy.- Ale w smaku to całkiem dobra.- ucieszyła się ciągnąc już wielgachne łykczysko.
-Czyli, że nie skwaśniało.- powiedział Ryśko i gulgnął wódkę jeszcze raz, ot tak, żeby się upewnić.
-Nic a nic nie skaśniało.- potwierdził ojciec odbierając mu butelkę.
-A gdzieżby- przytaknęła Hanka spijając ostatnie resztki siwuchy.- Całkiem dobra.
I nuże zaczęli krzątać się wokół tatusiowego lekarstwa. Chudy Ryśko skoczył po jaki taki garnuszek kolebiąc się ciut w mienckich kolanach i wyrzekając na niemoc przychodzącą z samego rana na uczciwe krześcijany. Hanka, chwiejna bardzo, lała gorące mliko ale więcej go lała po klepisku i swoich bosych stopach niźli do garczka, a stary ojciec kichając i krztusząc się sypał w głąb pieprzu grubo mielonego, co go gospodyni na miseczce w szafce stojącego zegara chowała. Jeno gorzały im już zabrakło. Ale to nic. Łyknął tatuś ociupinkę mlika z pieprzem i już się takim zdrowym im znalazł, bo zrazu z chałupy do wychodka wystrzelił jedną ręką się za gębę a drugą za dupę trzymając.
-Musi, że już zdrowy skoro tak chyżo biega.- stwierdził chudy Ryśko.
I siedli do śniadania. Zjedli dopiero mało wiele, kiedy to ze sralnika wrócił ojciec lamentując wielce.
-Ło, la Boga rety, nieszczęście się stało.- i w ryk.- Świniaka na ukradli. Dziura w chlewiku wielka, że krowę by z cielakiem przeciągnął. Patrzył ja, krowa jest, kuń jest, kurczaki som a świniaka zbereźnika jednego nie ma. Jak nic mocą to nieczystą uczynione! 
Skoczyła Hanka, skoczyły dzieciska, z gębami kartoflami zapchanymi, i wszystkie kieby na komendę jakową zaczęły drzeć się w niebogłosy a matyjasić i żale swoje wykrzykiwać. Nawet cielę, co to leżało pod piecem na grubej słomie, otworzyło poczciwą gębusie i poczęło wydawać z siebie dźwięki kieby na dorżnięciu- jakby tako chciał gospodarzy swoich serdecznych w żałości tyj pocieszyć.
-O mój świniaku ty serdeczny! Na co jam cię piersią własną wykarmiła?- wrzeszczała Hanka przesadzając ciutkę w swojej boleści.-Na com ci co najlepsze kąski do gębuli podtykała? Na com ja cię hołubiła?
 Gospodyni wrzeszczała, ojciec płakał, dzieci piszczały, ciele muczało, no istny koniec świata nastał w izbie- jeno, że diabła by tam brakowało co by im jeszcze na okarynie skocznie przygrywał. Ino chudy Ryśko siedział na ławie jakby mu kto obuchem w głowę przyłożył a brew mu drgała niespokojnie. W końcu skoczył kieby oparzony.
- Co mie tu ojciec baje opowiada?- wrzasnął- Jak to świniaka skradli? Mojego świniaka? Mnie? Krześcijaninowi uczciwemu?- I z tej boleściwości to nie wiedział już co czyni. Kopnął nogą najmłodszą dziewuszkę, co to mu się pod stołem kręciła, odepchnął ojca, Hankę ze złością popchnął aże się na piec zatoczyła i wybiegł na podwórze.
Lecz słowa ojcowe niestety okazały się prawdą aż nadto. Wrota do stodoły były rozezwarte a w tylnej ścianie, jaże pode samym ogrodem świeciło się wielkie dziurzysko. Musi, że profesjonalna robota żydowskiego wykijdały albo jakiegoś inszego złodziejskiego ścierwa- bo deski były siekierką jakoby odłupane i równo w stosik pod ścianą złożone. Widok ten nieszczęsny jakby w piersi dźgnął chudego Ryśka. Skoczył on głową w przód, w otwarte wrota i nieprzytomny jakby, z oczyskami gorejącymi wbiegł do środka. Paczy się, paczy i widzi. Krowa jest. Kuń jest. Kurczaki som. Ino świniaka jeno, paskudnika, nie ma a sama zgnojona słoma po nim została. Jeno wielka dziura w ścianie ozłocona promieniami wschodzącęgo słońca a przez dziurę tom zaglądają jakieś dzieckowskie gembusie. Tedy nie zdzierżył. Chwycił pierwszego lepszego dzieciaka za połataną na piersiach sukmanę i jak nie przełoży przez kolano! Jak nie huknie! Jak nie stuknie. Ino mu ciężki, od roboty stwardniały kułak pracował w górę i w dół- uczciwie garbując skórę swojej pociechy.
-Tak tyś to smrodziarzu inwentarza tatusiowego pilnujesz!- krzyknął z oczyma pełnymi łez, nie wiedząćc już w tyj złości i żałości co czyni.- Takie to z ciebie pożytki do gospodarstwa? A masz, a masz!- i bił dupę synową aż puchła.- Do miski to zawsze pierwsze, chleba im nastarczyć nie można a do roboty to ostatnie! A masz za mojego świniaka! A masz za moje nieszczęście!
Na podwórzek wybiegli Hanka z resztą dziecisków. Z tyłu człapał stary ojciec wycierający w rękaw kaftana wielkie zielone gile co mu z nosa od płaczu zwisały.
-Ryśko!- krzyknęła boleściwie Hanka widząc dzieciaka co wił się kieby piskorz w uścisku i przed klapsami wyginał.
-Zewrzyj gembe!- huknął Ryśko.
-Ryśko puść dzieciaka!
-A ty się ...a masz... a masz... a ty się pilnuj, żebym i tobie gnatów nie przetrącił! Gospodyni galatna, co to lewentarza doliczyć się nie może. A masz... i jeszcze raz!
Hanka bezwolnie opadła na kolana.
-Na rany Chrystusa przenajświętsze! Na Panienkę Częstochowską, puść Ryśko dzieciaka!
-A bo co?
-A bo to nie nasze!- krzyknęła Hanusia. Dopiro wtedy oprzytomniał nieco z tego żałościwego gniewu gospodarz. Głową potrząsnął, dzieciaka z kolana zdjął, postawił go przed sobą i w gębę mu patrzy. Istotnie, coś jakiś taki niepodobny. Włosy płowe niczem zboże na dojrzeniu, nos ciut garbaty, usta kieby żaby jakiej- no jak jego, jak nie jego. Smarkacz ryczy a łzy lecą mu wielkie niby grochy.
-Czyjś ty?- pyta jednak chudy Ryśko, bo może to, a nuż, ich prywatny synko? Ale nie.
-Felków kowalowych.- odpowiada malec i zanosi się szlochem. Głupio się zrobiło Ryśkowi, oj głupio ale nic po sobie nie pokazuje, coby powagi gospodarza w oczach rodziny nie stracić.
-No.- powiedział tylko. Otrzepał dzieciucha ciut z kurzu, włosy rozczochrane mu ręką zmierzwił i podniósł z ziemi guziki od sukmany co to mu przy przetrzepywaniu tyłka niechcący poobrywał. – Jak ty wyglądasz, taki nieobleczony.- skarcił go surowo, mimo, że w duchu płonął ze wstydu.- Niech cie matka guziki do koszuli poprzyszywa. I uczesz się lakudro. Nieładno to takim oberwańcem po świecie chodzić.
Chłopakowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Prysnął jak długi przez dziurę w stodole a wraz z nim wszystkie pozostałe dzieciaki, co to jako też i zwyczajne we wsi to było, włóczyły się całą bandą od opłotka do opłotka, od rana do wieczora.
I już nic więcej nie powiedział chudy Ryśko ino powlókł się mizeraczek do chałupy. Siadł na zydlu, nogi przed siebie wyciagnął i jeno siem przed siebie durnie patrzył. I siedział tak aż do połednia,  nic nie mówiąc, chociaż mu gospodyni naleśników nasmażyła i konfiturów wiśniowych szczodrze do nich podała. Tak to żal było poczciwej Hańci swojego nieboraka kochanego.

cdn...

wasza
Helga von Klusken 

p.s. Proszę o nie kopiowanie, nie powielanie, nie udostępnianie bez stosownych zezwoleń, nie palenie w miejscach publicznych i nie śmiecenie w lasach i na plażach.