poniedziałek, 2 listopada 2015

Miszka cz.1

Po długiej nieobecności spowodowanej i remontem, i problemami rodzinnymi (chociaż uściślijmy: brat męża to zwykła świnia a nie rodzina) jestem z powrotem. Nowe opowiadania mam i w głowie, i na dysku i po trochu wszędzie z wyjątkiem tego miejsca do którego słońce nie zagląda. Będą publikowane systematycznie po dokonaniu miliona korekt i tryliarda poprawek. Dzisiaj część pierwsza króciutkiego opowiadania pt. Miszka. Całość w postaci pliku PDF pojawi się na chomiku. Kiedyś.

Edit: Wersja na wynos dostępna już na chomiku tutaj.
Kompletna wersja do poczytania i ściągnięcia online tutaj: Miszka


Miszka
część pierwsza.


W złym humorze obudził się gospodarz, oj w złym. Ledwo co ślipia odemnknął już wiedział, że dzień będzie do dupy. Czy sprawiło to słońce, co ledwie tylko i nieśmiało przedzierało się przez ciężkie, deszczowe chmury, czy też może leżący na zapiecku ojciec, co stękał z bólu przez niespokojny sen, czy to może dopiero co wczoraj narodzone, chore cielę- co zeszczało się w nocy na podłogę, tak że śmierdziało łokrutnie w caluśkiej chałupie- któż to wie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że gospodarz obudził się zły a wtedy to już tylko kogoś do wybitki szukał, coby ukoić rozkołatane nerwy. Wyciągnął rękę spod brudnej pierzyny, niepranej aż ode Wielkiej Nocy i szturchnął żonę.

-Wystawiaj dupę Hanka.- zażądał twardo. Ale gospodyni tylko odburknęła niechętnie:

- Ta, ta, ta, na jamory ci się zachciało. Anim głowy do tego nie mam. Dej mnie jeszcze pospać ociupinkę.
Ryśko podniósł się letko, zwężonymi z wściekłości oczyma zlustrował groźnie małżowinę i szarpnął ją za nieuczesane kudły.
-Wystawiaj dupę Hanka, bo pożałujesz!- ryknął na cały głos. Teraz zbudzili się w chałupie wszyscy, łącznie z ciołkiem, ale nikt nie śmiał odezwać się ani słowem. Chudy Ryśko miał twardą rękę a wzburzony prał wszystko i wszystkich jak leci na nic nie bacząc. Dzieciuska (a było ich w chałupie aż ośmioro) zaszyły się głębiej w kożuchy i świńskie derki które służyły im za okrycia; chore, umęczone cielę wtuliło miękki pyszczek w kościsty bok; jeno stary ojciec z wytrzeszczonymi oczyskami spoglądał zza przypiecka na syna i synową. Gospodyni zbudziła się już na dobre i poznała łod razu, że to nie żarty. Szybko odwaliła bok pierzyny, podciągnęła tak wysoko do góry brudną halkę, że aż można było zobaczyć jej chude, wyssane cycki, strąciła piętą z łóżka dzieciaka, który z braku miejsca spał w nogach nędznego, małżeńskiego wyrka i czekała w strachu na zmiłowanie mężowskie. Chudy Ryśko zafrasował się troszeczkę. Po prawdzie miał nadzieję, że żona mu odmówi jak to zwykle bywało, a wtedy będzie miał pretekst by jej uczciwie dać po ryju jako ślubnemu w mocy byjącego. A tak? Cóż teraz miał robić biedaczyna? Ano jak się powiedziało „be” to trzeba i „ce” powiedzieć, coby powagi męża i łojca nie stracić. Ściągnął z brudnej dupy jeszcze brudniejsze, nigdy nie prane kalesony, obalił się prędko na żonę i , wstrzymując oddech, bo małżonce cokolwiek z mordy capiło, jak to po długiej nocy zwyczajnie- zrobił co zrobić musiał. Stęknął ze trzy razy, spuścił się kieby ten książowski byk, co to do rozpłodu krowy do niego doprowadzali aże spod Gnojnej Górki i z westchnieniem ulgi wrócił na swoją stronę łóżka. Gospodyni, aby czasu zbytnio nie tracić, odmawiała sobie w myślach zdrowaśki, bo to przecież nie po krześcijańsku tak się bez pacierza z łóżka podnosić.
...zacznijcie wargi nasze chwalić... ledwo co zaczęła a już było po wszystkim. Małżonkowie chwilę w milczeniu leżeli obok siebie, delektując się słodyczą owego małżeńskiego pożycia. „Chwilo trwaj”- jakby to powiedział ten, co to wielkim poetą był. Chudy Ryśko zdecydował się w końcu zwrócić żonie słuszną uwagę:
-A długo się będziesz tak wylegiwała w betach, ty kurwo nieskrobana?- zapytał, starając się nadać barwie swojego głosu cokolwiek cieplejszą nutę, bo wiadomo, do kobiety to jednak trzeba uprzejmym być. -Krowy już pewnie z głodu zębiskami o żółb uderzają, kurczakom trza jajka podebrać, bo się znowu bydom po całym obejściu walały i śniadania byś uwarzyła, coby człowiek nie musiał o suchym pysku do roboty zapierdalać jak onegdaj.
Na tę oczywistą prawdę Hanka podciągnęła kieckę w dół i wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Wraz z nią izba przebudziła się do życia. Dzieciaki podniosły się ze swoich legowisk, słusznie rozumiejąc, że już nie grozi im gniew tatowy. Rozgrzebały zapchlone bety i nuże zaczęły dokazywać- jak to dzieciska zwyczajne. A to mleko ze skopka wylały, a to nosy powsadzały w garnki od wieczerzy jeszcze na palenisku leżące i wyjadały wyschnięte kartofle, a to dmuchać zaczęły w wygasły ogień szukając w nim żaru, aż po całym pomieszczeniu latały farfocle szarego popiołu, a to cielę za ogon ciągnęły i zaśmiewały się serdecznie z jego boleściwego muczenia.
-Lakudry, nie dzieci.- zamruczał gniewnie chudy Ryśko, a gniew, którego słodki akt miłosny nie zdołał uśmierzyć, wzrastał w nim coraz bardziej i bardziej chociaż sam nie wiedział czemu. W końcu, gdy Marcelek, czwarty z najstarszych, piegowaty i nieco jąkała, zaczął stękać na całą izbę, udając miłosne jęki ojca- nie wytrzymał i wyleciał z łóżka- sprawiedliwie i bez wyjątku tłukąc dzieciury po brudnych mordach.
-Adyć wychowałabyś tę hołotę w poszanowaniu jako obyczaj nakazuje!- ryknął w stronę żony.- Żadnej poczciwości w nich nie ma. Żadnej bojaźni. Jakby się tu sam Jezusek najmiłościewszy w izbie nam objawił to nic, ino bych im były figle i psikusy w głowie.
-Jezusek się tu nie objawi, bo w całym obejściu capi jakby się papcio po pijaku znowu do miednicy zeszczał.- zauważyła rezolutnie malutka dziewuszka wyglądająca spod stołu.
-Oż ty!- ryknął papcio. Rzucił się w pogoń za dzieweczką ale ta była szybsza. Wypadła jednym susem na podwórko i przepadła w wysokiej pokrzywie. Chudy Ryśko szukał jej chwilę w zaroślach, chcąc kilkoma argumentami silnej ręki przywrócić swoją powagę ojcowską, ale dziecka już nie było. Rozgniewany gospodarz wrócił do domu wypatrując kogokolwiek lub czegokolwiek, gdzie mógłby dać upust swojej złości. Ale dzieciska były mądrzejsze. Rozproszyły się po całej chałupie i z zapałem jęły pomagać w porannym gospodarstwie. Jedne skrobały kartofle na śniadanie, inne zamiatały izbę, a jeszcze inne przyklękły pod świntym obrazkiem i odmawiały pacierze, głośno bijąc się w wyschnięte piersi. Po prawdzie, obrazek przedstawiał wydartą gdzieś, kiedyś z gazety reklamę maści przeciwgrzybicznej- ale cała rodzina chudego Ryśka- a i somsiedzi też- twardo wierzyli, że ta piękno panna to musi być ani chybi noświentsza panienka. Wprawdzie panna cosik cyckami za bardzo świeciła i odziana była bardzo nieobyczajnie- ale co wolno świntej panience to jej wolno. Obrazek ten znalazł jeszcze, racz mu dać Panie wieczne odpoczywanie, teściu chudego Ryska a łojciec sam rodzony Hanki, gdzieś na jarmarku, pod płotem. Legenda rodzinna mówi, że podniósł go, pobożnie ucałował, za pazuchę schował, do chałupy poniósł i w złocone ramki oprawić kazał aby się całej rodzinie szczęściło. I istotnie od tamtego czasu szczęściło się wszystkim. Wprawdzie teściu zmarł jakoś trzy miesiące później przygnieciony przez wóz z drzewem, krowy wybiła zaraza i trzeba było dać weteryniarzowi do dorżnięcia, spaliła się obórka i grad wydusił zboże – ale ogólnie to się szczęściło co niemiara. I jakże to teraz pod takim obrazkiem z cudów słynącym przetrzepać bachorzyskom dupska? No nijak. To jakby samiuśką świętą panienkę by chciał na kolanie położyć i w dupe przyłożyć. Chudy Ryśko aż się wzdrygnął od tej myśli nieczystej i przeżegnał pobożnie.
-A ode złego zachowaj nas Panie.- mruknął jeszcze, jakby sam znak krzyża najświętszego nie był dostateczną gwarancją obrony przed szatańskim pomiotem. A dzieciury tylko spod zmrużonych ocząt na tatula spoglądały i śmieszki- heheszki se robiły, nic a nic się go nie bojąc. W końcu Hanka skończyła z porannym oporządkiem chałupy. Na piecu perkotały kartofle w jednym garnczku, w drugim, wysokim i smukłym, kipiało niechrzczone mleko. Stary łojciec zwlókł się z przypiecka charcząc i plując ciemną flegmą.
-Co to łojciec tak pluwa jakby w chlewie?- spytał rodzica chudy Ryśko. Bosą stopę wycierał właśnie o rozmiękłe klepisko, gdy przez nieuwagę wdepnął  w plwocinę starego. – Cosik mnie się zdaje, że wy na książęcą oborę patrzycie, ha?
-A dzieżby to.- oburzył się stary.- Jeno mie w piersi tak coś zaparło i dusi me od wczoraj i dusi.
- To może wam mleka ojciec dać? Gorące mleko z wódką to nalepsze na dusznoty jest.
-Z wódką i z pieprzem.- wtrąciła Hanka, doglądając kartofli.  Stary poskrobał się zakłopotany w głowę.
-A bo ja wiem.- odparł cichuśko. – Może to nijak tak mleka pić, bo go jeszcze dla cielaka by zabrakło. Chudy on nieboraczek ale pożytku z niego będziecie więcej mieli jak ze mnie, ze starego.
Ciołek, jakby słysząc, że o nim mowa, podniósł głowę i zareczał długo i żałośliwie. Chudy Ryśko wyciągnął już mały, srebrny kluczyk, który trzymał na tasiemce zawiązanej na szyi i otworzył właśnie niesporą, drewnianą skrzynkę malowaną na żółto i czerwono w polne kwiaty i ptaki-cudaki. W skrzynce znajdowały się najważniejsze skarby rodzinne- butelka tęgiej gorzały, kartka pocztowa z wizerunkiem cyrsorza z wąsami kieby dwa węgorze, jakieś Hankowe szmaty, pęk korali po matuli i zaświadczenie z urzędu o zakazie wypuszczania psów na pańskie pola. W chałupie uczony nikt nie był i czytać drukowanego by nie poradził, ale zaświadczenie- przysłane na urzędowym papierze i w urzędowe pieczęcie ilość niesłuchaną zaopatrzone wydawało się im jakimś wielce ważnym papiórem. Odłożył tedy ostrożnie Ryśko dokument w niebieskiej kopercie na sam spód  skrzynki („a czyij pies był by na sraniu przyłapany to zapłaci straf kopiejków 20...”), przewalił szmaty hankowe cuchnące naftaliną i dobył zielonej butelki.
- Co ja tam byde lekarstwa dla rodzonego łojca żałować.- butnie powiedział Ryśko. W jednej ręce trzymał butelkę i zmrużywszy jedno oko, z doświadczeniem profesjonalnego moczymordy, przyglądał jej się dokładnie pod światło. – Jednego tatusia tylko mam. Co by mnie somsiady powiedziały gdyby ja wam, rodzonemu, kropli mlika żałował? Ot,- tu splunął z ohydą na ziemię- od szwabów by mnie wyklęli i cyganichów. Ksiądz z ambony by mnie palcem pokazywał, dzieciurom na śmiech i poniżenie.
-Co prawda to prawda.- przytaknął cicho stary a oczami wpił się miłośnie w zieloną butelczynę i ślepia wielkie mu się robiły niby kotu, co sra pod płotem. Tymczasem mleko na piecu zaczęło kipieć i z sykiem uciekać z garnka. Hanka przestała karmić najmłodsze dziecko, skoczyła na równe nogi i ostrożnie, przez zapaskę odsunęła mliko od ognia.
-Co ty się tak wpatrujesz w tę butelkę kieby sroka w gnat? A dajże ojcu.- popędziła męża, który z cichym zdumieniem gapił się w błyszczącą w słońcu siwuchę.
-Chwila, babo. A skąd ja mam wiedzieć czy, na ten taki przykład, nie zwietrzało? Albo, na ten taki inny przykład, nie skwaśniało? Miałbym ojca zepsutym lekarstwem potraktować? Przecieże wszyscy wiedzą, że skwaśniała wódka gorsza jeszcze od zwykłej.
-A jużci.- zgodził się stary. Natedy chudy Ryśko fachowym ruchem odbił otwartą dłonią denko butelczyny aże korek sam wyskoczył z szyjki i długim haustem pociągnął spory łyk. Beknął i otarł rękawem wilgotne usta.
-No i?- dopytywał się stary niecierpliwie. Ryśko wzruszył ramionami.
-Iiii tak jakoś... macie ojciec. Spróbujta czy nie zepsute.- Podał ojcu butelkę a ten przyssał się do niej drżącymi ustami i ciągnął siwuchę długo, długo aże mu grdyka tylko chodziła w górę i w dół kieby gąsiorowi. Zaciekawiona Hanka zbliżyła się do obydwu.
-No i?- zapytała. Ojciec odstawił butelkę. Chwilę mlaskał językiem w bezzębnej gębie.
-Chyba nie skwaśniało,- zawyrokował po chwili.- ale pewności to nie mam nijakiej. Nuże Haniuś, skosztuj i ty.
Hanka chciała wymówić się dyplomatycznie ale im dłużej spoglądała na wódkę tym większych nabierała wątpliwości.
-Może ona i faktycznie zepsuta.- powiedziała, ostrożnie wąchając zawartość.- Zapach ma jakby taki nie tego...- i upiła łyczek malusi, malusieńki.- I kolor jakiś nie taki.- tu upiła już łyczek większy.- Ale w smaku to całkiem dobra.- ucieszyła się ciągnąc już wielgachne łykczysko.
-Czyli, że nie skwaśniało.- powiedział Ryśko i gulgnął wódkę jeszcze raz, ot tak, żeby się upewnić.
-Nic a nic nie skaśniało.- potwierdził ojciec odbierając mu butelkę.
-A gdzieżby- przytaknęła Hanka spijając ostatnie resztki siwuchy.- Całkiem dobra.
I nuże zaczęli krzątać się wokół tatusiowego lekarstwa. Chudy Ryśko skoczył po jaki taki garnuszek kolebiąc się ciut w mienckich kolanach i wyrzekając na niemoc przychodzącą z samego rana na uczciwe krześcijany. Hanka, chwiejna bardzo, lała gorące mliko ale więcej go lała po klepisku i swoich bosych stopach niźli do garczka, a stary ojciec kichając i krztusząc się sypał w głąb pieprzu grubo mielonego, co go gospodyni na miseczce w szafce stojącego zegara chowała. Jeno gorzały im już zabrakło. Ale to nic. Łyknął tatuś ociupinkę mlika z pieprzem i już się takim zdrowym im znalazł, bo zrazu z chałupy do wychodka wystrzelił jedną ręką się za gębę a drugą za dupę trzymając.
-Musi, że już zdrowy skoro tak chyżo biega.- stwierdził chudy Ryśko.
I siedli do śniadania. Zjedli dopiero mało wiele, kiedy to ze sralnika wrócił ojciec lamentując wielce.
-Ło, la Boga rety, nieszczęście się stało.- i w ryk.- Świniaka na ukradli. Dziura w chlewiku wielka, że krowę by z cielakiem przeciągnął. Patrzył ja, krowa jest, kuń jest, kurczaki som a świniaka zbereźnika jednego nie ma. Jak nic mocą to nieczystą uczynione! 
Skoczyła Hanka, skoczyły dzieciska, z gębami kartoflami zapchanymi, i wszystkie kieby na komendę jakową zaczęły drzeć się w niebogłosy a matyjasić i żale swoje wykrzykiwać. Nawet cielę, co to leżało pod piecem na grubej słomie, otworzyło poczciwą gębusie i poczęło wydawać z siebie dźwięki kieby na dorżnięciu- jakby tako chciał gospodarzy swoich serdecznych w żałości tyj pocieszyć.
-O mój świniaku ty serdeczny! Na co jam cię piersią własną wykarmiła?- wrzeszczała Hanka przesadzając ciutkę w swojej boleści.-Na com ci co najlepsze kąski do gębuli podtykała? Na com ja cię hołubiła?
 Gospodyni wrzeszczała, ojciec płakał, dzieci piszczały, ciele muczało, no istny koniec świata nastał w izbie- jeno, że diabła by tam brakowało co by im jeszcze na okarynie skocznie przygrywał. Ino chudy Ryśko siedział na ławie jakby mu kto obuchem w głowę przyłożył a brew mu drgała niespokojnie. W końcu skoczył kieby oparzony.
- Co mie tu ojciec baje opowiada?- wrzasnął- Jak to świniaka skradli? Mojego świniaka? Mnie? Krześcijaninowi uczciwemu?- I z tej boleściwości to nie wiedział już co czyni. Kopnął nogą najmłodszą dziewuszkę, co to mu się pod stołem kręciła, odepchnął ojca, Hankę ze złością popchnął aże się na piec zatoczyła i wybiegł na podwórze.
Lecz słowa ojcowe niestety okazały się prawdą aż nadto. Wrota do stodoły były rozezwarte a w tylnej ścianie, jaże pode samym ogrodem świeciło się wielkie dziurzysko. Musi, że profesjonalna robota żydowskiego wykijdały albo jakiegoś inszego złodziejskiego ścierwa- bo deski były siekierką jakoby odłupane i równo w stosik pod ścianą złożone. Widok ten nieszczęsny jakby w piersi dźgnął chudego Ryśka. Skoczył on głową w przód, w otwarte wrota i nieprzytomny jakby, z oczyskami gorejącymi wbiegł do środka. Paczy się, paczy i widzi. Krowa jest. Kuń jest. Kurczaki som. Ino świniaka jeno, paskudnika, nie ma a sama zgnojona słoma po nim została. Jeno wielka dziura w ścianie ozłocona promieniami wschodzącęgo słońca a przez dziurę tom zaglądają jakieś dzieckowskie gembusie. Tedy nie zdzierżył. Chwycił pierwszego lepszego dzieciaka za połataną na piersiach sukmanę i jak nie przełoży przez kolano! Jak nie huknie! Jak nie stuknie. Ino mu ciężki, od roboty stwardniały kułak pracował w górę i w dół- uczciwie garbując skórę swojej pociechy.
-Tak tyś to smrodziarzu inwentarza tatusiowego pilnujesz!- krzyknął z oczyma pełnymi łez, nie wiedząćc już w tyj złości i żałości co czyni.- Takie to z ciebie pożytki do gospodarstwa? A masz, a masz!- i bił dupę synową aż puchła.- Do miski to zawsze pierwsze, chleba im nastarczyć nie można a do roboty to ostatnie! A masz za mojego świniaka! A masz za moje nieszczęście!
Na podwórzek wybiegli Hanka z resztą dziecisków. Z tyłu człapał stary ojciec wycierający w rękaw kaftana wielkie zielone gile co mu z nosa od płaczu zwisały.
-Ryśko!- krzyknęła boleściwie Hanka widząc dzieciaka co wił się kieby piskorz w uścisku i przed klapsami wyginał.
-Zewrzyj gembe!- huknął Ryśko.
-Ryśko puść dzieciaka!
-A ty się ...a masz... a masz... a ty się pilnuj, żebym i tobie gnatów nie przetrącił! Gospodyni galatna, co to lewentarza doliczyć się nie może. A masz... i jeszcze raz!
Hanka bezwolnie opadła na kolana.
-Na rany Chrystusa przenajświętsze! Na Panienkę Częstochowską, puść Ryśko dzieciaka!
-A bo co?
-A bo to nie nasze!- krzyknęła Hanusia. Dopiro wtedy oprzytomniał nieco z tego żałościwego gniewu gospodarz. Głową potrząsnął, dzieciaka z kolana zdjął, postawił go przed sobą i w gębę mu patrzy. Istotnie, coś jakiś taki niepodobny. Włosy płowe niczem zboże na dojrzeniu, nos ciut garbaty, usta kieby żaby jakiej- no jak jego, jak nie jego. Smarkacz ryczy a łzy lecą mu wielkie niby grochy.
-Czyjś ty?- pyta jednak chudy Ryśko, bo może to, a nuż, ich prywatny synko? Ale nie.
-Felków kowalowych.- odpowiada malec i zanosi się szlochem. Głupio się zrobiło Ryśkowi, oj głupio ale nic po sobie nie pokazuje, coby powagi gospodarza w oczach rodziny nie stracić.
-No.- powiedział tylko. Otrzepał dzieciucha ciut z kurzu, włosy rozczochrane mu ręką zmierzwił i podniósł z ziemi guziki od sukmany co to mu przy przetrzepywaniu tyłka niechcący poobrywał. – Jak ty wyglądasz, taki nieobleczony.- skarcił go surowo, mimo, że w duchu płonął ze wstydu.- Niech cie matka guziki do koszuli poprzyszywa. I uczesz się lakudro. Nieładno to takim oberwańcem po świecie chodzić.
Chłopakowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Prysnął jak długi przez dziurę w stodole a wraz z nim wszystkie pozostałe dzieciaki, co to jako też i zwyczajne we wsi to było, włóczyły się całą bandą od opłotka do opłotka, od rana do wieczora.
I już nic więcej nie powiedział chudy Ryśko ino powlókł się mizeraczek do chałupy. Siadł na zydlu, nogi przed siebie wyciagnął i jeno siem przed siebie durnie patrzył. I siedział tak aż do połednia,  nic nie mówiąc, chociaż mu gospodyni naleśników nasmażyła i konfiturów wiśniowych szczodrze do nich podała. Tak to żal było poczciwej Hańci swojego nieboraka kochanego.

cdn...

wasza
Helga von Klusken 

p.s. Proszę o nie kopiowanie, nie powielanie, nie udostępnianie bez stosownych zezwoleń, nie palenie w miejscach publicznych i nie śmiecenie w lasach i na plażach.
 




środa, 12 sierpnia 2015

Drzwi cz.2 ostatnia

Druga i ostatnia część opowiadania publikowana jest w trakcie głębokiej żałoby i smutku. Porcelanowy pies, o którym śniłam od trzech nocy jest drogi. Bardzo drogi. Boże drogi, jaki on drogi! W naiwności swej uwierzyłam, że psisko kosztuje 99 euro, natomiast chiński sprzedawca ceni go sobie na 199 euro i za Chiny nie chce z ceny zejść. Zdecydowanie taniej wychodzi prawdziwy pies niż jego porcelitowy sobowtór. No nic. A może ktoś z czytelników ma porcelanowego psa, naturalnej wielkości, którego byłby w stanie oddać za nie więcej niż 99 euro? Oferty i zdjęcia kierować na maila.

 Opowiadanie można poczytać i ściągnąć także stąd: Drzwi


Drzwi
część druga- ostatnia


Drzwi pasowały wymiarami. Nie za wysokie, nie za szerokie, nie za białe i nie za kolorowe. Takie w sam raz. Prawie, że idealne. Prawie.
-A co one się tak podejrzanie świecą?- zapytała Ramona jeżdżąc poślinionym paluchem po lakierowanej powierzchni. Dopiero teraz Mathias i sprzedawca zauważyli, że drzwi istotnie promieniują jakimś tajemniczym blaskiem.
-Może one na prąd są?- zdziwił się sprzedawca. Obejrzał drzwi ze wszystkich stron ale nie. Nie były na prąd. Mathias postukał knykciami w drewno.
-Może jakieś czarodziejskie są?- zażartował ale Ramona spojrzała się na niego jak na idiotę, to znaczy tak jak zwykle.
-Żeś czubku wymyślił. Czarodziejskie drzwi. I co? Może jeszcze prowadzą do Stumilowego Lasu?- zakpiła. Mathias nic nie odpowiedział a młody sprzedawca uścisnął mu tylko współczująco rękę, w geście męskiej solidarności. Przy kasie Ramona wykłócała się ze sprzedawczynią o rabat, bo przecież „świecą i świecą ile to prądu będzie żarło!” Firma udzieliła im trzyprocentowego rabatu i dodała kupon upominkowy na zakupy u konkurencji. W domu, po wielkiej ilości westchnień, okrzyków złości i lecących kurtyzan, drzwi były zamontowane. Mathias przykręcił ostatnią śrubkę i otarł z czoła pot. Ramona polerowała stalową klamkę.
-Nareszcie.- sapnęła prawie, że szczęśliwa. Prawie. -Jednak potrafisz jakąś rzecz zrobić porządnie.- rzuciła mężowi z uznaniem wątpliwy komplement.- Dzieci nie zrobiłeś porządnie, szkoły nie skończyłeś porządnej, roboty też nie masz za ciekawej a drzwi jednak zamontowałeś. No!
Spojrzeli obydwoje. W ciemności korytarza drzwi promieniowały łagodną poświatą, mieniąc się leciutko wszystkimi kolorami tęczy. Czerwony przechodził w śliczną żółć dojrzałych słoneczników, butelkowa zieleń oceanu zmieniała się w błękit pogodnego nieba, fiolet przemieniał w szmaragdowy, a różowisty w brąz płodnej, tłustej ziemi. Piękne to było i troszeczkę smutne zarazem, nie wiadomo dlaczego. Mathias przysiągłby, że mógłby stać tak godzinami i zafascynowany wpatrywać się w melancholijną grę kolorów. Ale mózg Ramony nie miał wmontowanej fabrycznie opcji „zachwyt nad pięknem”. Brutalnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Od razu zaczęła wrzeszczeć ale nie tak jak zwykle tylko zdecydowanie głośniej i zdecydowanie bardziej złowróżebnie. Mathias trwożliwie zaglądnął za nią. Zamiast łazienki z mozaikowym prysznicem, firankami w oknach, kaktusami na parapecie i puszystym chodniczkiem ujrzał mały, nędzny pokoik. Wprawdzie jego dom też był mały i nędzny ale ten pokoik zdecydowanie nie należał do domu. Instynkt powiedział Mathiasowi, że pokoik ten nie należy nawet do tego świata, tylko do zupełnie innego wymiaru a drzwi były portalem, który w przedziwnym splocie okoliczności połączył jego łazienkę z tajemniczym, innym bytem. Nie wiedział skąd to wiedział ale wiedział i już!
Pomieszczenie, które w zamierzeniu miało być łazienką było wąskie, długie, bardzo opuszczone i bardzo zakurzone. U szczytu wąskiej kiszki tkwiło trzyczęściowe okno wykuszowe bez klamek. Światło słoneczne wpadało do pokoju ze wschodu, północy i zachodu, czwarta ściana posiadała natomiast tylko jedne drzwi, te przez które weszli i nic więcej. Pokój nie był połączony w żaden inny sposób z resztą budynku, skądinąd gwarnego i pełnego życia, gdyż głosy sąsiadów doskonale słychać było zza cienkich ścian. Z drewnianej podłogi odpryskiwał przy każdym kroku lakier. Pojedyncze szyby były zmatowiałe na brzegach i bardzo brudne. Długie koty kurzu zwisały z popękanego sufitu.
-Czego tak stoisz idioto?!- wrzeszczała Ramona.-Zrób coś!
„Coś” w wykonaniu Mathiasa polegało na tym, że podszedł powoli do wykuszowego okna, oparł się o nie czołem i z otwartymi ustami przyglądał tajemniczemu światu. Ujrzał miasto, olbrzymie miasto przyszłości. Wielkie budowle, o fantastycznie zakręconych wieżach, strzelały w górę niczym sękate palce robota. Pomiędzy budowlami płynęły, szybowały w powietrzu małe pojazdy podobne do prywatnych helikopterów, które zamiast wirników posiadały laserowe dysze. Pojazdy wymijały się, krzyżowały i wyprzedzały w taki sposób, że postronnego obserwatora przyprawiało to o zawał serca, ale ani razu nie doszło do kolizji czy poważniejszej kraksy. W dole ulicy, 1000 pięter w dół można było dojrzeć wielkie hologramowe reklamy. Srebrzyste ekrany wirowały zachęcając do kupna klobała- podłużnej, czarnej rurki migającej na końcu czerwoną diodą- i prząśnychu w błyszczącym opakowaniu. Najnowsza moda skłoniła mieszkańców miasta do noszenia złocistych kombinezonów, a każdy obywatel posiadał długą antenę wszczepioną na czubku głowy- niewątpliwie służącą do komunikacji. Ramona szarpała zawzięcie mężem.
-Ja chcę moją łazienkę!- wyła. – Gdzie moja łazienka? Gdzie mój prysznicek kochany? Gdzie moje puchate ręczniczki?- w rozpaczy zawzięcie tłukła głową męża o szybę, jakby to miało cokolwiek pomóc. –Gdzie mooooje kaaaaktusy? Co zrobiłes z moiiiimmmmiiiii kaktusami? Ty łachudro niemyty! Nawet drzwi nie potrafisz poprawnie zamontować?!
Mathias ocknął się nagle ze swojego zadumania i instynktownie, nie myśląc co robi, przylał kochanej żoneczce z liścia. Przeraziła się Ramona ale jej mąż był przerażony tym co zrobił jeszcze bardziej.
-Dzwonię na policję.- zasyczała mściwie i zbiegła na dół do telefonu. Istotnie, zadzwoniła na policję. Ale nie, żeby oskarżyć męża o czynną napaść tylko, żeby zgłosić kradzież łazienki.
Oficer po drugiej stronie linii stanowczo pominął się z powołaniem na opiekuna grupy leniwców w zoo, gdyż swoje obowiązki wykonywał niechętnie, niedokładnie i bardzo powolnie.
-To co pani mówi, że ukradli?
-Łazienkę.- łkała do telefonu Ramona.
-Meble znaczy się? Umywalkę i klop też?
-Wszystko ukradli! Wszystko! Meble, kaktusy, okno, ściany, tapety, wszystko! Niech pan tu przyjeżdża. Koguta włączaj pan i przyjeżdżaj!
Z piętra Mathias protestował głośnym krzykiem. Na co im policja? Po co to? Przyjadą i będą węszyć. Jeszcze zapytają się o pozwolenie na budowę garażu, który postawił ze szwagrem nielegalnym sposobem albo o staw w ogrodzie, wykopany dokładnie nad podziemną linią wysokiego napięcia. Mało to problemów mają?
-Odłóż słuchawkę!- krzyczał na żonę z mocą, z którą się nigdy nie zdobył w ciągu długich lat małżeństwa.- Odkładaj pókim dobry!
-A wała!- wrzeszczała z dołu Ramona.- Wała jak Polska cała! Co żeś z łazienką zrobił?- i z powrotem krzyczała do słuchawki- Panie komendancie! Panie komendancie! Ratunku! Na miłość boską, ratunku!!!
Policjant zanotował w kajeciku przemoc domową i bez zwłoki wysłał tam patrol, o którym wiedziano, że nie patyczkuje się z pijakami, damskimi bokserami i wszelką hołotą męskiego rodzaju. Samochód policyjny w kilka minut zjawił się z piskiem opon pod domem. Rośli, barczyści stróże prawa wbiegli do środka, po czym najpierw skopali Mathiasa, wykręcili ręce, założyli mu kajdanki, rzucili twarzą na ziemię a dopiero potem spokojnie zapytali co się tu właściwie dzieje.
-Łazienkę ukradli.- jęczała Ramona.
-Kto?- pytanie policjantów było krótkie i konkretne. Kto z was, naiwniaki,  myślał, że policja jest od szukania złodziei? Policja jest właśnie od stawiania krótkich i konkretnych pytań, ot, co!
-Nie wiem zboczeńce czy  kosmity jakieś. Pan patrzy.- z tymi słowami zaprowadziła ich schodami na górę. Skuty Mathias jakoś podczołgał się na brzuchu za nimi. Groźni dzielnicowi najpierw zdecydowanie przeszli przez tęczowe drzwi do pokoju z innego świata. Ale ich pewność siebie stopniowo malała w miarę jak zbliżali się do wykuszowego okna. Spojrzeli na fantastyczne budynki, migoczące w promieniach dwóch zachodzących słońc obcej planety. Spojrzeli na latające w powietrzu pojazdy, spojrzeli tysiąc pięter w dół, na hologramy reklamujące ochłypki i kworczek.
-Ty.- szturchnął jeden drugiego pod ramię.- Tu chyba jakiś film kręcą, no nie?
-Albo słuchowisko.- szepnął ze zgrozą drugi nasłuchując dobiegającej zza ściany niezrozumiałej rozmowy sąsiadów.
-Mówiłem, że to czarodziejskie drzwi.- powiedział zdyszany Mathias. Właśnie udało mu się, mimo kajdanek, wstać na nogi.
-Bujda na resorach.- sprzeciwił się ostro pierwszy policjant.
-Właśnie.- przytaknął drugi.- Za czary to można dostać kilka latek z paragrafu 48.
-A co z moją łazienką?- jęczała Ramona.
Policjanci obeszli dom dookoła, starannie oświetlając latarkami każdy krzew, po czym jeszcze raz wrócili na górę. Z zewnątrz nie widać było nic podejrzanego, a przez okno łazienki nawet dojrzeć można było kaktusy na parapecie i kawałek prysznica. Ale gdy tylko wrócili z powrotem pokój był tą samą brudną, zapuszczoną ślepą kiszką w innym świecie.
-Tego chyba nie było na szkoleniu.- mruknęli do siebie oficerowie i bez słowa wyjaśnienia zniknęli.
Jednak zamiast na komendę, najpierw pojechali do baru w którym strzelili sobie po kilka głębszych na rozluźnienie. To dlatego procedura zgłoszenia kradzieży łazienki trwała tak długo. Oficer dyżurny nie chciał uwierzyć dwóm, podpitym policjantom bredzącym niestworzone historie o tajemniczej planecie w kabinie prysznicowej.
Przez kilka pierwszych dni Ramona tysiące razy otwierała i zamykała świecące drzwi z nadzieją, że może jednak to sen i wszystko wróci do poprzedniego stanu. Na próżno. Z zewnątrz, przez okno łazienka była normalną łazienką a w wewnątrz pomieszczeniem w innym wymiarze. I nie pomagało trzaskanie drzwiami choćby najgłośniejsze ani wyzywanie ich od „sukinsynowatej płyty paździerzowej” a męża od „frajera, który nawet furtki nie potrafi poprawnie przykręcić”. W końcu, zrezygnowana, wymiotła z pomieszczenia kurze, umyła wykuszowe okno, po czym sprowadziła hydraulika.
-Pan mnie tu łazienkę zainstaluje.- warknęła przez zaciśnięte zęby do małego, kulącego się ze strachu mężczyzny.- Z mozaikowym prysznicem i kaktusami. Ale już!
Monter rozłożył bezradnie ręce.
-Gdzie ja pani tu prysznic podłączę, jak tu w ogóle nie ma dostępu do kanalizacji? Nawet u sąsiadów nie słychać, żeby woda w ruchach szumiała.- dodał odrywając ucho od szklanki przyłożonej do ściany.- Może oni tu w ogóle nie mają kanałów ze ściekami?
-To jak się myją w takim razie?
-Może oni jakoś ten brud dezintegrują?- wtrącił Mathias.- Jakieś pompy mają antygrawitacyjne do mycia albo lasery?
Ramona tylko poszła do kuchni mamrocząc groźnie pod nosem:
-Srery lasery. Żebym ja mu tak laserem łba nie rozwaliła.
Hydraulik spoglądał na Mathiasa i współczująco poklepał go po plecach.
-Pięćdziesiąt euro się należy.- dodał szybko.
-Panie! Za takie nic?
-Opinia fachowca to dla pana nic?- oburzył się drobny człowieczek.- Panie, ja na takie nic to tu całe 15 minut zmarnowałem! A mogłem papieroska wypalić. Kwiatki na łące wąchać. Życiem sie cieszyć. Poezje pisać.
Miał rację, skubany. Z ciężkim sercem Mathias zapłacił mu 50 euro i dodał jeszcze 5 napiwku. Ot, tak na długopis i kajet na poezje.
Pokój w innym wymiarze nie dawał spokoju ani hydraulikowi ani policji. Odpowiednie służby bezpieczeństwa zostały powiadomione, że w prywatnym domu, z prywatnej, nieopodatkowanej inicjatywy znajduje się inna planeta i gdzieś środkiem lata na podjeździe zjawiło się czarne, błyszczące BMW a ze środka wypadła banda rosłych facetów, w wełnianych garniturach i okularach przeciwsłonecznym.
-Grupa do spraw blhmkhkmww, porucznik blhmnmbmnbvffff.- warknął szybko największy wzrostem drab w garniturze. Mignął Mathiasowi przed oczyma jakąś legitymacją i bez pytania o pozwolenie wdarł się do środka. Jego koledzy podążyli za nim. Wyciągnęli aparaty, kamery i dyktafony, po czym zaczęli mierzyć, sprawdzać i nagrywać każdy możliwy kąt w pokoju na innej planecie.
-Trzy metry dwadzieścia długości na metr sześćdziesiąt szerokości.- relacjonował pierwszy drab.
-Okno proste, wykuszowe, szyby pojedyncze. Brudne.- meldował drugi.
-Drzwi lita sosna. 70 cm. Świecą się i migają.- zdawał raport trzeci. A czwarty natomiast gdzieś telefonował, z kimś się głośno wykłócał i klął jak szewc. Po pół godzinie podwórko zaroiło się od jeszcze wiekszej ilości drabów w ciemnych garniturach, techników w białych fartuchach, naukowców w szczelnych kombinezonach, przejętych sekretarek urzędu bezpieczeństwa, studentów wydziału kryminologii i paru frajerów, którzy uważali się za nowych Danikenów. Frajerów szybko zakuto i odstawiono na komisariat zanim zaczęli robić zdjęcia a naukowcy i ich pomagierzy przystąpili do pracy.
Ramona siedziała w kuchni, piła wódkę prosto z butelki, wyła do lustra i przeklinała każdego, kto nanosił błoto na jej nowe wykładziny. A brudzili, szczerze mówiąc, wszyscy. Kilka tygodni intensywnych badań nie doprowadziło mózgowców do żadnego logicznego wniosku: czym jest pokój, co to za planeta, gdzie się znajduje i na jakiej zasadzie działają drzwi. Bo pokój to tak naprawdę był tylko pokój z staromodnym, wykuszowym oknem, z widokiem na miasto i podwójne słońce, niczym więcej. Jeden z jajogłowych, zdobywca nagrody Nobla zaproponował ściągnięcie drzwi i przeniesienie ich do laboratorium. Wtedy- tłumaczył- przy pomocy mikroskopu albo młotka będzie można finezyjnie rozebrać drzwi na części pierwsze, wydusić ich tajemnicę. Plan był w teorii dobry, zawiodła jak zwykle tylko praktyka. Drzwi nie można było ruszyć z zawiasów.  No nie można było i już. Czy to przyrosły do futryny, przykleiły się jakąś czarodziejską mocą, zintegrowały, przyssały, wrosły- nie wiadomo. Jedyne to co zostało na pocieszenie naukowcom, to fakt, że można sobie było pomachać odrzwiami w przód i w tył bez zbytniego skrzypienia.
-To może spalimy całą chałupę?- podrzucił inny naukowiec, też zdobywca jakiejś ważnej nagrody. Ale i ten pomysł szybko upadł, w związku z oświadczeniem Ramony, że prędzej ona spali im wszystkim żony, matki i ojców niż pozwoli się komukolwiek zbliżyć z miotaczami płomieni.
Ktoś wpadł na pomysł, że pokój na pewno znajduje się w czarnej dziurze i wsysa wszystko co się w nim znajduje- dlatego jest pusty. Teza była interesująca i jako pierwszego, na ochotnika oczywiście, wrzucono tam związanego sznurami, szarpiącego się i wzywającego donośnym głosem pomocy pomysłodawcę. Przekręcono za nim klucz, odczekano dziesięć minut i w asyście policyjnej ponownie otworzono drzwi. No i nic. Nic się nie stało. Nieszczęśnik od idei czarnej dziury nadal rzucał się, wierzgał i klął na wszystkie strony świata. Z wyjątkiem urażonej dumy i przegranego później procesu o poniesione straty moralne nic mu się nie stało. Tajemnica jak tajemnicą była tak została. Pomysł rozbicia szyb od razu uznano za głupi a nawet niebezpieczny. A kto może potwierdzić czym to oddychają mieszkańcy tajemniczej planety? A jeżeli to gazowy kwas solny to co? Wyzdychają wszyscy w ciągu sekundy jak wieloryby nieudolnie ratowane przez Greenpeace. To samo dotyczyło przebicia się do sąsiadów, których głosy rozlegały się zza ściany. Teoretycznie możliwe. Praktycznie nie wiadomo czy nie wyskoczą z laserowymi kałasznikowami, szalejąc i mordując wszystko co tylko stanie na ich drodze. Jedyne co pozostało naukowcom do zrobienia to nakręcenie kilku filmów naukowych o holograficznych reklamach szkopułków i wyprostków, napisanie kilku dysertacji o modzie planety i złocistych kombinezonach i zgapienie pomysłu na laserowe dysze helikopterów- które- o dziwo- i w ziemskiej atmosferze sprawdziły się zdecydowanie lepiej niż zwykle wirniki. A potem szał wiedzy opadł. No bo co zrobić z czymś, z czym nie wiadomo co zrobić? Można by tak stać w wykuszowym oknie przez całą wieczność i gapić się na podwójne słońce. Można by wykonać transparent i powiesić go w oknie z takim napisem, na widok którego miejscowi natychmiast rzucą się szukać kontaktu z Ziemianami. Ale i to nie pomogło. Na napis „ratunku!” nikt nie reagował a transparent z napisem „darmowa pizza tutaj” spowodował tylko szyderczy śmiech jakiegoś dzieciaka, przylepionego do szyby helikoptera. Smarkacz miał na sobie złocisto- bordowy kombinezon, malutką, skręconą w formie antenki sprężynkę na głowie i wyjątkowo dorodny jęzor, który bez zażenowania pokazywał zdumionym naukowcom.
Więcej nic się nie stało. Oczywistym było, że tajemniczy pokój jest zapomniany przez mieszkańców innego świata,  być może nawet nie zdają sobie sprawy, że tutaj, za szybą, stoi całe grono najtęższych mózgów na planecie Ziemia i prawie, że na kolanach błagają o kontakt wyższych braci w rozumie. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Zrezygnowani naukowcy rozjechali się na swoje macierzyste uniwersytety. Tylko wykładzinę trzeba było zmienić po ich odjeździe, bo naniesione błoto wżarło się tak, że nawet karcherem nie można było jej odczyścić.
Kilka dni po odjechaniu naukowców dom pana i pani Hoebe najechała druga plaga egipska, nie mniej dzika horda dziennikarzy. Pokręcili się po opuszczonym pokoju, zrobili zdjęcia Ramony, Helgi, Berty, Nerona i nawet szczuropsa Maksymiliana (o Mathiasie jakoś zapomnieli), napisali na kolanie kilka nieautoryzowanych wywiadów w których to Ramona była piękna i szczupła, dziewczynki mądre i błyskotliwe a Maksiu wyrósł na dorodnego amstaffa z kolekcją ostrych zębów. Zapchali kibel który też trzeba było wymienić i odjechali tak szybko jak się pojawili- niczym szarańcza pozostawiając po sobie szkody i pusty, opróżniony z alkoholu barek.
Po dziennikarzach przyszła kolej na wszelkiej maści świrusów- nowych proroków, łowców kosmitów, ufologów, scjentologów, pomazańców bożych, zwykłych i niezwykłych idiotów. A każdy z nich przywoził ze sobą coraz bardziej to fantastyczną teorię na temat tego czym jest pokój i jak funkcjonują drzwi. Jedni, opatuleni w białe, niezbyt czyste prześcieradła głosili, że to raj obiecany i namawiali do wyznania grzechów i czynienia pokuty. Inni okręcali głowy srebrzystą folią aluminiową, zapadali w udawany trans i zarzekali się na wszystkie świętości, że odbierają myśli mieszkańców tajemnego wymiaru. Jeszcze inni (przeważnie młodzież) zamykali się od środka na klucz, niby ze swoją asystentką i takie wyprawiali tam harce, że aż wstyd było słuchać wysokiego C „asystentki” i porykiwań gwałconego orangutana które to wydawał z siebie naukowiec-amator męskiego rodzaju. Po mniej więcej godzinie opuszczali pokój, ona z rozmazaną szminką, on w przekręconym krawacie, obydwoje czerwoni na twarzy i znikali jeszcze prędzej niż się pojawili.
Mathias razem z kolegami z pracy robił dyskretne zakłady jak długo wytrzymają to jeszcze nerwy Ramony. Tym razem udało mu się wygrać od kolegów trzydzieści euro, bo on stawiał na to, że następnego zainteresowanego Ramona po prostu udusi i przeżuje na surowo jego okrwawione zwłoki, natomiast koledzy twierdzili, że wyrwie mu serce z klatki piersiowej samą dłonią.
Ową ofiarą na część krwiożerczej bogini był dziarski staruszek w grubych okularach, mówiący o sobie, że w młodości był prawie profesorem, a już na pewno zostałby nim gdyby się nie potknął na maturze z historii tańca. Interesował  się antycznymi kosmonautami i serią znaczków pocztowych z wizerunkami Kotliny Kłodzkiej. Tutaj nerwy Ramony pękły niczym sparciała gumka w starych galotach.
Chwyciła jedną ręką za kark małego prawie profesora, drugą otworzyła drzwi wyjściowe i pięknym łukiem odrzuciła go hen, hen w ten kawałek ogrodu, który porastały najwyższe pokrzywy. Coś tam przy tym krzyczała, że jedynym antykiem w tej chałupie jest on sam- ale że pluła się bardzo i z wielkiej złości połykała połowę wyrazów, głowy więc sobie za to ściąć nie dam. Potem kupiła dwa wielkie dobermany którym wyjątkowo źle się ze ślepiów patrzyło, kazała otoczyć dom wysokim płotem i pogroziła pięścią mężowi.
-Jeżeli jeszcze raz, ktokolwiek tylko wspomni w tym domu choćby słówkiem o jakiś drzwiach albo pokojach to ty oberwiesz.
-Dobrze kochana żoneczko.- odparł pokornie Mathias.
Powoli wszyscy zapomnieli o pokoju i o drzwiach. Nową łazienkę Ramona kazała urządzić w piwnicy, a ponieważ miejsca było tam więcej- nie zważając na protesty małżonka poleciła zamontować tam jakuzzi i małą saunę.
-Morda w kubeł. To przez ciebie te wszystkie problemy. Jakbyś normalnie drzwi przykręcił to nic takiego by się nie działo.
Może i miała rację, kto wie? Może to z winy Mathiasa otworzył się portal do innego świata? Tak więc szczęśliwy żonkoś, pomny na słowa połowicy, posłusznie mordę w kuble trzymał. Z tajemniczego pokoju żabusia uczyniła schowek na szczotki, stare gazety i połamane meble. Nikt tam też nie zaglądał. Tylko Mathias w częstych chwilach, kiedy to rejterował przed gniewem małżonki, chował się dokładnie za starym, dziurawym fotelem albo wielkimi pudłami proszku „Wizir”. I tylko dlatego Mathias był jedynym człowiekiem, który dostrzegł, że tajemniczy świat  za brudnym, wykuszowym oknem zaczyna się zmieniać a zmiany te są bardzo szybkie. Pierwsze co odkrył to to, że sąsiedzi za ścianą nie śmiali się już tak często. Coraz częściej mówili ściszonymi głosami, a nawet płakali głośno. Śmiech i płacz nie potrzebują tłumaczenia na inne języki, są uniwersalne dla każdego inteligentnego bytu w kosmosie. Kilka miesięcy później zauważył, że liczba latających pojazdów cywilnych zmalała, a na ich miejsce pojawiły się ciężkie, opancerzone, wojskowe helikoptery. Siedzący za sterami żołnierze miny mieli ponure, na ich twarzach nie gościł najmniejszy nawet uśmiech. Ręce ściskali na laserowych automatach, od czasu do czasu posyłali w kierunku pierwszego z brzegu okna pocisk. Okno i pomieszczenie za nim eksplodowało a martwe, okrwawione ciała spadały 1000 pieter w dół. Holograficzne reklamy zmieniły swój wydźwięk. Już nie zachęcały do kupna błękitnych krupików czy lśniących wiciołków. Teraz oferowano mordercze buciągi i klepasze o olbrzymiej sile rażenia, mogące w ciągu sekundy zamienić całe miasto w pył. Z ulic znikali zastraszani mieszkańcy. Coraz częściej słychać było terkotania laserowych karabinów w odległych dzielnicach miasta. Coraz częściej rozbłyskiwały morzem ognia wybuchy, niszczące całe piętra i budynki, i coraz częściej ambulansy wojskowych medikopterów zabierały zwłoki cywili i żołnierzy. Któregoś popołudnia Mathias ukrył się w pokoiku chcąc przeczekać PMS Ramony. Schowany za stertą starych gazet słuchał wrzasków żony i tłuczenia talerzy o kafelki.  Wtedy to nad miastem za oknem rozpętało się piekło. Piekło prawdziwe. Z południa nadleciała eskadra ciężkich pojazdów i raz za razem zrzucała bomby, które eksplodowały z siłą tysiąca słońc. Z północy przeciwstawił im się szwadron innych pojazdów i zaatakował przeciwnika. Część pocisków nie doleciała do celu i również spadła w dół wzniecając pożary. Cywile z krzykiem kryli się w głębi swoich mieszkań. Mury osmalone były od ognia i poczerniałe od krwi. A kiedy się zdawało, że najgorsze jest już za nimi, na horyzoncie ukazał się wykwit chmury w kształcie grzyba i całe miasto spowił pył i ciemność. Tylko jedno, jedyne okno oparło się morderczej sile wybuchu. Mathias przez długie godziny trwał przy wykuszowym oknie, próbując przebić wzrokiem czarne chmury. Nadarmnie. Wiele tygodni trwało nim opadł pył. Mathias codziennie, jakby wbrew sobie wchodził do pokoju i starał wyobrazić ogrom zniszczeń, ukrytych w smolistej czerni. Po wielu tygodniach, po wielu miesiącach radioaktywny piach zaczął opadać i odsłonił prawdziwy widok katastrofy. W mieście nie żył już nikt. Żaden helikopter nie latał nad ulicami. Rozbite hologramy milczały. Okna straszyły osmaloną czernią. Wiatr turlał ulicami kośćmi spopielonych. Jeszcze długie, długie lata Mathias przychodził do pokoju i tkwił tam godzinami mając nadzieję, że ktoś zacznie odbudowę po wielkiej wojnie. Ktokolwiek. Czasem wyobraźnia płatała mu figle i wmawiał sobie, że dostrzega złocisty kombinezon przemykający szybko ruinami ulic albo  słyszy śmiech dzieciaka z wielkim jęzorem. Ale ten świat był już martwy i tylko świecące na niebiesko, w radioaktywnym pyle, podwójne słońce było ostatnim, niemym świadkiem zniszczenia.
*
Wszystkie drzwi prowadzą zazwyczaj tam dokąd to wymarzyli sobie ich twórcy. Za wielkimi, bogato zdobionymi wrotami o miedzianych okuciach znajdziemy najczęściej spokój kamiennego wyhoru albo zapomniane ekresze starożytnych bogów. Zdobione w mytolskie malowidła, białe, lakierowane odrzwia skrywają obitą w bordowy jedwab sypialne królów, niemi świadkowie rozpusty i zgorszenia. Proste, betrzeńskie, prowadzą do chłopskiej chaty, której mieszkańcy- jako te betrzeny, mocni są  i uczciwi. Furtki, ledwie co tylko z na wpół zbutwiałych desek zbite chowają przed oczyma ciekawskich kanciapy i skrytki pełne starych butów, butwiejących przetachów i mysich kup. Lekkie a wytrzymałe drzwi aluminiowe prowadzą do sklepów, cudownych niby skarbiec samego Kononocy, pełnych tajemniczych zapachów i wszystkich kolorów świata, mocnej temuty, drażniącej nos reli, beli aksamitów, żółtego przędziołka, klejnotów, obrazów i sprzętów wdp.
Wszystkie ale to wszystkie drzwi zawsze i wszędzie, mniej lub bardziej spełniały swoją funkcję. Otwierały się i już można było znaleźć się tam gdzie chciano się znaleźć- w magazynie, preluszku albo wychodku.
Z wyjątkiem jednych drzwi. Te nie prowadziły tam dokąd życzyłby to sobie ich właściciel- Osto 3 T.XP - to znaczy do ślicznej, małej preluszki z mozaikowym hukupem i puchatymi ręcznikami. A prowadziły do pokoju z którego, za zamkniętymi wykuszowymi oknami,  można było zobaczyć wspaniałe miasto. Miasto nazywało się Berlin i znajdowało się w zupełnie innym wymiarze...

KONIEC

wasza
Helga von Klusken

p.s. Jak zwykle: proszę o nie kopiowanie, nie powielanie, nie wydawanie w jakiejkolwiek innej formie. Prawa autorskie do opowiadania mogę zamienić na porcelitowego psa albo 3 butelki likieru kokosowego.  
Ewentualnie na golfa trójkę, nie starszego jak 27 lat i koniecznie w kolorze głębokiej depresji.

Drzwi cz.1

O, ja głupia! W czasach kiedy to nawet lodówka może połączyć się z internetem a sznurówki nowych adidasów samodzielnie ściągają z google play (zarejestrowana nazwa handlowa) najnowsze wzory supłów- ja zastanawiam się w jaki to sposób dotrzeć do sieci www. Okazuje się, że w sposób bardzo prosty. Wystarczy tylko kupić niewielki dzyndzolnik o wyjątkowo ordynarnej nazwie (huiwiejak czy jakoś tak) doładować w Lidlu za kwotę minimum 10 euro i już można hulać po internecie z prędkością 6 megabitów na godzinę. Tym oto powolnym sposobem przed wami kolejne opowiadanie pt. "Drzwi". Opowiadanie prawdopodobnie jest już na chomiku w postaci PDF, a gdyby go nie było, to znak niechybny, że nadal się ładuje. Postęp prac można sprawdzić tutaj. W ten gorący dzień ślę wszystkim wyrazy ochłody z głębin mojego zimnego serca i życzę miłego czytania.

 Całość w formacie PDF można znaleźć także tutaj: Drzwi


Drzwi 
część 1



Wszystkie drzwi prowadzą zazwyczaj tam dokąd to wymarzyli to sobie ich twórcy. Za wielkimi, bogato zdobionymi wrotami o miedzianych okuciach znajdziemy najczęściej spokój kamiennego kościoła albo zapomnianą świątynię starożytnych bogów. Zdobione w kapitolską koronkę, białe, lakierowane odrzwia skrywają obite w bordowe jedwabie sypialnie królów, niemi świadkowie rozpusty i zgorszenia. Proste, dębowe prowadzą do chłopskiej chaty, której mieszkańcy- jako te dęby, mocni są  i uczciwi. Furtki, ledwie co tylko z na wpół zbutwiałych desek zbite chowają przed oczyma ciekawskich kanciapy i skrytki, pełne starych butów, butwiejących książek i mysich kup. Lekkie a wytrzymałe drzwi aluminiowe prowadzą do sklepów, cudownych niby skarbiec samego Alibaby, pełnych tajemniczych zapachów i wszystkich kolorów świata, mocnej herbaty, drażniącej nos kawy, beli aksamitów, żółtego szafranu, klejnotów, obrazów i sprzętów agd.
Wszystkie ale to wszystkie drzwi zawsze i wszędzie, mniej lub bardziej spełniały swoją funkcję. Otwierały się i już można było znaleźć się tam gdzie chciano właśnie być- w magazynie, sypialni albo wychodku.
Z wyjątkiem jednych drzwi. Te nie prowadziły tam dokąd życzyłby to sobie ich właściciel Mathias Hoebe- to znaczy do ślicznej, małej łazienki z mozaikowym prysznicem i puchatymi ręcznikami. A prowadziły do...
A zresztą. Muszę chyba zacząć od początku. Słuchajcie.
Mathias Hoebe, jak nazwa sama wskazuje, był Niemcem. Typowym Niemcem- niski, grubawy, o niebieskich oczach. Posiadał samochód marki Volkswagen, pracę w zakładach BMW w Monchengladbach i żonę- wysoką, tłustą jędzę do której musiał mówić „kochana żoneczko, słoneczko, żabusiu” i inne takie, gdyż inaczej gryzła go i biła. Jędza nazywała się Ramona i nawet diabły piekielnie nie wiedzą w jaki sposób udało jej się usidlić biednego Mathiasa. Sam poszkodowany nie za bardzo przypominał sobie w jaki to sposób doszło do splotu tak nieszczęśliwych okoliczności. Coś tam wprawdzie kołatało mu się w łysiejącej już głowie, że przed dziesięciu laty, owego nieszczęsnego wieczoru, to i piwo było wyjątkowo mocne, w barze wyjątkowo ciemno a wysłużony, latami noszony w portfelu kondom pękł w najbardziej krytycznym momencie. Ten moment krytyczny zaowocował pojawieniem się bliźniaczek- równie hogatowatych co mamusia. Reszty zdarzeń Mathias nie pamiętał albo (co bardziej prawdopodobne) wyparł ze świadomości. Wprawdzie bardzo słabo przypominał sobie wrzeszczącą i płaczącą Ramonę z brzuchem wzdętym niczym balon, kościół przystrojony konwaliami, pannę młodą spowitą w koronki tak szczelnie jakby konkurować chciała z mumią Ramzesa XII, gości życzących szczęścia na nowej drodze życia, wzruszonych teściów i pobladłych ze zgrozy własnych rodziców- ale szczegóły, kto, jak, gdzie i kiedy- tego nie mógł już wydobyć z niepamięci. Tak więc wbrew własnej woli został wplątany w związek w którym jedna strona jest mężem a druga ma zawsze rację.
Przez kilka lat mieszkali w ładnym, przestronnym mieszkaniu pracowniczym: on, kochana żoneczka, dwie gburowate bliźniaczki Helga i Berta, gruby, leniwy kocur Neron i szczur Maksymilian- który z założenia miał być psem rasy Chihuahua. To znaczy Ramona, Helga, Berta, Neron i Maksymilian mieszkali tam na prawach lokatorów a Mathias krył się po kątach i modlił się, żeby dobry Pan Bóg uczynił go niewidzialnym. I żyli by tam sobie pewnie aż do emerytury w tym ogólnym szczęściu i harmonii gdyby nie żona kierownika zmiany. A dokładniej: ładny, zgrabny dwupiętrowy domek na przedmieściach, który to kierownikowie kupili za pieniądze ze spadku po cioci z Ameryki.
Któregoś dnia Ramona pojechała do kierownikowej z przyjacielską wizytą i szlag ją trafił na miejscu.
Biała, świeżo odmalowana fasada, zadbany ogródek zachęcający do leniwej drzemki, błyszcząca na „hochglanc” kostka granitowa i storczyki w oknach- wszystko to kłuło ją w serce niczym tysiące, rozpalonych do czerwoności szpilek. Myszkowała kilka godzin, wściubiając krzywy nochal w każdy kąt od piwnicy aż do poddasze. Skrytykowała wystrój biblioteki, wydrwiła deseń tapety na przedpokoju, roześmiała się szyderczo na widok wodnego łóżka w sypialni, wygwizdała meblościankę, napluła do marmurowej umywalki i „przypadkowo” ubrudziła majonezem świeżo odmalowaną ścianę w kuchni.
-Kupujemy dom.- oznajmiła Mathiasowi gdy tylko wróciła do siebie, radosna niczym gradowa burza.
-Kochana żoneczko.- powiedział ostrożnie Mathias. Tylko w ten sposób miał pewność, że megiera nie rzuci mu się z pazurami od razu do oczu.
-Morda w kubeł.- wycedziło szczęście małżeńskiego pożycia.- Czy ty widziałeś co to sobie kupiła ta franca kierownikowa? Dlaczego w ogóle ty nie jesteś kierownikiem?
-Też chciałabyś być francą?- zdziwił się Mathias i tylko dzięki latom praktyki uniknął porcelitowego kubka, który rozbryzgnął się na ścianie, w tym miejscu, gdzie przed sekundą tkwiła jeszcze jego głowa.
-Morda w kubeł.- powtórzyła kochana żoneczka.- Dom se kupili, te łajzy nieskrobane. Jak takie złodzieje mogli sobie na dom pozwolić to ja nie wiem. Pewnie nakradli w pracy. Samochody w częściach, pod koszulą, ten twój żałosny kierownik powynosił, w dziupli gdzieś poskręcał i sprzedaje na lewo. No bo jak inaczej?- Ramona żuła koniec tlenionego warkocza i tępo wpatrywała się w podłogę, coraz bardziej czerwieniejąc na tłustej twarzy z braku powietrza. Mathias pewności nie miał ale już dawno temu zauważył, że procesy mózgowe żony są niesamowicie ograniczone, to znaczy wystarcza ich akurat na tyle, żeby myśleć albo oddychać w jednym momencie. Obie te czynności jednocześnie powodowały zwarcie w gładkim niczym pupcia niemowlęcia mózgu żony i albo przestawała oddychać albo myśleć. Ale najczęściej to drugie jako, że myślenie, (w przeciwieństwie do pewnej ilości tlenu) nie jest do życia tak specjalnie potrzebne.
-Podobno ciocia z Ameryki zostawiła im całkiem niezły spadek.
-Bzdury, bzdury.- warknęła żabusia.- Jak w ogóle takiemu idiocie ktoś mógł zostawić tyle forsy w spadku? Jakby każdemu durniowi jakaś ciocia z Ameryki zrobiła zapis to już dawno kąpalibyśmy się w złocie.
Mathias gładko przełknął komentarz, przyzwyczajony do obelg. Ukroił sobie kromkę chleba i wolno, metodycznie smarował ją masłem, podczas gdy słońce jego życia miotało przekleństwa.
-Szuje. Kradzieje. Hochsztaplerzy. Specjalnie se taki dom kupili, żeby normalnych ludzi kłuć po oczach bogactwem. A co ona nie widziała, że ja widziałam, że jej jadalnia jest z IKEI?- ona to było o żonie kierownika zmiany.- Jadalnia z Ikei, kuchnia z Ikei, meble w łazience to chyba w Lidlu na wyprzedaży kupowała bo takie brzydkie, że aż strach. Świńskie psy o świńskich oczkach. Podjazd kostką se wyłożyła. Przecie, że taką kostkę to za pięć ojro można w „Hagebau” dostać a jak ma się kartę stałego klienta to i 3 procent rabatu się należy. Podjazd srozjazd. No zrób coś!- wrzasnęła nagle takim tonem, że kawałek chleba utkwił Mathiasowi w tchawicy. Odkaszlnął i spojrzał na żonę niczym osłupiałe cielę.
-Co mam takiego zrobić?- zapytał pokornie.
-Dom kupuj!!!
-Kochana żoneczko...
-Nie żoneczkuj mi tu teraz!!!- ryknęła Ramona głosem młodego nosorożca w ruji.- Dom kupuj i to lepszy niż go mają kieronikowie albo...
Nie dokończyła ale Mathias już w myślach widział siebie jako krwawy placek, wypchnięty z najwyższej wieży widokowej w Monchengladbach. Oczywiście zapewne też przez przypadek.
Następnego dnia instynkt samozachowawczy zaprowadził do do pierwszego, lepszego banku udzielającego kredytów średniej klasie mocno średniej. Urzędniczka tępo studiowała zaświadczenie o zarobkach, które jej przedłożył a następnie, równie tępo, wpatrywała się w Mathiasa.
-I co?- zapytała.- Rower chce pan kupić, że pan po kredyt z takimi dochodami przyszedł?
-Patrz pani.- odciął się zgryźliwie.- Tyle lat mi się zdawało, że stała praca jest pierwszym kryterium do otrzymania kredytu.
-Pierwszym kryterium jest dobra wola urzędnika bankowego.- zgasiła go rozmówczyni. Wobec takiego argumentu Mathias nic już więcej nie powiedział tylko przybrał wygląd nikczemny i głupi. Ten akt pokory zaimponował urzędniczce.
-No.- sapnęła z zadowoleniem.- Wiec jak pan tu piszesz...
-Jak tu jest napisane...- poprawił ją Mathias ale napotkawszy wzrok babska wycofał się prędko ze swojej wersji- Jak ja tu pisze...
-Jak pan tu piszesz dom chcesz pan kupić.
-Chcę, nie chcę. Muszę.
Urzędniczka chwilę szukała czegoś w prospektach nieruchomości zajętych przez bank niewypłacalnym dłużnikom i przeznaczonych do sprzedaży. Podała Mathiasowi zdjęcie pięknej willi z basenem, w otoczeniu starych jodeł i świerków. Dom istotnie zapierał dech w piersiach. Na piętrze lśniły w słońcu kręcone balustrady tarasu, na parterze wysokie okna w ozdobnych framugach. Cudeńko.
-Ten dom ma 6 sypialni, cztery łazienki, w sali balowej kominek...
Słucham? Kominek? W sali balowej??? Urzędniczka ciągnęła monotonnym głosem:
-...garaż na trzy samochody, dwa kilometry prywatnej drogi i lądowisko dla helikoptera. Pole golfowe tuż za lasem, też prywatnym. Obok kuchni znajdują się pomieszczenia dla służby, a w ogrodzie stajnia na trzy kucyki.
-Biorę!!!- wrzasnął przyszły właściciel stajni na trzy kucyki i lądowiska dla helikoptera.
-To akurat przykład domu na jaki pana nie stać.- wyjaśniła urzędniczka i zabrała zdjęcia. Mathias lekko poczerwieniał na twarzy ale nic nie powiedział. Znał siebie bardzo dobrze i wiedział, że otworzenie dzioba równałoby się w tym przypadku stekowi przekleństw. Policzył w myślach do dziesięciu. Uspokoił oddech. Kobieta podała mu inne zdjęcia. Dom na nich przedstawiony nie był już tak wspaniały jak poprzedni. Ot, uczciwy, zwykły dom ciężko pracujących ludzi- na planie kostki, z jednym tarasem, biało odmalowany, ogrodzony płotkiem.
-Cztery sypialnie, 2 łazienki, kuchnia połączona z jadalnią. Garaż na dwa samochody, 800 metrów ogrodu, założone inspekty i wysokie grządki. Na ten dom też pana nie stać.
Raz, dwa, cztery, osiemnaście...- liczył w myślach niedoszły właściciel prywatnego pola golfowego. Urzędniczka podała mu trzecie zdjęcie. Sfotografowane było na nim coś, co jeszcze chyba w czasach podboju Germanii przez żołnierzy Juliusza Cezara było chlewem dla świń. Spękane ściany z których w dużych płatach odchodziła farba. Wybite okna. Porąbane tasakiem drzwi wejściowe. Zrujnowane schody. Ogród zarosły przez chwasty, które z pewnością przez lata zaczęły tworzyć własną cywilizację. Grzyb na ścianach, podłogach i sufitach w każdym pomieszczeniu. Brak ogrzewania, brak bieżącej wody, brak prądu i brak jakiejkolwiek nadziei.
-Na ten dom też mnie nie stać?- zapytał, z ufnością w bożą opatrzność, Mathias.
Błąd. Tylko na taki dom było go stać- co też dobitnie uświadomiła mu urzędniczka. Wyszedł z banku z kredytem na trzydzieści lat i aktem kupna sprzedaży antycznego chlewu. Pocieszająca była tylko ironiczna uwaga pracownicy banku, że w gminie można dostać dofinansowanie do remontu zabytków klasy zerowej. Mathias nie wątpił, że jego nowy  nabytek pewnie jest nie tylko klasy zerowej ale i ujemnej. Bardzo ujemnej.
-Tylko się nie denerwuj promyczku.- zastrzegł już od razu po wejściu do mieszkania. Ramona właśnie jakby na to czekała. Skoczyła na równe nogi, niczym jastrząb napadający na królika i w tej chwili zaczęła się denerwować.
-Co kupiłeś?- wrzasnęła.
-Dom. Do malutkiego remontu. Do malucieńsiego.- bąkał niepewny Mathias i w myślach obliczał już ryzyko połamania nóg, kiedy to salwować będzie się ucieczką z drugiego piętra przed gniewem małżonki.
-Do jak małego?
-Ot, może drzwi trzeba będzie na nowo polakierować... Firanki by się jakieś przydały bo tam trochę przeciągu może być.- kłamał myśląc o wietrze hulającym między rozbitymi oknami.- Przejechać spychaczem, ubić ziemię i wybudować coś od nowa... Nic wielkiego.
Do kosztów nowego wyposażenia domu doliczył całą zastawę, którą to Ramona rozbiła na ścianach. Na szczęście nawet nie trafiła go za bardzo i obyło się na trzech szwach na łuku brwiowym ale do takiej drobnostki już od dawna był przyzwyczajony.
Pierwsze spotkanie Ramony z nowym domem odbyło sie nawet w pokojowej i przyjaznej (jak na Ramonę) atmosferze.
-Wyremontujesz to idioto!- krzyczała kochana rybeczka okładając pięściami męża.- Wyremontujesz to choćbyś na własną ślinę tapety przyklejał! Choćbyś miał własną krwią ściany pomalować!- Mathias nie wątpił, że czerwień jego krwi na ścianach idealnie trafiłaby w gust jego żabci.
- Po nocach będziesz tu siedział i własną głową płytki tłukł, żeby je równo na podłogach poprzyklejać. A jak już głową rozwalisz wszystkie płytki, ty ciężki cymbale, to skleisz je i ponownie głową potłuczesz!
I w sumie na tym się skończyło, nie licząc zakrwawionej wargi i paru siniaków. Luzik.
Tylko ten nieszczęsny dom, zamiast uspokoić Ramonę zamienił ją w piekielnego Cerbera. Wieczorami i w weekendy siedziała na karku swojemu mężowi i popędzała go w robocie. Mathias nie wątpił, że któryś z przodków jego połowicy był nadzorcą w starożytnym Egipcie. A tymczasem dzielna potomkini pisarzy faraonów wrzeszczała ile sił w płucach.
-Trawnik przystrzyż! Okna wymień! Ściankę wybuduj! Sufit pomaluj! Szafę skręć! Wynieś z piwnicy martwego oposa! Jak to się nie chce od podłogi odkleić? To paznokciami go zeskrob! Czego się boisz idioto, przecież byłeś szczepiony na tężec. Ojejku jejku, szczur go ugryzł i panikuje!
Trzeba przyznać szczerze- jak każdy Niemiec, Mathias nie był zbyt rozgarnięty, jeżeli chodziło o sprawy budowlano-remontowo-techniczne. W każdej innej dziedzinie talent miał niespotykany- piwo pić potrafił, jodłować potrafił i to tak pięknie, że aż uszy cierpły, napadać na bezbronne kraje i przegrywać wszystkie wojny- też potrafił. Ale wymienić żarówkę, postawić ściankę działową lub podłączyć kibelek do ogólnej kanalizacji- na tym się nie znał ni w ząb. Drogie raty za nieruchomość wyczerpywały i tak już mocno nadwyrężony budżet rodziny. Choćby chciał (a chciał tego bardzo, Bóg jeden tylko wie jak bardzo) nie stać go było na pomocników. Dlatego każdą płytkę, każdy kawałek tapety i każdą klepkę parkietu kładł sam. Jaki był tego wynik nie trzeba było nawet zgadywać. Płytki były krzywe i zasmarowane fugami w zupełnie nieodpowiednim kolorze, samodzielnie wstawione okna nie domykały się, elektryka wywalała za każdym uruchomieniem mikrofalówki a korzystając z doświadczeń wcześniejszych pokoleń całkiem nieświadomie podłączył prysznic do rury gazowej. Nic dziwnego, że Ramona dostawała apopleksji, Helga i Berta lżyły ojca i pluły na niego gdy nie widział, Neron nasikał mu na zupełnie nowe dżinsy a szczuropies warczał i zatapiał malutkie, ostre ząbki w kostki u nóg. Wszystko było nie tak. Remont ciągnął się długo, z mozołem, ślimaczył niczym babcia moherowa na czerwonym. Mijały lata. Dom bardzo powoli przestał przypominać antyczny chlew a zaczynał normalną ludzka sadybę, z kwiatkami w ogródku i nowym, czerwonym dachem. Ramona też jakby warczała już coraz mniej, kiedy dla wszystkich (a najbardziej dla kierownikowej) oczywistym było, że remont jest już prawie ukończony. Ostatnim jego etapem miało być wstawienie drzwi. Ot, prostych ale solidnych zwykłych drzwi, które prowadzić miały do przytulnej łazienki z prysznicem, toaletą i puchatymi, różowymi ręcznikami na półkach. Mathias i ukochana żonka osobiście pojechali do marketu budowlanego by wybrać drzwi idealne. Jednak pierwsze były za wysokie, inne za szerokie, kolejne za białe a jeszcze inne za kolorowe.
-To ja już nie wiem jak mógłbym państwu pomóc.- pryszczaty, nastoletni sprzedawca poskrobał się z zakłopotaniem w głowę.-Musiałbym w magazynie poszukać.
-To szukaj pan!- wrzasnęła Ramona. Chłoptyś zadrżał i prędko zniknął w skarbcu marketu. Pojawił się po dziesięciu minutach, w trakcie których Ramona obsmarowała jego matkę, babkę i resztę żeńskiej części rodziny aż po Dobrawę- epitetami dosadnymi, aczkolwiek niezbyt soczystymi czy odkrywczymi.
-To może takie?- zaproponował taszcząc za sobą pokryte grubą pajęczyną, owinięte w chropowaty, szary karton drzwi. Rozpakowali je. Drzwi pasowały wymiarami. Nie za wysokie, nie za szerokie, nie za białe i nie za kolorowe. Takie w sam raz. Prawie, że idealne. Prawie.

 cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. właśnie jadę kupić porcelanowego psa,  naturalnej wysokości i wymiarów. W chwili obecnej jest to dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego na świecie więc dziś krótko i nieśmiesznie. Nie kopiować, nie kraść, nie przywłaszczać sobie. Tylko czytać, a jak ktoś nie potrafi to niech poprosi mamusię albo tatusia, żeby mu te czarne znaczki tutaj rozrysowali.