piątek, 12 czerwca 2015

Bunt na Prince Polo cz.1

Kapitan Zdzisiu Cebulowy Oddech urodził się jako odpowiedź na konkurs literacki Biedronki. Celem konkursu, premiowanego 100 tysiącami złotych nagrody było stworzenie bajki dla dzieci w wieku od 4 do 10 lat. W ciągu pięciu dni napisałam historię o dzielnych piratach, naszpikowaną żarcikami i nasyconą humorem. 100 tysięcy złotych nie wygrałam, co rzuciło cień podejrzeń na to czy kierownictwo Biedronki wie co to poczucie humoru. Ale patrząc na produkt, który sprzedają pod nazwą "100-procentowe parówki cielęce" to na dowcipkowaniu znają się jak mało kto w branży. Być może- taka refleksja naszła mnie, gdy już tylko przełknęłam gorycz porażki, niniejsze opowiadanie nie nadaje się dla czytelników 4+. To akurat możecie ocenić już sami. Przed wami "Bunt na Prince Polo", potworna opowieść o straszliwym buncie pirackim. Wersja na wynos jak zawsze na zaprzyjaźnionym chomiku tutaj.
p.s. jako, że chronicznie cierpię na brak gotówki na najniezbędniejsze życiowe potrzeby typu: jacht, domek na Majorce i skrzynka wina owocopodobnego typu "Komandos" propozycja sprzedaży Kapitana Zdzisia pozostaje nadal otwarta. Cena taka sama: 100 tysięcy. Pozostaje tylko uzgodnić w jakiej walucie. Złotówki i euro mile widziane, dolary ugandyjskie przyjmuję niechętnie- zapychają toaletę i strasznie drapią w pupę.

Całość w formacie PDF znajdziecie również tutaj: Bunt na Prince Polo
Bunt na Prince Polo
część pierwsza

Ach, ten szum fal i zapach morza w owłosionych nozdrzach! Wy, chomiki lądowe, pojęcia nie macie co to znaczy życie pirata – króla oceanów,  władcy hadwao, cesarza szkorbutu. Ten wiatr rozwiewający włosy w uszach, krzyk mew i zew przygody. Zbliżcie się szczury słodkowodne, a opowiem wam najstraszliwszą historię o piratach, jaką kiedykolwiek słyszeliście.  Historię tak przerażającą, że nawet sztuczna szczęka waszej babci będzie kłapać ze zgrozy zębami a peruka waszego dziadka osiwieje ze strachu. Coś straszniejszego niż walka z morskimi potworami. Coś bardziej ekscytującego niż poszukiwania zaginionych skarbów a nawet coś bardziej upiornego niż płacenie podatków. Zbliżcie się, jeżeli jesteście wystarczająco odważni, usiądżcie wygodnie i nadstawcie uszu. Oto arcygroźna, makabryczna i potworna historia o buncie pirackim na Prince Polo. Zaczynamy! Arrr!!!!

1.

Prince Polo był najpiękniejszą łajbą na całym południowym wybrzeżu Bałtyku i śmiem twierdzić, że nie było cudowniejszego, większego i bardziej zeżartego przez muszle statku od Kołobrzegu aż po Dźwirzyno. Jego kapitan, nieznany z radia i telewizji, Zdzisław Cebulowy Oddech siał postrach wśród okolicznych rybaków i treserów fok a każdy zbir z jego załogi z powodzeniem zdobyłby druga nagrodę w konkursie na największego obwiesia, gdyby tylko ktoś taki konkurs by wymyślił. Pierwsza nagroda należy się oczywiście kapitanowi Zdzisiowi i to już nawet bez takiego turnieju.
            Tego dnia budzik zadzwonił punktualnie. Punktualnie o 6, potem o 6.15, następnie o 6.30, 6.45, 7.00, 7.15, 7.30 aż w końcu wielka, barczysta, owłosiona łapa wyłączyła go dokładnie za kwadrans ósma. Kapitan Zdzisiu się budził. Wprawdzie obiecywał sobie jeszcze wczoraj wieczorem, że wstanie dzisiaj wcześniej aby dłużej nic nie robić ale jak zwykle na obietnicach się skończyło. O nie! Kapitan Zdzisiu wcale nie był leniem czy jakimś tam śpiochem. Nawet lubiłby poranki i to bardzo o ile te zaczynały by się zdecydowanie później. Teraz powoli i ostrożnie odemknął jedno oko, potem drugie a na koniec wydmuchał głośno nochal z zielonych gilów i na tym skończył poranną gimnastykę. Szybko wybrudził się pod błotnicem, starannie pomiął ubranie i wcisnął na głowę admiralski kapelusz z piórkiem.
-Panie i panowie, tu mówi wasz kapitan. Mamy piękny poranny ranek, na zewnątrz 15 stopni w skali Rokforta więc pobudka śpiochy!- ryknął przez  radiowęzeł na swoją załogę, słodko drzemiącą jeszcze w hamakach. –Wstawać, wstawać, brudzić zęby i do roboty, do stu tysięcy beczek marynowanych śledzi. Bosmani do sterów, marynarze do wioseł, majtki do prania! Pani Jolu- przełączył się na inną frekwencję i połączył z kuchnią- poproszę o babeczki rumowe i odrobinę grogu z chudym mlekiem, bez cukru. Dziękuję uprzejmie.
Kapitan Zdzisiu odłożył mikrofon i wyciągnął z drewnianej szafki swój ulubiony kubek ze Spider-manem i haftowaną chusteczkę, którą dostał od załogi na ostatnie urodziny, z napisem: „ dla szefa od hłopakuf”. Normalnie nie mijała nawet sekunda od pobudki, kiedy to na pokładzie rozpoczynały się pirackie przyśpiewki i krzątanina a pani Jola przynosiła mu porcję świeżych, gorących babeczek rumowych. Ale tego dnia panowała cisza.
-Hm.- mruknął kapitan po sekundzie.
-Hm, hm.- mruknął jeszcze raz po dwóch sekundach.
-No co jest?- zaniepokoił się nie na żarty po trzech sekundach. Ostrożnie wyjrzał ze swojej kajuty na korytarz, na którym,  mały chłopiec okrętowy Rysiu Wiewióra powinien czyścić kawałkiem smalcu ze skwarkami kapitańskie buty z wężowej skórki. Ale korytarz był pusty, a niewyczyszczone buty stały dokładnie tam, gdzie odłożył je wczoraj wieczorem.
-Arrr!!!- ryknął wkurzony kapitan i pomknął w samych skarpetkach na pokład.
Cała załoga już tam stała i z posępnymi minami czekała na swojego kapitana. Część piratów, z grobowymi minami, po cichu nuciła smętną piosenkę o wesołych kózkach, inni nerwowo przestępowali z nogi na nogę w oczekiwaniu najgorszego a jeszcze inni, bez zażenowania ukryli twarze w dłoniach, szlochali głośno i wzywali na pomoc mamusie. Gniew kapitana znany był bowiem i straszny.
-Arrr!- rozległ się w oddali potężny głos kapitana Zdzisia.-Arrr!!- kolejny ryk, tym razem głośniejszy przeszył powietrze.-Arrr! Arrr!! Arrr!!!!- i w tej samej chwili budzący zgrozę kapitan wyskoczył na deski pokładowe a jego oczy ciskały płomienie.
-Do stu milionów ton śledziowych flaków!- wrzasnął a dreszcz strachu wstrząsnął załogą.- Na trzysta tysięcy sztuk niewypełnoniych deklaracji podatkowych Pit-37!- klął bardzo brzydko.- Niech mnie motyla noga ściśnie! Co jest chłopaki?- i zmrużonymi z wielkiej wściekłości oczyma rozejrzał się po swoich pirackich kamratach. Spojrzał na wysokiego Henia Chudzielca a ten zbladł. Zatrzymał wzrok na brodatym, tłustym obliczu Leszka Pączusia a ten ze strachu schował się za kolegami. Rzucił okiem na braci bliźniaków Olafa i Olafa a ci zaniemówili i stali tak z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Tylko wysoka, barczysta kucharka pani Jola, o subtelnej urodzie łopaty do odgarniania śniegu nie ulękła się tego miażdżącego wzroku. Wystąpiła naprzód i splunęła uprzejmie.
-Bunt majo panie kapitanie.- wycharczała głosem miłym, niczym garść śrubek mielonych przez maszynkę do mięsa.
-Jaki bunt? Co za bunt? Kto im się w ogóle pozwolił buntować?
Pani Jola lekceważąco wzruszyła ramionami.
-Ja tam nic nie wiem, ja tu tylko sprzątam. Ale ten tam, ten mały w śmiesznej czapce biegał dzisiaj od samego ranka po statku i wzywał do nieposłuszeństwa.- i wskazała palcem na pierwszego oficera, brzuchatego brodacza z drewniana nogą, Stasia Kornika. Stasiu spłynął potem ale nie zawahał się, nie na darmo zwano go najodważniejszym zaraz po kapitanie. Wciągnął brzuch, stanął na baczność, i zameldował służbowym tonem
-Panie kapitanie, chciałbym zameldować bunt.- i zemdlał elegancko ze strachu.
Kapitan głośno i powoli wciągnął powietrze przez nos. A więc to tak! Kapitan Zdzisiu był bardzo wykształconym człowiekiem i przeczytał w swoim życiu chyba nawet ze 3 komiksy. Wiedział, że taki dzień może w końcu nadejść i codziennie rano miał nadzieję, że to jeszcze nie tego ranka. Bunty nie były niczym nowym w pirackim półświatku i często wystarczała tylko jakaś drobna niedogodność by wybuchały. Niejeden raz rozmyślał o nędznym losie Hirka Rudobrodego, którego własna załoga wsadziła do nadmuchiwanego pontonu w kształcie delfina i zmusiła do dryfowania po Czarnym Stawie z jedną tylko paczką serowych krakersów i puszką napoju rabarbarowego. Nikt, nigdy więcej o nim nie usłyszał. A Szalony Ryszard Płaska Stopa? Wysadzili go na plaży w Sopocie i od tamtego czasu biedaczek zarabia na życie robiąc sobie zdjęcia z turystami. A Mieciu Niteczka? Ułaaa. Aż otrząsnął się ze zgrozy bo jego historia była naprawdę najpotworniejsza ze wszystkich. Opuszczony przez załogę Mieciu ożenił się i zamieszkał w domku z ogródkiem. Pomyślcie tylko, ożenił się! I to do tego z własną żoną!!! O nie, bunty były zdecydowanie niebezpieczne. Ale tym razem najgorszy koszmar stał się rzeczywistością i nawet jego ukochane Prince Polo nie zostało oszczędzone. Kapitan Zdzisiu, mimo, że dzielny,  poczuł jak wielka gula strachu rośnie mu w gardle.
-Dzieci moje,- przemówił głosikiem słodkim niczym glukoza w kroplówce.- nie rozumiem waszego niezadowolenie. Jedzenie macie, brudne ubrania macie, umowy na czas nieokreślony również macie. Składki do PIRATUSU na wasze emerytury płacę regularnie. Chciałbym również zwrócić waszą uwagę na atrakcyjne pakiety pracownicze, co roku macie prawo do miesięcznego wypoczynku na bezludnej wyspie a nasz okrętowy dentysta przyjmuje codziennie w swoim, świetnie zaopatrzonym we wszystkiej wielkości kamienie, gabinecie. Macie ciepło i jasno w swoim miejscu pracy kiedy świeci słońce,  natomiast podczas ostatniej kontroli bhp dostaliśmy bardzo wysoką ocenę i za wyjątkiem szczurów w kajutach sypialnych i śmiertelnie trującej pleśni na stołówce inspektor nie zauważył uchybień. Ja sam jestem w zasadzie miły i łagodny, i gdybym miał jakichkolwiek przyjaciół to na pewno mogli by to potwierdzić. Czego wam jeszcze potrzeba?
Chwilę panowała cisza, po czym ktoś z tłumu krzyknął głośno.
-Tu się chodzi o jedzenie panie kapitanie!
-Właśnie!- szybko podchwycili inni. W tłumie być odważnym to żadna trudna rzecz.
-Na śniadanie rum, na obiad zupa dnia rum. Na podwieczorek rum, ze słodyczy rum a wieczorami rumianek.
-O wy... Rum was w zęby kole?!- wściekł się kapitan ale jego słowa szybko zostały zagłuszone przez kolejne skargi.
-Higiena też nie stoi na najwyższym poziomie! Nie ma skarpetek do zmiany!
-Przecież zrobiłem wam wykaz kto się z kim skarpetkami zmienia.- bronił się słabo kapitan ale nowe zarzuty padały już ze wszystkich stron i nikt go nie słuchał. Sytuacja robiła się dramatyczna.
-Ciągle tylko poszukiwania tych zaginionych skarbów! Ani żadnej wycieczki fakultatywnej ani chwili, żeby zdjęcia porobić!
-Od napadanie na inne okręty stale łamią mi się paznokcie!
-A mnie już 3 razy rzucono na pożarcie rekinom. Żądam, żeby wyznaczyć jakąś uczciwą kolejkę, a nie tylko ciągle ja i ja!
-Brudno!
-Nudno!
-I śmierdząco!!!
-CISZAAAA!!!- huknął z całych sił kapitan Zdzisiu.- A więc nie podoba wam się piratowanie?
-Nie podoba!- odparł tłum.
-I nie chcecie być piratami?
-Nie chcemy!!!
-Więc zgoda!- Kapitan  Zdzisiu potężnie zazgrzytał zębami aż zapiszczały wszystkie plomby.- Od dzisiaj będziecie zatem antypiratami. Będziecie robić wszystko dokładnie na odwrót od tego co przystało prawdziwym piratom. Będziecie mówić dokładnie przeciwne rzeczy od tych, które wypowiadają piraci. Będziecie myśleć zupełnie inaczej. Nawet rozkazuję wam pachnieć w zupełnie inny sposób, niż to jak do tej pory pachnieliście, a wierzcie mi, że to nie łatwe zadanie. Zobaczymy czy długo będzie wam ten miód smakować. Teraz rozejść się do antyroboty! A kto się wyłamie i zacznie z powrotem piratować, to jakem wasz antykapitan, przysięgam, że rzucę rekinom na pożarcie i to poza kolejnością!
I jak powiedział tak pewnie by zrobił albowiem słowny był wielce.

2.

            Tak więc na Prince Polo zapanował niesłychany i najpotworniejszy bunt o jakim piracki świat tylko słyszał. I w sumie pora była najwyższa, bo właśnie zbliżało się śniadanie. Kapitan Zdzisiu... o pardon, antykapitan Zdzisiu wszedł na drewnianą skrzynkę po mydle, która nierozpakowana od 10 lat, od dawna robiła wyłącznie za dekorację pokładu.
-Słuchaj nieusłuchana bando!- wrzasnął stanowczo – Co najmniej od 5 minut moje kiszki wygrywają motyw przewodni z Titanica, co oznacza, że najwyższa pora na jedzenie. Śniadanie bowiem, zaraz obok obiadu i kolacji to najważniejszy posiłek dnia. Antypiraci! Do dzisiaj zawsze zachowywaliście się przy wchodzeniu do stołówki jak banda szympansów na promocji Chiquity! Od teraz jest z tym szlus. Ustawić mi się grzecznie w pary, według wzrostu i zarostu. Chwycić ładnie za rączki i radosnym krokiem wmarsz!
Załoga antypiratów z wielką prędkością dobrała sie dwójkami i grzecznie, elegancko weszli do mesy, bez zwykłego popychania, krzyków i kopniaków. Wszystkim udzielił się radosny nastrój, a niektórzy z nich, co bardziej uczuciowi ocierali łzy z zarośniętych twarzy i dziękowali Posejdonowi za to, że bunt nie przeobraził się w krwawą jatkę. W środku stołówki, ubrana w kwiecisty fartuch pani Jola, z ponurą miną kończyła właśnie gotować śniadanie, drugie już w ciągu dnia. Najtłustszy na całym statku, cieśla okrętowy, Leszek Pączuś z lubością wciągnął w płuca nowy, nieznany dotąd zapach.
-Ach, pachnie jak delicje.
-Nie sądziłem, że dożyję takiego dnia.- westchnął z zachwytem jego towarzysz z pary, Mundek Paszczak, pociągając nosem. – Pachnie jak kawior! Przepiórcze jaja! Świeże masełko!
-I sorbet malinowy.- dokończył Leszek. Pani Jola, wesoła niczym gradobicie, zbliżała się właśnie do ich stolika, dzierżąc w jednej dłoni wielki garnek a w drugim chochlę.
-Cóż nam niesiesz gołąbeczko?- zagruchotał radośnie Leszek.- Czyżby boczek i smażone jajka? A może świeże wafle przekładane dżemem z kiszonych ogórków?
-Albo naleśniki nadziewane szczyptą miłości i emocjonalnego zaangażowania?-wtrącił przymilnie Mundek.
-Owsiankę.- warknęła pani Jola i z impetem napełniła ich talerze glutowatą breją o szarym kolorze. Chlast, chlast, chlast, kolejne talerze wypełniały się owsianą paćką.
-Życzę smacznego.- prychnęła kucharka i zniknęła w swoim kantorku. Antypiraci smętnie spoglądali na swoje śniadanie.
-Prawdę mówiąc wyobrażałem to sobie troszeczkę inaczej.- westchnął głośno Stasiu Kornik grzebiąc w swojej pulpie. Inni podzielali jego zdanie.
-Miałem nadzieję na coś z cynamonem i musztardą.- wtrącił Rysiu Wiewióra płaczliwym tonem.
-A może zostały jeszcze jakieś rumowe babeczki?- zapytał ktoś z głębi sali.
-A skąd! Osobiście widziałem jak pani Jola rzuciła je rekinom na pożarcie.
-Biedne rekiny. Czym one jej tak zawiniły?
Antykapitan Zdzisiu słuchał tego marudzenia a jego krzaczaste brwi drżały z gniewu i złości.
-Nie podoba się szanownemu państwu?!- ryknął tak głośno, że drugi najdzielniejszy na okręcie Stasiu Kornik zemdlał ze strachu i wpadł twarzą w owsiane błotko.- Jeść ale migiem bo rzucę na pożarcie. Buntu się szanownym panom zachciało?
-I paniom.- wtrąciła Helga Ślicznotka.
-Racja, racja. Hm... no więc, buntu się paniom i panom zachciało? Zjadać ale już.- i żeby dać dobry przykład pierwszy zaczął wiosłować łyżką w swojej zupie, choć żołądek skręcał mu się z obrzydliwości. Antypiraci, wzdychając ciężko, również zabrali się za swoje śniadania. Wydawało im się przy tym, że gorzej już być nie może. I mieli racje. Tak im się tylko wydawało.

CIĄG DALSZY NASTĄPI 

wasza
Helga von Klusken

p.s. Arrr, wy śliskie od czystości i brzoskwiniowego mydełka szczury lądowe. Jakem wasz kapitan powtarzam wam: jeno do prywatnego użytku macie te tutaj literki drukowane. A kto ośmieli się je publikować w postacie papierowej, audiobooka lub innej bez mej zgody zostanie rzucony rekinom na pożarcie. I to poza kolejnością! Arrr!

wtorek, 9 czerwca 2015

Roku trzytysięcznego

Po dwóch tygodniach pobytu na zabitej dechami wsi jestem z powrotem, razem z nowym opowiadaniem. Przyznam się wam szczerze: "Roku trzytysięcznego" powstało głównie z frustracji powodowanej remontem naszej wiejskiej chawiry. Ciągle czegoś brakuje, a to gwoździ, a to farby, a to cierpliwości i umiejętności- a po każdą duperelę trzeba jeździć do odległego o 10 kilometrów Eisleben (tak na boku, to ta sławna miejscowość w której urodził się i umarł Marcin Luther). Tak moi drodzy, gwoździ nie ma, farby nie ma, styropian był ale się skończył, lakier wyparował, piasek wywiało, cementu nie dowieźli. Ale wiecie za to co jest? Jest waląca się chałupa, którą dwa, zupełnie nieobeznane z remontami, głuptaki próbują połatać i posklejać, coby deszcz nie padał im za kołnierze. Przed wami "Roku trzytysięcznego". Zapraszam do lektury na miejscu. Wersję pdf na wynos znajdziecie pod adresem http://chomikuj.pl/woorkroom2007/vonklusken.

Bezpośredni dostęp do pliku PDF znajdziecie także tutaj Roku trzytysięcznego



Roku trzytysięcznego

W roku trzytysięcznym nie ma pracy. No nie ma i już. Jak sobie pomyślę, że jeszcze 5000 lat temu było 100 % zatrudnienia to ogarnia mnie pusty śmiech. Takie piramidy na ten przykład. Tysiące, dziesiątki tysięcy niewolników oblanych potem, palących się w egipskim, bezlitosnym słońcu. Prężą muskuły twarde niczym skała, napinają wykute niby z żelaza mięśnie.
-Hej hop! Razem!- krzyczą.- Hej hop i jeszcze raz!
Powoli, dostojnie, centymetr po centymetrze suną granitowe bloki, z których, niby kawałki gigantycznej układanki wyrastają białe piramidy. Setki dozorców z plecionymi biczami trzaskają nad wyprężonymi karkami robotników.
-Do pracy wy tłuste skurwysyny! Hej hop i razem!
Powoli, powolutku, noga za nogą, coraz dalej i coraz wyżej. Dziesiątki skrybów zapisują na glinianych tabliczkach ilość marmurowych bloków, cedrowych belek, zużytych, ociekających krwawą posoką pejczy. Nic nie oprze się ich sokolemu wzroku. Każdy gram piasku, każda główka kapusty i każde wycieńczone nadludzką pracą truchło niewolnika będzie zapisane. Odnotowane. Zważone. Policzone i wciągnięte w rejestr. A to wszystko w imię pełnego zatrudnienia. Ech... mógłbym być takim skrybą albo dozorcą. A co mi tam. Mógłbym być nawet niewolnikiem.
            W roku trzytysięcznym nie ma jedzenia. To znaczy głodu nie ma ale nie mógłbym powiedzieć, że mamy jedzenie. Co tydzień dostaję przydział 14 tubek odżywczych, ani mniej ani więcej. W każdą środę staję w kolejce departamentu sytości, odczekuję 3-4 godziny w zależności od tego jak sprawnie posuwa się kolejkowy wężyk i dopiero wtedy mam żarcie. Kolejka jest długa, w każdy powszedni dzień tygodnia wyznaczono inny rewir po odbiór. Ja mieszkam na Srebrzystej, 5 rewir, 61 dystrykt i co środę wolno mi zająć miejsce w ogonku. Tydzień po tygodniu, rok po roku, zawsze te same twarze kolejkowych sąsiadów. Moje miejsce jest między panem Rysiem i wysoką, szczupłą blondynką. Mam je jeszcze po matce.  Z blondynką jeszcze nigdy nie zamieniłem ani słowa, stoi taka wydupiona, wycyckowana z nosem utkwionym w książce albo w gazecie. Kilka razy nawet brała nie chętka, żeby uszczypnąć ją tak po przyjacielsku w dupę ale ile razy napotykam jej surowy wzrok odchodzi mnie ochota.
            Pan Rysiu za to, to co innego. Sypie żarcikami, deklamuje Gałczyńskiego, w lecie poci się w słońcu i śmierdzi niemiłosiernie, w zimie śmierdzi trochę mniej. Swój chłop. Umówiliśmy się nawet, że pójdziemy na piwo jak tylko urząd sytości zacznie z powrotem wydawać marki na alkohol. Bo to jest tak: jeszcze za czasów mojego dziadka piwo było. Ba! Nawet dżem był i masło, i papierosy. Potem te ważniaki na górze, politycy znaczy się, wymyślili, że przeludnienie, że rezerwy trzeba oszczędzać, że niby głód, smród i ubóstwo no to zlikwidowali- ale tylko przejściowo- kupony na alkohol i papierosy. Potem znikł dżem- że niby zaraza owocowa. Krowy zjedliśmy- to na razie i masła nie było, a za tatusia to już w ogóle niczego nie było. Zostały tylko tubki odżywcze. Więc jedzenia nie mamy ale za to odbiór tubek kwituję co środę w okienku. Szybko podpis na liście, dziękuję obywatelu, tutaj parafka, życzę miłej środy i następny. No ale kiedyś jak już przezwyciężymy chwilowe trudności z zaopatrzeniem to i piwo pewnie wróci. A może nawet i dżem!
            Tubek jest 14, mówiłem już? 7 zielonych i 7 żółtych. Zielonych nie lubię, śmierdzą rybą i jakimś takim nieświeżym olejem. Zawsze po zielonej tubce mam w gębie kapeć i zdaje mi się, że cuchnę śledziem czy dorszem. No to zielone tubki zjadam zawsze na kolację, bo w nocy to mnie zazwyczaj wszystko jedno- zazwyczaj śpię. Żółta tubka za to jest całkiem smaczna, pachnie i cytrynką, i truskawką, i nawet troszkę rumem. Ja rumu nigdy nie piłem ale pan Rysio, jako mały berbeć, skosztował trochę u cioci na imieninach i przysięga, że to to. No to jem żółtą tubkę zawsze na śniadanie  bo lubię miło zacząć dzień i lubię jak mi z gęby pachnie poziomkami a nie sztokfiszem. Po śniadaniu siedzę w fotelu i patrzę w telewizor ale tylko tak sobie z przyzwyczajenia, bo w roku trzytysięcznym w telewizji niczego nie ma. No nie ma ludzie kochani. Chciałbym wam powiedzieć, że jest coś fajnego ale nie ma i już. Rano to dają najpierw wiadomości a tam mówi tak spikerka- fajna babka, tak na stronie, z cyckami i wszystkim co należy- mówi, że nic nie ma. Że nie ma mleka, chleba, wędliny, pomidorów, jajek, czystej wody i powietrza. Ale to akurat nic nowego, bo wszyscy wiedzą, że nic nie ma.  No to siedzę sobie w fotelu i słucham jak idiota, że były, na przykład, mandarynki ale się skończyły. Że były gęski, króliki, frytki i pizza ale teraz nie ma i czuje jak mi ślinka cieknie. Zjadłbym takiej gęsi. Albo grzybków marynowanych. Albo owsianki z cebulą. Ech... dobrze, że chociaż tubki dają, chociaż to nie to samo co cebulka. No wiec jak już tak sobie posłucham tych wiadomości to zazwyczaj wstaję i idę do ubikacji. W telewizji leci blok reklamowy ale to takie pic na wodę, fotomontaż, między nami szczerze mówiąc. Bo to reklamują na zapas, taki marketing przyszłościowy. Na przykład śpiewa taka babeczka, prawie że goła w samych brokatowych majteczkach, o kabanosach. Kabanosów nie ma, to wiedzą wszyscy. Ale ona szczerzy zęby do mikrofonu (po co nam właściwie jeszcze zęby, skoro tubki są płynne?), kręci na prawo i lewo tymi swoimi majtaskami i śpiewa:
-Uuu, kabanosy pyszne są. Uuu, jak się znowu pojawią to leć je kupić. Uuu, aaa, bejbe, bejbe, kabanosy!
Albo taka inna reklama, też przyszłościowa. Że to niby kot w kominiarce na łepku napada na sklep, terroryzuje grubą sklepikarę swoimi pazurami i żąda od niej łiskasa. I męski głos z głośnika oznajmia na tle zażerającego sie przysmakami kota: „twój kot będzie kupował łiskas”. Tak więc widzicie, że to głupie, bo po pierwsze to ten kot wcale nie kupował a rabował, (a to jednak jakaś różnica jest) a po drugie w roku trzytysięcznym nie ma żadnych kotów. Ale pewnie to tylko przejściowe trudności z zaopatrzeniem. No to na blok reklamowy zazwyczaj nie patrzę tylko idę do ubikacji, umyć zęby i zrobić numer dwa. Potem wracam i znowu siadam w fotelu, żeby obejrzeć film. W roku trzytysięcznym to już nikt filmów nie robi bo to nie ma i dobrych aktorów, i sensownych reżyserów, i taśm filmowych też nie ma ale nic nie szkodzi. Zachowały się jeszcze trzy filmy z przeszłości: „Casablanca”, „przygody Forresta Gumpa” i „Poszukiwacze zaginionej szparki”, i nadają je codziennie zawsze o tej samej porze. Casablance dają przed południem w pasmie dla gospodyń domowych, mimo, że gospodyń domowych już nie ma. No bo, żeby były gospodynie to jednak muszą być i gospodarze, co to w krawacie albo i roboczym wdzianku pędzą rankiem do biura tudzież warsztatu. Biur już nie ma, warsztatów już nie ma to i logiczne, że gospodyń ni hu hu nie uświadczysz. Ale Casablance nadają dzień w dzień. Takie o miłości to jest. Że najpierw on nie chce a ona chce. A potem ona nie chce a on chce. A potem jak oboje chcą to przylatuje samolot i nic już więcej nie widać. Czasami jak oglądam Casablance to myślę sobie to tej mojej cycatej blondynie z kolejki. Mojej to naturalnie tak sobie tylko powiedziane, bo ona nie jest moja ani niczyja. Ale myślę sobie o tej miłości, o tej blondynie i jakoś ciepło mi się robi w okolicy serca. I wali tak jakoś przyjemnie, bumbum, bumbum, bumbum. Ech, żeby tak miłość się przytrafiła ale taka prawdziwa to by dopiero było coś. Czasami w ramach eksperymentu jak oglądam Casablance to sobie myślę o panu Ryśku ale wtedy wcale nie robi mi się ciepło na sercu i wcale nie wali tak mocno jak wtedy, gdy pomyślę o cycyatej. Bo w roku trzytysięcznym to nie ma miłości (ale to już chyba wam mówiłem?) więc nawet nie mam sie kogo spytać czy takie bumbum, bumbum, bumbum to już to czy jeszcze nie. Gdyby była jakaś biblioteka to może można by było nawet o tym poczytać. Muszę sobie gdzieś zakonotować, żeby zapisać się do biblioteki zaraz jak tylko z powrotem jakąś otworzą.
            Jak się skończy pierwszy film to znowu jest pasmo reklamowe tym razem dłuższe. Wtedy zazwyczaj wychodzę zaczerpnąć powietrza na korytarz. Czasami, kiedy licznik Geigera pokazuje, że promieniowanie jest nawet znośne ośmielam się otworzyć okno, wyciągam głowę i patrzę sobie na drzewko rosnące na placyku obok. To wcale nie jest takie łatwe jakby wam się zdawało, bo to najpierw trzeba otworzyć okno, a zawiasy już się nieco wypaczyły, potem trzeba nieco stanąć na czubkach palców, wykręcić głowę na prawo i wtedy prawie, prawie można zobaczyć drzewo a już na pewno jego cień. Drzewko, to chyba brzoza kiedyś była, jest pod stałą opieką policyjną, 24 godziny na dobę. Wcześniej to tylko taki uschnięty konar był ale jakoś ze dwa lata temu ktoś zauważył, że na czubku wypuściło 2 zielone listki i wtedy to normalnie zaczęła się chryja. Przyjechały policjanty z psami, otoczyli drzewo płotem, podsypali nawozem i pilnują jak oka w głowie. Bo to drzewo to jedyne w całej dzielnicy co nam zostało z przyrody. Nic innego już nie ma. Więc jak tak sobie popatrzę na to drzewko, a przynajmniej na jego cień to potem wracam do domu. Muszę uważać, żeby za długo nie wystawiać głowy przez okno, bo to jednak ten licznik wcale nie jest taki dokładny. Niby tu pokazuje, że owszem, promieniowanie niskie, a tu siuuu wiuuu nie wiadomo skąd podleci wiatr, zakręci jakąś taką chmurą i wtedy stary, poczciwy Geiger zaczyna piskać jak szalony. No to uważać trzeba i szybciutko rejterować inaczej rzyga się dalej niż widzi. Dobrą stroną tego jest fakt, że jednak chyba nie można powiedzieć, że niczego nie ma, bo promieniowanie jednak jest i to takie, że ho ho! Po dłuższym bloku reklamowym nadają film o Forreście Gumpie. To o takim kolesiu co biegł, biegł i biegł i na końcu dobiegł do mety. Dobry film. Fajnie, jakoś tak lekko się to ogląda bo to i czekoladki, i owoce morza i nawet koktajl mleczny się przewija gdzieś w tle. Także fajne. Zawsze oglądam go do samego końca (za wyjątkiem środy, bo wtedy muszę odebrać tubki) i najbardziej lubię scenę, kiedy Forrest siedzi na ławce, palce ma wyświnione czekoladą i mówi:
-Życie jest jak pudełko pralinek, nigdy nie wiesz jaka ci się trafi.
Ja nie mam żadnych pralinek, tak więc mnie się nic nie trafi.
Kurde. Trochę jednak szkoda.
Potem w telewizji niczego nie więcej nie ma aż do 22. To znaczy są i wiadomości i bloki reklamowe ale to takie o których już wam opowiadałem, wiec w sumie to tak jakby ich nie było. O 22. puszczają trzeci film, który się jeszcze zachował. To już jest, że tak powiem, inna twarz kinematografii, też o miłości ale takiej z której powstawały dzieci. Nie żebym narzekał, bo to jednak i kostiumy mają ładne, dopóki ich nie zdejmą. Akcja też jest niczego sobie, chociaż nieco monotematyczna, a i dialogi, przynajmniej na początku każdej sceny, mają coś na zarys pewnego sensu. Ale wiecie co jest w tym filmie najciekawsze? No nie zgadniecie. He,he ni hu hu nie zgadniecie. To ja wam powiem.
 Las. Normalnie wielki las. Drzew pełno, trawy pełno, kwiatów i ziół też pełno. Drzew to za bardzo jednak nie widać, bo większość scen kręconych jest z pozycji horyzontalnej ale i tak wiadomo, że to las. A w tle rzeczka. Niebieska, niebieściuchna, wije się jak wstążeczka. Piękne to jest. Motylki latają, jakieś bąki takie żółte i czarne. Wśród liści przechadzają się czarne, błyszczące żuki. No coś wspaniałego. Te szyszki na leśnej ścieżce, te sterty zbutwiałego igliwia. Te trawy smukłe, długie i giętkie, szeleszczące cicho na wietrze. Te kwiatki drobniutkie niczym białe okruszki, mech lśniący od rosy i ptaki trelające gdzieś w zaroślach. W roku trzytysięcznym nie ma już żadnego lasu a tu proszę na filmie jeszcze jest. I można sobie pooglądać nawet codziennie, jak ktoś ma takie życzenie i ochotę.
A potem lecą napisy końcowe, w tle przewija się jakaś prymitywna muzyczka z syntezatora i wyświetla się wielka kolorowa plansza z napisem: koniec programu. Widzicie, teraz nawet programu już nie ma. Wtedy idę do łóżka. Może i nawet powinienem umyć przedtem zęby ale jakoś wieczorami nigdy mi się nie chce. Po co skoro próchnicy też już nie ma. Więc leżę w swoim łóżku, myślę o tym lesie i zastanawiam się co my tak właściwie mamy. Bo lasów już nie mamy. Ani trawy, ani drzew, ani mchu. Nie mamy przestrzeni, nie mamy dzieci, nie mamy piwa. Pracy nie mamy, jedzenia nie mamy, dżemu nie mamy. Miłości nie mamy ani wiary, ani nadziei. Ale wiecie co mamy? Mamy rok trzytysięczny. A to już jednak coś!


KONIEC


wasza
Helga von Klusken

p.s. I jak zwykle na koniec. Czytać można, komentować można, zachwycać się można, wybrzydzać można ale nie można wydawać w formie papierowej, audiobooka lub jakiejkolwiek innej bez mojej pisemnej zgody. Zgoda kosztuje całą skrzynkę szampana Igistroje, więc radzę się pośpieszyć zanim Ruskie nałożą embargo na ten nektar.