piątek, 1 kwietnia 2016

Edzio, który wszystko wiedział

Wróciłam ze świąteczno-remontowego urlopu. Padało, wiało, zimno było- jednym słowem obrzydliwie. W nieogrzewanej chałupie, w najcieplejsze dni temperatura podnosiła się do pięciu stopni. Kominków ciągle brak, więc jedyną formą ogrzewania był kocyk i termofor z gorącą wodą. Do tych wszystkich problemów dołączają się ciągłe troski w związku z nierozwiązaną sprawą spadkową i fakt, że Steffen, mój mąż, wciąż jest brzydki. Ale za to Hitler i Mussolini nadal są martwi. Przynajmniej jedna dobra wiadomość.

"Edzio, który wszystko wiedział" w formie PDF (chomik)
a tutaj do poczytania i ściągnięcia z dysku google: Edzio, który wszystko wiedział
Autorem zdjęcia jest fantastyczny Tomek Sikora

Edzio, który wszystko wiedział

Edzio wiedział wszystko, ale to dosłownie wszystko- i to od dnia swoich narodzin. Kiedy, wyczerpana długim porodem, matka skarżyła się na bóle w podbrzuszu Edzio poradził jej, by przykładała zimne kompresy.
-Zimne kompresy są polecane przez lekarzy na całym świecie. Już w czasach starożytnych wodolecznictwo było cenionym sposobem uzdrawiań. Cesarz Tyberiusz, znany rzyski rozpustnik, wierzył, że lodowata woda morska przywróci mu męskość i witalność.- powiedział między jednym  łykiem mleka z piersi a drugim.
-Co ty tam możesz wiedzieć.- oburzyła się matka. –Ledwo co się urodziłeś przecież, życia nie znasz. A poza tym, to nie są tematy, na które mogą się wypowiadać trzydniowe niemowlęta. Poczekaj, aż urośniesz. To dla dorosłych jest!
Edzio tylko wzruszył swoimi malutkimi ramionkami, pachnącymi oliwką i ciepłym mlekiem.
Bóle nie ustawały.
Wezwana po kilku dniach położna zaleciła chłodne okłady i ciepłą herbatkę z rumianku. Wprawdzie wiejskie, doświadczone baby kręciły nosami na takie miastowe zachcianki, bo przecież „une same dzieciaki rodziły i nikt się przy tym wodom nie polewał i arbaty z chwastów nie pił” ale sumiennie wykonano zalecenia.
Cierpienie prędko ustąpiło.
-Edziu, miałeś rację.- powiedziała zdumiona matka. Edzio westchnął. Już wtedy zrozumiał, że ludzie są jak ćmy tańcujące wokół świecy. Nie poznają się na niebezpieczeństwie, dopóki ogień nie zwęgli ich skrzydełek.
Kilka dni później nareszcie można było ochrzcić malutką pieluszkę z wrzeszczącym lokatorem.
-Jak dacie mu na imię?- zapytał ksiądz rodziców chrzestnych.
-Edzio. To po dziadku bogaczu, co po nim cała chałupa i trzy świnie zostały.
-Jeżeli wolno mi się wtrącić, to wolałbym dostać imię po jakimś sławnym nobliście albo utalentowanym aktorze, niż po człowieku, który był we wsi znany z tego, że pół literka bimbru samodzielnie obalał w trzy minuty. Może mógłbym się nazywać Niels albo Wayne? Jak Niels Bohr albo John Wayne?
-Łajn?- dziwił się ksiądz a z nim pół kościoła.- Dziecko, czy ty sądzisz, że dobry Bóg chciałby, byś się nazywał jak krowie placki w dopełniaczu? Nie znasz się na niczym.
Stanęło więc na Edziu. Kto to mógł wtedy wiedzieć? Może faktycznie świat lepiej poznałby się na Nielsie albo Waynie, tak jak nie poznał się na zwykłym Edziu, którego dziadek wciągał samogon jak wygłodniała świnia parowane kartofle.
W szkole wcale nie było inaczej.
-Niech pani uważa.- ostrzegał swoją nauczycielkę, miłą, pulchniutką blondynkę o rozmarzonych oczach.- Z tych pani spotkań z kierowcą ciężarówki wyniknie tylko wstyd i pieczenie w kroczu.
-Oż, ty mały hultaju!- zawyła nauczycielka i zagoniła go za karę do kąta, w którym przemyśleć miał swoje złe postępowanie. Edzio zdawał sobie jednak sprawę z tego, że jego postępek był słuszny, więc myślał o tym, że firma remontująca szkołę, w poprzednim roku, źle ociepliła ściany budynku- chociaż zwracał im uwagę.
Mniej więcej po tygodniu od tamtej rozmowy dyrektor podstawówki zmuszony był wypowiedzieć posadę nauczycielce Edzia. Kierowca ciężarówki okazał się żonaty i dzieciaty, a bogobojna, praworządna społeczność małego miasteczka nie życzyła sobie skandalu.
Po nauczycielce zostało tylko niesmaczne wspomnienie i słony rachunek firmy dezynfekującej damskie toalety.
-Edzio miał rację.- napisała wiele lat później w swoich pamiętnikach była wychowawczyni. Ponieważ jednak nie znalazła żadnego wydawcy, który odważyłby się opublikować jej nieskromne wyznania- nikt się o tym nie dowiedział. Przez całe lata Edzio jednak przeczuwał, że naprawdę miał wtedy rację.
Z malutkiej wsi Edzio wyjechał na studia do dużego miasta.
Studia wyglądały podobnie. Edzio wiedział wszystko, przeczuwał wszystko, ostrzegał wszystkich, by nie robili głupot i nie nabawiali się kłopotów, gdyż miły był z niego facet i chciał oszczędzić im niepotrzebnych przykrości. Wszyscy jak jeden mąż ignorowali dobre rady Edzia, by poniewczasie przyznać, że jednak trzeba było go posłuchać.
-Edzio, stało się dokładnie tak, jak przepowiedziałeś.- chlipał mu w rękaw student pierwszego roku, złapany przez surowego wykładowcę  na ściąganiu.
-Edzio, powinienem cię posłuchać.- płakał zrozpaczony doktorant, wyrzucony z uniwersytetu za pijaństwo.
Edzio tylko wzdychał ciężko. W głowie zaczęły mu kiełkować nieśmiałe myśli, że ludzie to tak naprawdę zwykłe gołe małpy, a nie inteligentne istoty, za jakie się uważają. Weźże, przyklej na parkowej ławce kartkę z napisem „świeżo malowane” a żaden nie uwierzy. Jeszcze tyłkiem na wilgotnej farbie usiądzie i będzie się dziwić, że mu mokro.
Mimo to nie przestawał udzielać światłych rad, a udzielał ich nawet swoim profesorom, dufnym w swoją inteligencję i zapatrzonym w swoje przerośnięte ego.
-Pańska miłość do smażonego boczku doprowadzi pana do grobu.- ostrzegał swojego wykładowcę matematyki. Profesor był niski, otyły i wiecznie zajęty żarciem różnych części świni. Nie uwierzył w słowa swojego studenta. Bo niby w jaki sposób umiłowanie wieprzowiny miałoby być śmiertelnym zagrożeniem? W krajach arabskich to co innego, ale w środku Europy? No jakże to? Edzio miał wprawdzie na myśli miażdżycę i otłuszczenie wątroby, podczas gdy profesor matematyki umarł, zakrztusiwszy się chrząstką z salcesonu. Mimo tych drobnych różnic przepowiednia znowu okazała się prawdziwą. Namiętność do wyrobów mięsopodobnych pogrążyła w żałobie pracowników uniwersytetu i członków rodziny matematyka, a jego samego doprowadziła na Powązki, do alei zasłużonych.
-Ach, panie Edziu! Żeby tylko mąż wtedy pana posłuchał.- łkała niepocieszona wdowa.
Edzio studia skończył z samymi piątkami- przecież wiedział wszystko. O ile dyplom miał imponujący, o tyle niechęć i smród ciągnęły się za nim długo na uczelni. Wykładowcy, koledzy, a nawet sprzątaczki miały do niego żal. Nie, nie o słuszne zalecenia tylko o to, że te porady wyjawiały jednocześnie najbardziej skrywane, żenujące tajemnice- do których nikt się nie przyznaje, nawet w głębi swojego serca. Największy łajdak maca się bowiem od czasu do czasu po bokach, by sprawdzić, czy mu nie wyrastają skrzydła anioła.
-Przecież stwierdzenie prostego faktu, że docent Jankowski jest głupi nie jest żadną tajemnicą.- bronił się Edzio.
-Owszem, jest.- odpowiadano mu.- Tylko że to tajemnica dla samego docenta Jankowskiego.
Edzio nie wiedział jednak sensu w tym, że docent Jankowski, z ludzkiej litości, przez całe życie powinien trwać w nieświadomości własnej głupoty.
-A gdyby tak Jankowski nagle został prezydentem?- argumentował.- Czyż nie byłoby to katastrofą dla 38 milionów poczciwych obywateli?
Jego oponenci twierdzili jednak, że głupota prezydenta to tajemnica najwyższej wagi państwowej.
Edzio skapitulował wobec potęgi takiego argumentu. Po raz pierwszy w życiu zdał sobie pytanie, czy ogromna wiedza nie jest jednocześnie ogromnym przekleństwem.
Życie ma jednak to do siebie, że płynie dalej czy nam to się podoba, czy też nie. Edzio gwizdnął więc na wszystkie tajemnice, te zwykłe i te najwyższej wagi, i istniał dalej. Istnienie nawet nieźle mu wychodziło, za to przynajmniej nikt się na niego nie obrażał.
Prace po studiach znalazł wyjątkowo łatwo. Doskonale przecież wiedział, która wielka firma poszukuje pracownika z jego kwalifikacjami.
-Witamy na pokładzie.- rzekł młody, sympatyczny menedżer działu, z wykształcenia syn prezesa, i wskazał mu jego biurko. Biurko było połamane, a z krzesła wystawały drzazgi. Na szczęście Edzio o tym wiedział, więc nie poranił sobie pupy przy siadaniu.
-Tu ma pan komputer, tutaj jest drukarka. Po naciśnięciu tego guzika włączy się komputer. Jeżeli z tego świecącego pudła nie wydobywa się dym, to znaczy, że trzeba niestety zacząć pracę.- objaśniał mu nowe zajęcie szef w taki sposób jakby Edzio był idiotą, a nie tym, który zawsze wszystko wie.- Po wciśnięciu tego guzika włączy się drukarka. Jeżeli akurat nie stoi w płomieniach, to świadczy, że nie można pójść na przerwę i trzeba drukować stery niepotrzebnych wykresów, które nigdy nikogo nie zainteresują. Tu ma pan ołówek, pisze się tym ostrym końcem. Tu ma pan okno, widać przez nie szczęśliwych, wolnych ludzi, którzy nie muszą umierać na anemię w tych dusznych, biurowych klatkach. Tu ma pan firmowy kubek, aby nawet kawa spływała panu w usta goryczą, a tu firmowa pani Ela, by pamiętał pan, że dla takich ładnych kobiet jak ona jest pan tylko małym, korporacyjnym śmieciem.
Edzio doskonale wiedział, że jest małym, biurowym trybikiem wielkiej maszyny, która zmieli jego duszę, wypali emocje i zniszczy osobowość. Śpiewająco przeszedł więc okres próbny i został zatrudniony na stałe.
Był towarzyski, uczynny, doskonale wypełniał swoje obowiązki a mimo to ani koledzy, ani firmowa pani Ela nie darzyli go sympatią. A to wszystko dlatego, że wiedział wszystko.
-Jasiu, nie kupuj tego telewizora.- ostrzegał kolegę z prawej strony biurka.- Będziesz miał problemy z tym modelem.
-Zgłupiałeś?- obraził się kolega.- To najnowszy Szajsung, cud technologii, większy niż problemy egzystencjonalne mojej byłej żony, tańszy niż kebab na dworcu.
Edzio uznał, że jednorazowe ostrzeżenie powinno wystarczyć inteligentnemu pracownikowi międzynarodowej korporacji z dyplomem najlepszej płatnej uczelni w kraju.
Nie wystarczyło. Następnego dnia kolega pojawił się w biurze, a w jego oczach lśniły łzy.
-Miałeś rację.- przyznał.- Tylko niepotrzebnie pieniądze wyrzuciłem, ten model nie nadaje się do niczego. Wyobraź sobie: siedzę wczoraj przed telewizorem, grzebię sobie jak zwykle gwoździem w uchu a tu bach! I nagle wysiadła fonia.
„A nie mówiłem?” pomyślał Edzio.
-Mieciu, nie sikaj na trakcję kolejową.- życzliwie radził koledze z lewej strony biurka.
Kolega jednak nie miał możliwości podziękować Edziowi za tę cenną radę. Bycie porażonym przez prąd, czarnym, zwęglonym trupem trochę to uniemożliwiało.
Od tamtego czasu nawiedzał jednak Edzia w snach. Jego obraz snuł się niczym dusza pokutująca, jęczał posępnie i przyprawiał o dreszcze.
-Uuuu! Gdybym tylko nie nasikał po pijaku na trakcję kolejki wilanowskiej...- zwodziło upiornie widmo. Na żal, nawet najszczerszy, było już jednak zdecydowanie za późno.
Po trzech latach bez podwyżki, bez premii i bez żadnego słowa uznania ze strony szefa Edzio stał się wiarygodnym członkiem społeczeństwa, któremu bank może łaskawie udzielić pożyczki mieszkaniowej. Pożyczka była obrzydliwie wysoko oprocentowana i wyjątkowo niekorzystna. Edzio doskonale sobie zdawał z tego sprawę, ale doskonale zdawał sobie sprawę również z tego, że w żadnym innym banku nie uzyska lepszej oferty.
Pracownica banku robiła do niego słodkie oczy i kusząco wypinała biust.
-Wiem, że rozpaczliwie szuka pani męża, bo rodzina wyśmiewa panią od starych panien i naciska na wnuki.- powiedział Edzio uwodzicielsko wypiętej pracownicy.- Jest pani zdesperowana i gotowa wyjść nawet za Torquemadę, byle tylko był ksiądz, biała suknia i wesele w remizie. Muszę panią jednak ostrzec. Wielki łajdak ze mnie i nikczemnik. Na pewno będę panią bił, pił i zdradzał z firmową panią Elą.
-Och, to wykluczone.- odparła kobieta.- Ma pan wprawdzie mordę typowego obwiesia, ale wierzę, że pan się zmieni po ślubie.
Edziu w to nie wierzył, ale jak tu kłócić się z zakochaną kobietą? Tylko prychnął lekceważąco.
Wzięli zatem ślub i zamieszkali w ładnym mieszkanku, kupionym na kredyt.
Edzio miał rację. Nie minął nawet miesiąc, gdy zaczął pić, bić żonę i flirtować z koleżankami z pracy.
Żona wybuchała łzami i drapała pazurami jego twarz.
-Ty łajdaku!- krzyczała.- Ty nikczemniku! Życie mi zmarnowałeś!
-Przecież cię ostrzegałem.- bronił się słabo Edzio.
-Gdzie ja miałam oczy! Trzeba było cię posłuchać!- wyła żona.
Zostali jednak razem, bo kredyt mieszkaniowy skuteczniej scala ludzi niż najbardziej romantyczne wyznania i oficjalne przysięgi. No i dla dzieci to jest dobre, gdy wychowują się w pełnej rodzinie, choćby ojciec był najgorszym pijusem i gwałtownikiem.
Mizerniał Edziu coraz bardziej. Im dłużej żył, tym mniej wierzył w ludzi. Kiedyś przeczytał w gazecie artykuł, że inteligencja jest równomiernie rozłożona w społeczeństwie i na każdego geniusza przypada jeden osobnik, niewiele mądrzejszy od traszki. Szczerze wątpił w prawdziwość tego artykułu. Jak to możliwe, że on trafia tylko na ludzi, którzy przegraliby w szachy ze słoikiem kiszonych ogórków? A może geniusze są na tyle genialni, że skutecznie unikają kontaktów z innymi?
Szkoda, że nikt nie przypomniał Edziowi, że im więcej się wie, tym bardziej jest się samotnym. Im bardziej jest się oczytanym, tym mniej jest ludzi, z którym można swobodnie porozmawiać, bez zmuszania się do ględzenia o pogodzie, modzie i najnowszych popowych teledyskach. Im większa wrażliwość emocjonalna, tym mniej ludzi, którzy są w stanie ją zrozumieć.
Markotniał Edziu i posępniał. Ba! nawet czasami płakał sobie cichutko.
Kiedy był młody, chmurny i durny wierzył, że dzięki jego dobrym radom ludzkość rozkwitnie i wespnie się na wyżyny szczęścia. Czyż nie do tego dążą politycy? Czyż nie tego domagają się artyści?
Czyż nie sugerują tego zaangażowani członkowie organizacji charytatywnych wytrwale walczący o forsę na chorych, na biednych i na wzrost populacji komarów?
Wierzył, że doprowadzi społeczeństwa do punktu, w którym nie ma złości, nie popełnia się błędów, a każdy, kto tylko skorzysta z jego wszechwiedzy, na zawsze zostanie rozsądny i szczęśliwy.
Tymczasem ludzie ignorowali Edzia. Wciąż popełniali śmieszne błędy, które wpędzały ich w depresje i poczucie winy.
Nawet jego sąsiad, dobry, miły Franiu, nie chciał słuchać słusznych rad Edzia.
-Franiu, nie biegaj z włączoną piłą spalinową, kiedy strzyżesz żywopłot.
-A co, myślisz, że ja nie dam rady?- chełpił się Franiu.- Weź, no tylko przytrzymaj mi piwo.
Miły sąsiad Franek dorabiał sobie, po pracy, przystrzyganiem ligustru na posesjach miejscowych bogaczy.
Wrr, wrr- zawyła piła. Pam, pam, pam- zaklepotały klapki Frania na ścieżce. Szy...szy...szy...-zachlupotała krew z tętnicy. Buch, buch, buch- toczyła się po kostce brukowej twarz ogrodnika- amatora. Głowa Frania, idaealnie odcięta od tułowia przyturlała się do stóp Edzia, otworzyła szeroko oczy i jęknęła.
-Edziu. Chyba trzeba jednak było nie biegać z włączoną piłą.
Lekarz wypisujący zaświadczenie zgonu i pracownik firmy pogrzebowej byli takiego samego zdania.
To zdarzenie przelało czarę goryczy.
Edzio opuścił żonę, zrezygnował z pracy, sprzedał wszystko co miał, resztę rozdał najuboższym i ruszył w podróż po świecie. A wszędzie, dokąd tylko przybył, udzielał dobrych rad, napomnień i pouczał.
-Nie palcie papierosów! Będziecie mieli od tego raka.
Palacze go wyśmiewali, z lubością zaciągając się kolejnym kłębem sinego dymu, który nieuchronnie przybliżał ich do śmierci w męczarniach.
-Uprawiajcie sport i dbajcie o zdrowie fizyczne!
Tym nie przejmował się nikt.
-Nie bierzcie kredytów we frankach!
Na te słowa zwolennicy tanich kredytów tylko chichotali pogardliwie.
Nie znalazł się nikt, kto choćby troszeczkę przejął się mądrymi radami Edzia. Gdziekolwiek się znalazł, tam szły za nim wyzwiska i śmiech.
Dopiero po czasie palacze dochodzili do wniosku, że ten szalony Edzio wiedział o czym mówi. Schorowane grubasy przyznawały mu racje a marznący pod mostem frankowicze, pytali się samych siebie dlaczego mu nie uwierzyli wcześniej.
Na skruchę było jednak za późno.
Minęło 20 lat, w których nauczania Edzia przeszły bez echa. Nikt go nie słuchał, nikt mu nie wierzył, a mimo to on bezustannie prorokował. Nikt nie wiedział co go do tego pchało, nawet on sam. Czyżby wola? Głupota? Naiwność? Coraz bardziej chudł, coraz bardziej wątpił, coraz większa była jego niechęć. Bo ileż można tłumaczyć, że samodzielne rozbrajanie znalezionego w lesie niewypału palnikiem acetylenowym to nierozsądny pomysł? Ile razy trzeba powtarzać, by nie dzwonić pod wpływem alkoholu do byłej? I jak przekonać tłumy, że politycy wcale nie chcą ich dobra, lecz pełnego koryta?
Kiedy światowi przywódcy zaczęli nieśmiało przebąkiwać, że rozpętanie Trzeciej Wojny Światowej jest jedynym sposobem na rozładowanie napięcia społecznego, ogólny dobrobyt i zlikwidowanie głodu- Edzio wspiął się na górę. Nie była to wprawdzie najwyższa góra, ale całkiem spory pagórek z którego roztaczał się ładny widok na okolicę, a głos rozlegał się donośnie, niby głos samego Jehowy, co upomina Abrahama by nie składał ofiary z Izaaka tylko wziął głupiego barana pasącego się w krzakach nieopodal.
-Ej, ludzie, słuchajcie!- krzyknął Edzio ze szczytu pagórka.- Żadna wojna nie przynosi dobrobytu, tylko krew młodych i łzy starych. Żadna wojna nie zlikwiduje głodu, tylko sprawi, że drobne ciała dzieci napęcznieją jak balony, a piersi matek wyschną. Żadna wojna nie przyniesie szczęścia, bo po obu stronach barykady będzie słychać ten sam lament i ten sam jęk bólu. Nie wierzcie nikomu, kto mówi, że prowadzi wojny w waszym imieniu i dla waszego dobra. Bo choćby objawił wam się sam bóg, w jego boskim majestacie, z księżycem pod stopami i ze słońcem nad głową, a zażądał od was wojny- nie wierzcie takiemu bogu.
-A kim ty jesteś, byśmy tobie wierzyli?- krzyczeli do niego ludzie stojący u stóp pagórka.
-Jestem Edzio.- powiedział Edzio.
-Idź precz! My chcemy dobrobytu, rozładowania napięcia społecznego i zlikwidowania głodu.
Zszedł zatem Edzio z pagórka i otrzepał sandały swoje. Tak przynajmniej mówi oficjalna historia, bo tak naprawdę Edzio splunął z niesmakiem na ziemię i powiedział głośno:
-Ot, idioci! Zobaczycie jeszcze, że miałem rację.
Pogroził im pięścią, po czym udał się na bezludną pustynię, by tam mieszkać i trenować żuki. Nie zaprzestał jednak pouczać i udzielać napomnień, tylko od teraz mówił do żuków. A żuki go słuchały, bo w przeciwieństwie do ludzi, przyjmowały z wdzięcznością słuszne rady Edzia. Nikt bowiem, tak jak on, nie wskazywał im, która to droga jest najwygodniejsza by przetoczyć cenną kulkę z gnoju i gdzie mieszkają najsmaczniejsze mszyce.
Wiele lat upłynęło w tej przyjacielskiej harmonii. Żuki były zdrowe, szczęśliwe i syte. Edzio spełniony. Prorok z radością spoglądał w błękitne niebo, patrzył na złocistozłote piaski, z lubością wciągał w płuca rozgrzane powietrze pachnące pustynią i skałami. Nic go nie martwiło, nic nie sprawiało przykrości. Dziwił się tylko dlaczego nie przyszedł do niego żaden posłaniec, by tak jak kiedyś powiedzieć mu poniewczasie:
-Edziu, miałeś rację. Wojna nie rozwiązuje niczego.
No cóż. Gdyby ktokolwiek został żywy, na pewno złożyłby mu tę wizytę. Szkoda, że Ziemia składała się już tylko z prochu, pyłu i 7 miliardów radioaktywnych trucheł.

KONIEC
 


wasza
Helga von Klusken

p.s. Kwietniowa kluseczka jest króciutka, zatem jeszcze w tym miesiącu czeka was kolejna publikacja. Nie, nie jest to wcale primaaprilisowy żart. "Numa i niewolnik" już wkrótce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)