"Edzio, który wszystko wiedział" w formie PDF (chomik)
a tutaj do poczytania i ściągnięcia z dysku google: Edzio, który wszystko wiedział
Autorem zdjęcia jest fantastyczny Tomek Sikora
Edzio, który wszystko wiedział
Edzio wiedział wszystko, ale to dosłownie wszystko- i to od dnia swoich
narodzin. Kiedy, wyczerpana długim porodem, matka skarżyła się na bóle w
podbrzuszu Edzio poradził jej, by przykładała zimne kompresy.
-Zimne kompresy
są polecane przez lekarzy na całym świecie. Już w czasach starożytnych
wodolecznictwo było cenionym sposobem uzdrawiań. Cesarz Tyberiusz, znany rzyski
rozpustnik, wierzył, że lodowata woda morska przywróci mu męskość i witalność.-
powiedział między jednym łykiem mleka z
piersi a drugim.
-Co ty tam możesz
wiedzieć.- oburzyła się matka. –Ledwo co się urodziłeś przecież, życia nie
znasz. A poza tym, to nie są tematy, na które mogą się wypowiadać trzydniowe
niemowlęta. Poczekaj, aż urośniesz. To dla dorosłych jest!
Edzio tylko
wzruszył swoimi malutkimi ramionkami, pachnącymi oliwką i ciepłym mlekiem.
Bóle nie
ustawały.
Wezwana po kilku
dniach położna zaleciła chłodne okłady i ciepłą herbatkę z rumianku. Wprawdzie
wiejskie, doświadczone baby kręciły nosami na takie miastowe zachcianki, bo przecież
„une same dzieciaki rodziły i nikt się przy tym wodom nie polewał i arbaty z
chwastów nie pił” ale sumiennie wykonano zalecenia.
Cierpienie prędko
ustąpiło.
-Edziu, miałeś
rację.- powiedziała zdumiona matka. Edzio westchnął. Już wtedy zrozumiał, że
ludzie są jak ćmy tańcujące wokół świecy. Nie poznają się na
niebezpieczeństwie, dopóki ogień nie zwęgli ich skrzydełek.
Kilka dni później
nareszcie można było ochrzcić malutką pieluszkę z wrzeszczącym lokatorem.
-Jak dacie mu na
imię?- zapytał ksiądz rodziców chrzestnych.
-Edzio. To po
dziadku bogaczu, co po nim cała chałupa i trzy świnie zostały.
-Jeżeli wolno mi
się wtrącić, to wolałbym dostać imię po jakimś sławnym nobliście albo
utalentowanym aktorze, niż po człowieku, który był we wsi znany z tego, że pół
literka bimbru samodzielnie obalał w trzy minuty. Może mógłbym się nazywać
Niels albo Wayne? Jak Niels Bohr albo John Wayne?
-Łajn?- dziwił
się ksiądz a z nim pół kościoła.- Dziecko, czy ty sądzisz, że dobry Bóg
chciałby, byś się nazywał jak krowie placki w dopełniaczu? Nie znasz się na
niczym.
Stanęło więc na
Edziu. Kto to mógł wtedy wiedzieć? Może faktycznie świat lepiej poznałby się na
Nielsie albo Waynie, tak jak nie poznał się na zwykłym Edziu, którego dziadek wciągał
samogon jak wygłodniała świnia parowane kartofle.
W szkole wcale
nie było inaczej.
-Niech pani
uważa.- ostrzegał swoją nauczycielkę, miłą, pulchniutką blondynkę o
rozmarzonych oczach.- Z tych pani spotkań z kierowcą ciężarówki wyniknie tylko
wstyd i pieczenie w kroczu.
-Oż, ty mały
hultaju!- zawyła nauczycielka i zagoniła go za karę do kąta, w którym
przemyśleć miał swoje złe postępowanie. Edzio zdawał sobie jednak sprawę z
tego, że jego postępek był słuszny, więc myślał o tym, że firma remontująca
szkołę, w poprzednim roku, źle ociepliła ściany budynku- chociaż zwracał im
uwagę.
Mniej więcej po
tygodniu od tamtej rozmowy dyrektor podstawówki zmuszony był wypowiedzieć
posadę nauczycielce Edzia. Kierowca ciężarówki okazał się żonaty i dzieciaty, a
bogobojna, praworządna społeczność małego miasteczka nie życzyła sobie
skandalu.
Po nauczycielce
zostało tylko niesmaczne wspomnienie i słony rachunek firmy dezynfekującej
damskie toalety.
-Edzio miał
rację.- napisała wiele lat później w swoich pamiętnikach była wychowawczyni.
Ponieważ jednak nie znalazła żadnego wydawcy, który odważyłby się opublikować
jej nieskromne wyznania- nikt się o tym nie dowiedział. Przez całe lata Edzio jednak
przeczuwał, że naprawdę miał wtedy rację.
Z malutkiej wsi
Edzio wyjechał na studia do dużego miasta.
Studia wyglądały
podobnie. Edzio wiedział wszystko, przeczuwał wszystko, ostrzegał wszystkich,
by nie robili głupot i nie nabawiali się kłopotów, gdyż miły był z niego facet
i chciał oszczędzić im niepotrzebnych przykrości. Wszyscy jak jeden mąż
ignorowali dobre rady Edzia, by poniewczasie przyznać, że jednak trzeba było go
posłuchać.
-Edzio, stało się
dokładnie tak, jak przepowiedziałeś.- chlipał mu w rękaw student pierwszego
roku, złapany przez surowego wykładowcę
na ściąganiu.
-Edzio,
powinienem cię posłuchać.- płakał zrozpaczony doktorant, wyrzucony z
uniwersytetu za pijaństwo.
Edzio tylko
wzdychał ciężko. W głowie zaczęły mu kiełkować nieśmiałe myśli, że ludzie to tak
naprawdę zwykłe gołe małpy, a nie inteligentne istoty, za jakie się uważają.
Weźże, przyklej na parkowej ławce kartkę z napisem „świeżo malowane” a żaden
nie uwierzy. Jeszcze tyłkiem na wilgotnej farbie usiądzie i będzie się dziwić,
że mu mokro.
Mimo to nie
przestawał udzielać światłych rad, a udzielał ich nawet swoim profesorom,
dufnym w swoją inteligencję i zapatrzonym w swoje przerośnięte ego.
-Pańska miłość do
smażonego boczku doprowadzi pana do grobu.- ostrzegał swojego wykładowcę
matematyki. Profesor był niski, otyły i wiecznie zajęty żarciem różnych części
świni. Nie uwierzył w słowa swojego studenta. Bo niby w jaki sposób umiłowanie
wieprzowiny miałoby być śmiertelnym zagrożeniem? W krajach arabskich to co
innego, ale w środku Europy? No jakże to? Edzio miał wprawdzie na myśli
miażdżycę i otłuszczenie wątroby, podczas gdy profesor matematyki umarł,
zakrztusiwszy się chrząstką z salcesonu. Mimo tych drobnych różnic
przepowiednia znowu okazała się prawdziwą. Namiętność do wyrobów mięsopodobnych
pogrążyła w żałobie pracowników uniwersytetu i członków rodziny matematyka, a
jego samego doprowadziła na Powązki, do alei zasłużonych.
-Ach, panie
Edziu! Żeby tylko mąż wtedy pana posłuchał.- łkała niepocieszona wdowa.
Edzio studia skończył
z samymi piątkami- przecież wiedział wszystko. O ile dyplom miał imponujący, o
tyle niechęć i smród ciągnęły się za nim długo na uczelni. Wykładowcy, koledzy,
a nawet sprzątaczki miały do niego żal. Nie, nie o słuszne zalecenia tylko o
to, że te porady wyjawiały jednocześnie najbardziej skrywane, żenujące tajemnice-
do których nikt się nie przyznaje, nawet w głębi swojego serca. Największy
łajdak maca się bowiem od czasu do czasu po bokach, by sprawdzić, czy mu nie
wyrastają skrzydła anioła.
-Przecież
stwierdzenie prostego faktu, że docent Jankowski jest głupi nie jest żadną
tajemnicą.- bronił się Edzio.
-Owszem, jest.-
odpowiadano mu.- Tylko że to tajemnica dla samego docenta Jankowskiego.
Edzio nie
wiedział jednak sensu w tym, że docent Jankowski, z ludzkiej litości, przez
całe życie powinien trwać w nieświadomości własnej głupoty.
-A gdyby tak
Jankowski nagle został prezydentem?- argumentował.- Czyż nie byłoby to
katastrofą dla 38 milionów poczciwych obywateli?
Jego oponenci
twierdzili jednak, że głupota prezydenta to tajemnica najwyższej wagi
państwowej.
Edzio
skapitulował wobec potęgi takiego argumentu. Po raz pierwszy w życiu zdał sobie
pytanie, czy ogromna wiedza nie jest jednocześnie ogromnym przekleństwem.
Życie ma jednak
to do siebie, że płynie dalej czy nam to się podoba, czy też nie. Edzio
gwizdnął więc na wszystkie tajemnice, te zwykłe i te najwyższej wagi, i istniał
dalej. Istnienie nawet nieźle mu wychodziło, za to przynajmniej nikt się na
niego nie obrażał.
Prace po studiach
znalazł wyjątkowo łatwo. Doskonale przecież wiedział, która wielka firma
poszukuje pracownika z jego kwalifikacjami.
-Witamy na
pokładzie.- rzekł młody, sympatyczny menedżer działu, z wykształcenia syn
prezesa, i wskazał mu jego biurko. Biurko było połamane, a z krzesła wystawały
drzazgi. Na szczęście Edzio o tym wiedział, więc nie poranił sobie pupy przy
siadaniu.
-Tu ma pan
komputer, tutaj jest drukarka. Po naciśnięciu tego guzika włączy się komputer.
Jeżeli z tego świecącego pudła nie wydobywa się dym, to znaczy, że trzeba
niestety zacząć pracę.- objaśniał mu nowe zajęcie szef w taki sposób jakby Edzio
był idiotą, a nie tym, który zawsze wszystko wie.- Po wciśnięciu tego guzika
włączy się drukarka. Jeżeli akurat nie stoi w płomieniach, to świadczy, że nie
można pójść na przerwę i trzeba drukować stery niepotrzebnych wykresów, które
nigdy nikogo nie zainteresują. Tu ma pan ołówek, pisze się tym ostrym końcem.
Tu ma pan okno, widać przez nie szczęśliwych, wolnych ludzi, którzy nie muszą
umierać na anemię w tych dusznych, biurowych klatkach. Tu ma pan firmowy kubek,
aby nawet kawa spływała panu w usta goryczą, a tu firmowa pani Ela, by pamiętał
pan, że dla takich ładnych kobiet jak ona jest pan tylko małym, korporacyjnym
śmieciem.
Edzio doskonale
wiedział, że jest małym, biurowym trybikiem wielkiej maszyny, która zmieli jego
duszę, wypali emocje i zniszczy osobowość. Śpiewająco przeszedł więc okres
próbny i został zatrudniony na stałe.
Był towarzyski,
uczynny, doskonale wypełniał swoje obowiązki a mimo to ani koledzy, ani firmowa
pani Ela nie darzyli go sympatią. A to wszystko dlatego, że wiedział wszystko.
-Jasiu, nie kupuj
tego telewizora.- ostrzegał kolegę z prawej strony biurka.- Będziesz miał
problemy z tym modelem.
-Zgłupiałeś?-
obraził się kolega.- To najnowszy Szajsung, cud technologii, większy niż
problemy egzystencjonalne mojej byłej żony, tańszy niż kebab na dworcu.
Edzio uznał, że
jednorazowe ostrzeżenie powinno wystarczyć inteligentnemu pracownikowi
międzynarodowej korporacji z dyplomem najlepszej płatnej uczelni w kraju.
Nie wystarczyło. Następnego
dnia kolega pojawił się w biurze, a w jego oczach lśniły łzy.
-Miałeś rację.-
przyznał.- Tylko niepotrzebnie pieniądze wyrzuciłem, ten model nie nadaje się
do niczego. Wyobraź sobie: siedzę wczoraj przed telewizorem, grzebię sobie jak
zwykle gwoździem w uchu a tu bach! I nagle wysiadła fonia.
„A nie mówiłem?”
pomyślał Edzio.
-Mieciu, nie
sikaj na trakcję kolejową.- życzliwie radził koledze z lewej strony biurka.
Kolega jednak nie
miał możliwości podziękować Edziowi za tę cenną radę. Bycie porażonym przez
prąd, czarnym, zwęglonym trupem trochę to uniemożliwiało.
Od tamtego czasu
nawiedzał jednak Edzia w snach. Jego obraz snuł się niczym dusza pokutująca,
jęczał posępnie i przyprawiał o dreszcze.
-Uuuu! Gdybym
tylko nie nasikał po pijaku na trakcję kolejki wilanowskiej...- zwodziło
upiornie widmo. Na żal, nawet najszczerszy, było już jednak zdecydowanie za
późno.
Po trzech latach
bez podwyżki, bez premii i bez żadnego słowa uznania ze strony szefa Edzio stał
się wiarygodnym członkiem społeczeństwa, któremu bank może łaskawie udzielić
pożyczki mieszkaniowej. Pożyczka była obrzydliwie wysoko oprocentowana i
wyjątkowo niekorzystna. Edzio doskonale sobie zdawał z tego sprawę, ale
doskonale zdawał sobie sprawę również z tego, że w żadnym innym banku nie uzyska
lepszej oferty.
Pracownica banku
robiła do niego słodkie oczy i kusząco wypinała biust.
-Wiem, że
rozpaczliwie szuka pani męża, bo rodzina wyśmiewa panią od starych panien i
naciska na wnuki.- powiedział Edzio uwodzicielsko wypiętej pracownicy.- Jest
pani zdesperowana i gotowa wyjść nawet za Torquemadę, byle tylko był ksiądz,
biała suknia i wesele w remizie. Muszę panią jednak ostrzec. Wielki łajdak ze
mnie i nikczemnik. Na pewno będę panią bił, pił i zdradzał z firmową panią Elą.
-Och, to
wykluczone.- odparła kobieta.- Ma pan wprawdzie mordę typowego obwiesia, ale wierzę,
że pan się zmieni po ślubie.
Edziu w to nie
wierzył, ale jak tu kłócić się z zakochaną kobietą? Tylko prychnął lekceważąco.
Wzięli zatem ślub
i zamieszkali w ładnym mieszkanku, kupionym na kredyt.
Edzio miał rację.
Nie minął nawet miesiąc, gdy zaczął pić, bić żonę i flirtować z koleżankami z
pracy.
Żona wybuchała
łzami i drapała pazurami jego twarz.
-Ty łajdaku!-
krzyczała.- Ty nikczemniku! Życie mi zmarnowałeś!
-Przecież cię
ostrzegałem.- bronił się słabo Edzio.
-Gdzie ja miałam
oczy! Trzeba było cię posłuchać!- wyła żona.
Zostali jednak
razem, bo kredyt mieszkaniowy skuteczniej scala ludzi niż najbardziej
romantyczne wyznania i oficjalne przysięgi. No i dla dzieci to jest dobre, gdy
wychowują się w pełnej rodzinie, choćby ojciec był najgorszym pijusem i
gwałtownikiem.
Mizerniał Edziu
coraz bardziej. Im dłużej żył, tym mniej wierzył w ludzi. Kiedyś przeczytał w
gazecie artykuł, że inteligencja jest równomiernie rozłożona w społeczeństwie i
na każdego geniusza przypada jeden osobnik, niewiele mądrzejszy od traszki.
Szczerze wątpił w prawdziwość tego artykułu. Jak to możliwe, że on trafia tylko
na ludzi, którzy przegraliby w szachy ze słoikiem kiszonych ogórków? A może
geniusze są na tyle genialni, że skutecznie unikają kontaktów z innymi?
Szkoda, że nikt
nie przypomniał Edziowi, że im więcej się wie, tym bardziej jest się samotnym.
Im bardziej jest się oczytanym, tym mniej jest ludzi, z którym można swobodnie porozmawiać,
bez zmuszania się do ględzenia o pogodzie, modzie i najnowszych popowych
teledyskach. Im większa wrażliwość emocjonalna, tym mniej ludzi, którzy są w
stanie ją zrozumieć.
Markotniał Edziu
i posępniał. Ba! nawet czasami płakał sobie cichutko.
Kiedy był młody, chmurny
i durny wierzył, że dzięki jego dobrym radom ludzkość rozkwitnie i wespnie się
na wyżyny szczęścia. Czyż nie do tego dążą politycy? Czyż nie tego domagają się
artyści?
Czyż nie sugerują
tego zaangażowani członkowie organizacji charytatywnych wytrwale walczący o
forsę na chorych, na biednych i na wzrost populacji komarów?
Wierzył, że
doprowadzi społeczeństwa do punktu, w którym nie ma złości, nie popełnia się
błędów, a każdy, kto tylko skorzysta z jego wszechwiedzy, na zawsze zostanie
rozsądny i szczęśliwy.
Tymczasem ludzie
ignorowali Edzia. Wciąż popełniali śmieszne błędy, które wpędzały ich w
depresje i poczucie winy.
Nawet jego
sąsiad, dobry, miły Franiu, nie chciał słuchać słusznych rad Edzia.
-Franiu, nie
biegaj z włączoną piłą spalinową, kiedy strzyżesz żywopłot.
-A co, myślisz,
że ja nie dam rady?- chełpił się Franiu.- Weź, no tylko przytrzymaj mi piwo.
Miły sąsiad
Franek dorabiał sobie, po pracy, przystrzyganiem ligustru na posesjach
miejscowych bogaczy.
Wrr, wrr- zawyła
piła. Pam, pam, pam- zaklepotały klapki Frania na ścieżce.
Szy...szy...szy...-zachlupotała krew z tętnicy. Buch, buch, buch- toczyła się
po kostce brukowej twarz ogrodnika- amatora. Głowa Frania, idaealnie odcięta od
tułowia przyturlała się do stóp Edzia, otworzyła szeroko oczy i jęknęła.
-Edziu. Chyba
trzeba jednak było nie biegać z włączoną piłą.
Lekarz wypisujący
zaświadczenie zgonu i pracownik firmy pogrzebowej byli takiego samego zdania.
To zdarzenie
przelało czarę goryczy.
Edzio opuścił
żonę, zrezygnował z pracy, sprzedał wszystko co miał, resztę rozdał najuboższym
i ruszył w podróż po świecie. A wszędzie, dokąd tylko przybył, udzielał dobrych
rad, napomnień i pouczał.
-Nie palcie
papierosów! Będziecie mieli od tego raka.
Palacze go wyśmiewali,
z lubością zaciągając się kolejnym kłębem sinego dymu, który nieuchronnie
przybliżał ich do śmierci w męczarniach.
-Uprawiajcie
sport i dbajcie o zdrowie fizyczne!
Tym nie
przejmował się nikt.
-Nie bierzcie
kredytów we frankach!
Na te słowa
zwolennicy tanich kredytów tylko chichotali pogardliwie.
Nie znalazł się
nikt, kto choćby troszeczkę przejął się mądrymi radami Edzia. Gdziekolwiek się
znalazł, tam szły za nim wyzwiska i śmiech.
Dopiero po czasie
palacze dochodzili do wniosku, że ten szalony Edzio wiedział o czym mówi. Schorowane
grubasy przyznawały mu racje a marznący pod mostem frankowicze, pytali się
samych siebie dlaczego mu nie uwierzyli wcześniej.
Na skruchę było
jednak za późno.
Minęło 20 lat, w
których nauczania Edzia przeszły bez echa. Nikt go nie słuchał, nikt mu nie
wierzył, a mimo to on bezustannie prorokował. Nikt nie wiedział co go do tego
pchało, nawet on sam. Czyżby wola? Głupota? Naiwność? Coraz bardziej chudł,
coraz bardziej wątpił, coraz większa była jego niechęć. Bo ileż można
tłumaczyć, że samodzielne rozbrajanie znalezionego w lesie niewypału palnikiem
acetylenowym to nierozsądny pomysł? Ile razy trzeba powtarzać, by nie dzwonić
pod wpływem alkoholu do byłej? I jak przekonać tłumy, że politycy wcale nie
chcą ich dobra, lecz pełnego koryta?
Kiedy światowi
przywódcy zaczęli nieśmiało przebąkiwać, że rozpętanie Trzeciej Wojny Światowej
jest jedynym sposobem na rozładowanie napięcia społecznego, ogólny dobrobyt i
zlikwidowanie głodu- Edzio wspiął się na górę. Nie była to wprawdzie najwyższa
góra, ale całkiem spory pagórek z którego roztaczał się ładny widok na okolicę,
a głos rozlegał się donośnie, niby głos samego Jehowy, co upomina Abrahama by
nie składał ofiary z Izaaka tylko wziął głupiego barana pasącego się w krzakach
nieopodal.
-Ej, ludzie,
słuchajcie!- krzyknął Edzio ze szczytu pagórka.- Żadna wojna nie przynosi
dobrobytu, tylko krew młodych i łzy starych. Żadna wojna nie zlikwiduje głodu, tylko
sprawi, że drobne ciała dzieci napęcznieją jak balony, a piersi matek wyschną.
Żadna wojna nie przyniesie szczęścia, bo po obu stronach barykady będzie słychać
ten sam lament i ten sam jęk bólu. Nie wierzcie nikomu, kto mówi, że prowadzi
wojny w waszym imieniu i dla waszego dobra. Bo choćby objawił wam się sam bóg,
w jego boskim majestacie, z księżycem pod stopami i ze słońcem nad głową, a
zażądał od was wojny- nie wierzcie takiemu bogu.
-A kim ty jesteś,
byśmy tobie wierzyli?- krzyczeli do niego ludzie stojący u stóp pagórka.
-Jestem Edzio.-
powiedział Edzio.
-Idź precz! My
chcemy dobrobytu, rozładowania napięcia społecznego i zlikwidowania głodu.
Zszedł zatem
Edzio z pagórka i otrzepał sandały swoje. Tak przynajmniej mówi oficjalna
historia, bo tak naprawdę Edzio splunął z niesmakiem na ziemię i powiedział
głośno:
-Ot, idioci!
Zobaczycie jeszcze, że miałem rację.
Pogroził im
pięścią, po czym udał się na bezludną pustynię, by tam mieszkać i trenować
żuki. Nie zaprzestał jednak pouczać i udzielać napomnień, tylko od teraz mówił
do żuków. A żuki go słuchały, bo w przeciwieństwie do ludzi, przyjmowały z
wdzięcznością słuszne rady Edzia. Nikt bowiem, tak jak on, nie wskazywał im,
która to droga jest najwygodniejsza by przetoczyć cenną kulkę z gnoju i gdzie
mieszkają najsmaczniejsze mszyce.
Wiele lat upłynęło
w tej przyjacielskiej harmonii. Żuki były zdrowe, szczęśliwe i syte. Edzio
spełniony. Prorok z radością spoglądał w błękitne niebo, patrzył na
złocistozłote piaski, z lubością wciągał w płuca rozgrzane powietrze pachnące
pustynią i skałami. Nic go nie martwiło, nic nie sprawiało przykrości. Dziwił
się tylko dlaczego nie przyszedł do niego żaden posłaniec, by tak jak kiedyś
powiedzieć mu poniewczasie:
-Edziu, miałeś
rację. Wojna nie rozwiązuje niczego.
No cóż. Gdyby
ktokolwiek został żywy, na pewno złożyłby mu tę wizytę. Szkoda, że Ziemia
składała się już tylko z prochu, pyłu i 7 miliardów radioaktywnych trucheł.
KONIEC
wasza
Helga von Klusken
p.s. Kwietniowa kluseczka jest króciutka, zatem jeszcze w tym miesiącu czeka was kolejna publikacja. Nie, nie jest to wcale primaaprilisowy żart. "Numa i niewolnik" już wkrótce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga, konkurs! Co dziesiąty komentarz automatycznie wygrywa lajka i monografię ze szczegółowym opisem, w jaki sposób zmienił on moje życie. Serio! :)