wtorek, 8 grudnia 2015

Kosmiczna delirka część 4- ostatnia

Ludzie! Co to ja żem w ten łikend przeżyła to mnie, kurde bele, nikt nie uwierzy. Słuchajta. Jedziem se ze Steffenem naszą Skodą Oktavią w kierunku Sachsen-Anhalt, coby naszą opuszczoną chałupę doglądnąć. Pogoda piękna- słońce, cieplutko, ptaszki śpiewają, bydlątka na autostradzie ludzkim głosem muczą. I wiecie co? I akurat pogoda musiała się zepsuć jak dojechaliśmy na miejsce. Deszcz, wiatr, mgła. Zimną, wilgotną noc spędziliśmy w hotelu, gdzie trzeba było spać na zmianę- tz. jedno czuwa, żeby nie zeżarły nas karaluchy a drugie próbuje się zdrzemnąć otulone wilgotną, nie praną od czasów Bismarca kołdrą. Nareszcie, po nocy, która trwała chyba z tysiąc lat, nieśmiało wyglądnęło słońce. Pakujemy się z powrotem, opuszczamy zimny, deszczowy Querfurt, zjeżdzamy na autostradę i... i wiecie co? I nagle pogoda się zrobiła piękna. Słońce, puszyste chmury i zapach wiosny w powietrzu.
Kurde bele jego mać.

Na pocieszenie ostatnia część opowiadania "Kosmiczna delirka".
Do poczytania i ściągnięcia także stąd: Kosmiczna delirka


Kosmiczna delirka
część 4 ostatnia 


-Panie Rysiek!- ryknąłem.
-Co?- odkrzyknął pan Rysiek z drugiego końca sali.
-Pan się głupio nie pyta! Pan ucieka!
Chyba go nie doceniałem, bo jednak refleks miał szybki. Wstał, szurnął od stolika i w nogi! Nawet się nie obejrzał. Głupi nie jestem, jak on ucieka to czemu ja mam się dać złapać? Też prysnąłem. I to dosłownie w ostatnim momencie, bo wujek Zenek, kelnerka, mrówkojad, Marsjanie i inni klienci baru ruszyli tłumnie w naszą stronę, wrzeszcząc coś niezrozumiale i wymachując rękami.
W trzy sekundy znaleźliśmy się znowu na międzyplanetarnej. Moskwicz odpalił od razu i, o dziwo, nawet stacyjka zaskoczyła, chyba rakietka była nie mniej przerażona od nas. Puściłem ręczny, puściłem sprzęgło i gaz do dechy. Szarpnęło nami a potem fru!!! Na A9. Za sobą zostawiliśmy parking, bar UFO i rozwścieczoną gromadę. Pruliśmy chyba z 200 lat świetlnych na godzinę, mimo, że moskwicz ma maksymalnie 120 na liczniku. Moskwicz skakał jak szalony z jednego pasa na drugi. W obłąkanym pędzie wymijaliśmy ciężarówki i osobowe rakietki, urywając im lusterka, anteny radiowe i aluminiowe zderzaki. Sru z lewa na prawo, sru slalomem między transportowcami. Za nami wrzeszczały tylko klaksony przerażonych kierowców. A my nic! Byle tylko przed siebie, jak najdalej, jak najprędzej. W końcu, przy kolejnym szarpnięciu nie wytrzymałem.
-Jak jedziesz pan, panie Rysiek!
-Ja?- zdziwił się pan Rysiek.- Ja myślałem, że to pan prowadzi, panie Wieśku.
Jezusieńku, faktycznie! Ja siedzę z prawej strony na miejscu pasażera, pan Rysiek z lewej, też na miejscu pasażera, a pośrodku, tam gdzie są stery nikogo nie ma! Tylko kierownica się sama z siebie obraca. Szarpłem za stery i wykręciłem na lewo. I w tej samej chwili obok nas przemknęła ciężarówka z samorodkami uranu, drze na nas klaksonową japę. Nie do wiary. Znowu ten sam furgon i ten sam kierowca. A paznokieć jak miał brudny tak nadał ma.
-Muszę siusiu!- krzyczy pan Rysiek.
Zapomnij gościu. W podróży to najsilniejszy pęcherz wyznacza postoje a nie najsłabszy. Jadę dalej, droga prosta, byle do Saturna.
-Już nie muszę siusiu!- krzyczy znowu pan Rysiek. Wolałem jednak nie dopytywać się za bardzo. Dla własnego zdrowia psychicznego uznałem, że mu się zwyczajnie odechciało. Lecimy dalej.
-Co pan tak  tym autem szarpiesz, panie Wieśku? Odstaw mnie w jednym kawałku na Saturna.- irytował się ,a i mnie też przy okazji pan Rysiek. Akurat! A co to? Taksówka, żeby mieć życzenia co do stylu jazdy?
-Panie siedź pan cicho, a nie mnie nad uchem wyjesz. Ja się skoncentrować nie mogę.
-Gdzie ja panu wyję? Znowu musisz mnie pan, panie Wieśku coś wmawiać?- mój pasażer z bożej łaski obraził się i naburmuszył. Ręce założył, nos na kwintę spuścił.
-Ja panu nie wmawiam, tylko uprzedzam, żebyś pan wyć przestał, bo pana w ten moment z moskwicza wykopię!
-Ale ja nie wyję!
-To kto?
-Policja, a nie ja!
Przetarłem sobie ręką lusterko wsteczne, bo się ciut zaparowało od tego potu, co nim spływaliśmy i paczę się. No jak nie, jak tak! Światłością niebieską się błyska a z głośnika na dachu dobiegają słowa: „ Tu międzyplanetarna policja drogowa. Proszę zjechać na pobocze, wyłączyć silnik i opuścić szyby.” Nie, no, zgłupieli chyba. To moskwicz jest, korbka w szybie się zacina, nie da się opuścić.
-Gaz do dechy!- wrzasnął pan Rysiek, po raz pierwszy chyba podejmując samodzielną decyzję. I to, jak na amatora w tym fachu, bardzo dobrą.
To ja lu! Pierwszy bieg, drugi, trzeci- więcej moskwicz i tak nie posiadał- i chodu, chodu. Pędzimy jak fotonowe Porsche, 300 lat świetlnych na godzinę, kto by pomyślał, że moskwicz tak może. No nikt, nawet komputer pokładowy zapomniał o fabrycznych ograniczeniach, gnamy jak Bellew Zawierucha* za złotem w Klondike. Policja za nami. „Łijo, łijo”, kogutem błyska, z z głośnika ciągle to samo: „proszę się zatrzymać do kontroli, proszę zjechać na pobocze”. Gdzie ja ci na pobocze zjadę, jak my właśnie tym poboczem tak pędzimy?
-I co? Dalej za nami jadą?- zapytałem po chwili tego piekielnego wyścigu. Pan Rysiek odwrócił głowę.
-Jadą!- potwierdził z przerażeniem.- Nawet przyspieszają!
To ja też przyspieszyłem. Sruuuu! Z dysz wystrzelił ogień a moskwiczem szarpnęło do tyłu. Rakietka zawyła i skoczyła maską w przód, prosto w nadświetlną.
-Trzymaj się pan, panie Rysiek!!!- wrzasnąłem. –Przekraczamy prędkość światła!!!
-Ja się trzymam!- odwrzeszczał pan Rysiek.- Tylko owsianka ze śniadania mie się w żołądku nie trzyma!
Szarpnęło nami jeszcze mocniej. Gwiazdy to tylko migały w szybach, ciągnąc za sobą świetliste smugi niczym komety. Moskwicz trząsł się i drżał, zdawało mie się już, że każda śrubka i każda sprężynka wyleci ze swojego miejsca a sama rakietka rozłoży się na części pierwsze.
-W pierwszy zjazd pan wbijaj!- krzyknął pan Rysiek.- Ja to widziałem na jakimś filmie gangsterskim. Zgubimy ich za pierwszym zjazdem!
No to wbijam na pierwszy zjazd i momentalnie mnie się też nagle przestało chcieć siusiu. Oho, tapicerka do prania. Pan Rysiek chyba jakiś zły film gangsterski musiał oglądać, bo zamiast zgubić policję to dostaliśmy się prosto w blokadę zorganizowaną przez antyterrorystów. Kolczatkę między planetoidami rozłożyli, w nas wycelowali z kałaszów i krzyczą przez megafony:
-Stać bo strzelamy!
Ja to może trochę głupio wyglądam ale wcale głupi nie jestem. Zatrzymałem się.
Antyterroryści powoli otoczyli mojego moskwicza, wciąż celując w nas lufami.
-Wysiadać i na glebę. Ale już, raz, raz, raz, bo zrobimy z was mielonkę!
Tu mnie już odeszła nadzieja. Głowę, żem se smutno spuścił, westchnąłem i mówię smętnie do pana Ryśka.
-Panie Ryśku, to koniec.
-Panie Wieśku, w tej naszej ostatniej chwili życia ja chcę panu podziękować za to coś pan dla mnie zrobił.- chlipiał pan Rysiek.- Nawet rodzina nie była by dla mnie lepsza.
-Panie Ryśku, niech pan nie płacze.- powiedziałem. Staram się być twardy, ale czuję, że coś mnie się oczy pocą. Bo to może i nawet nie o mnie tu chodzi. Ale żeby w takiej chwili? Jak już chce się człowiek zmienić, kaczki hodować, buraki plewić, na ludzi porządnych wyjść- w takiej chwili za kraty iść? Niesprawiedliwość.
-Ja nie płaczę. Ja tylko szlocham nad swoim nędznym losem, panie Wieśku.
-Panie Ryśku daj pan pyska!- i nagle buch! Już się nie mogłem powstrzymać. Z oczy lecą mi łzy jak grochy, do piersi tulę tego pijaka, niby jak człowieka jakiegoś.
-Panie Wieśku, ja panu tego nigdy nie zapomnę! Tyle błędów popełniłem, pomidory żem panu zmarnował a pan mnie, mimo to, przebaczyłeś. Wielkie serca można poznać i po małych czynach. Mam nadzieję, że dostaniemy cele obok siebie.
-Ja też mam taką nadzieję.
Jeszcze ostatnia sekundka wolności, zanim na zawsze zamkną się za nami żelazne kraty sprawiedliwości. Jeszcze tylko chwilka dzieli nas od więziennej kawy i czarnego chleba. Ale tę ostatnią chwilę spędzimy godnie jak wolni ludzie, z honorem i godnością. Tulimy się na pożegnanie, płaczemy, narzekamy. A  wtedy: puk, puk- do okienka stuka lufą swojego kałasznikowa antyterrorysta.
-Panowie to się będą tak długo całować?- pyta.- Bo my tu mamy zawiadomienie o zaginięciu. Ryszard Mączyński. Szwagier Grzesiu i żona już od trzech dni pana szukają...

*

No i tak się skończyła ta historia co tom ją przeżył w zeszły czwartek. Ziemi wcale, że nie pierdut. To pan Rysiek odpadł w zawodach balonowych już na starcie i sam się po pijaku w orbitę z przydomowej wyrzutni wystrzelił. Żona i szwagier szukali go wszędzie, nawet ogłoszenia do prasy i telewizji dawali, nagrodę za znalezienie biedaka ufundowali. No i znaleźli. Bo ochlus, nie ochlus- jest częścią rodziny i na zawsze już nią zostanie.
A ja? A ja se siedzę w domu, w jednej ręce trzymam Krwawą Marry, z tych moich Bawolich Serc z solą i jajeczkiem, w drugiej gazetkę i rozkoszuje się błogim lenistwem, dopóki moskwicz stoi w warsztacie. Jak to dobrze jest mieć dom, do którego można bez strachu wracać, może i trochę zagrzybiony od strony kuchni, ale dom własny, z ogródkiem, Maryśką i pomidorami.
Bo napić  się można, owszem, alkohol dla ludzi jest. I wódeczka i piwko, i koniaczek i nawet likierek miętowy. Ja tam sam lubię i innym w kieliszki nie zaglądam. Ale najważniejsze jest żeby pić z głową i żeby Ziemi przy tym, w powietrze, nie wysadzić.

KONIEC  

p.s. Ale mandat za przekroczenie prędkości to do pana Ryśka wyślę. Niech płaci.


* Bellew Zawierucha- główny bohater powieści Jacka Londona, pod tym samym tytułem. Polecam ze szczerego serca wszystkim, którzy opanowali trudną sztukę skladania sylab i literek. Po pierwsze primo: bo London to mój ulubiony pisarz. Po drugie primo: bo lubię polecać coś innym i udawać przy tym oczytaną intelektualistkę.
 

wasza
Helga von Klusken

p.s. Przybieżeli do Betlejem pasterze. Z tabletami, komórkami, nie wierzę. Bo grzecznie se czytają, z treści nie okradają- i za to dziękuję.