Na pocieszenie dzisiaj druga część opowiadania "Dzieciaczki", a jutro, zaraz po wizycie u szczękologa, trzecia i ostatnia. Czuwajcie druhy!
Kompletny ebook do poczytania również tutaj: Dziaciaczki
Dzieciaczki
część 2
-Prędko,
prędko, suknia Gieni! Gieniu, dziecko, uważaj żebyś się nie wygniotła. Ręce
przed siebie wyciągnij... ręce mówię a nie nogi! Pchaj do góry głowę, no pchaj!
Brzuch wciągnij, język schowaj. Skaranie boskie, czemuś ty taka wysoka urosła?
Kostki ci widać... No, przykurcz się trochę!- Pani Stiepanowa, razem z Baśką,
pocąc się, dysząc i stękając wspólnymi siłami wciskały panienkę Gienię w balową
sukienkę. Sukienka była bladozielonego koloru i przybrana kwitnącymi gałązkami
akacji, świśniętymi przez Baśkę, wczoraj wieczorem, w Parku Saskim. Wprawdzie strażnik
gonił ją i coś tam krzyczał, od złodziejów wyzywał, ale Baśka rącza była kiej
młoda klacz. Z dumą przyniosła do domu pachnące akacje, dzięki którym
zaoszczędzono całych pięć koron na przybraniu balowej toalety panienki. Sama
suknia obstalowana była na kredyt.
Panienka Gienia była to chuda,
anemiczna, wysoka trzydziestoośmioletnia dziewczyna z zębami wystającymi jak u
konia. Pani Stiepanowa ciągle ją na pensję dla młodziutkich panienek posyłała,
mimo, że dziewczyna dobrze już siwieć zaczęła. W kokardy ubierała i ciepłym
mlekiem przed spaniem poiła. Matka sądziła jednak, że krótka, dziecinna
sukienka i długie majtki przyciągną w końcu jakiegoś adoratora, który się o
rękę „młodziuchnej” panny Gieni oświadczy. Ale młodzi kawalerowie dobrze
przecież widzieli drobniutkie zmarszczki w kącikach oczu, bruzdy ciągnące się
od nosa do warg i pewien smutek w oczach, którego u młodziutkich panienek nie
uświadczysz. Ale jeszcze bardziej niż sucha, bezkrwista, małobiuściasta
powierzchowność Gieni odstraszał ich fakt, że panna nie miała „nic a nic”, z
wyjątkiem zahukanego tatuśka i grubej mamuśki. Posagu nic- ale takie
dokumentne. Nic gotówką, nic z
nieruchomości, nic w akcjach i zagranicznych dewizach, nawet z klejnotów nic-
bo panna brylanty miała sztuczne, zrobione ze szkiełka i w bardzo tandetne
kocie złoto oprawione, łuszczące się przy każdym poruszeniu palcem.
-Wysoka
jak topola a głupia kiej fasola.- podśpiewywała cienkim głosem druga panna, trzydziestosiedmioletnia
Cesia. Panna Cesia przypadkiem się państwu Stiepanowiczom przytrafiła, kiedy to
już więcej dzieci nie planowali. W noc rozszalałą od szampana serwowanego na
publicznym balu w ratuszu, roziskrzoną od gwiazd i czarną od pomroczności
jasnej obydwojga małżonków. Czy to sprawką czarów, czy też może szampańskiego w
noc poczęcia, a może nawet ognista męskość pana Stiepana, którą ostatni raz w
życiu małżonce okazał, sprawiły to, że druga córka też była brzydka, ale jakby
to tak określić... z drugiego końca. W przeciwieństwie do siostry niska była,
aż za niska, i do tego rozrośnięta niczym bułka która piekarzowi za szybko
wzeszła. Na policzkach krwawiły się wieczne, ceglane rumieńce a włosy miał jak
jajko żółciutkie i szorstkie niczym siano. No i na twarzy dziwnie nalana,
ciągle spocona i czerwona.
-Jak panienka
może się tak z siostrzyczki wyśmiewać?- zganiła ją Baśka. Właśnie obciągała
falbany sukienki Gieniowej. Gienia, blada i ponura, w jasnozielonym jedwabiu
wyglądała jak niezbyt świeża topielica, zielona na twarzy, biuście i obnażonych
rękach. Tymczasem jasnowłosa Cesia w swojej różowej sukience fruwała po pokoju
niczym spasiony, ociężały motyl.
-Uch!
Jak będę tańcowała. Uch! Jak se urżnę krakowiaka z nogi...- Cesia nie zwracała
uwagi na słowa służącej. Gibała się na lewo, gibała się na prawo, nóżką
wdzięcznie pas drobiła, rączką pulchną machała jakby ją kawalerowi do tańca
podawała. Ponura panna Gienie nic nie zważała na te siostrzańskie wygłupy,
tylko z rezygnacją poddawała się serii zabiegów upiekszająco-odmładzających,
które serwowała jej matka. Panie Stiepanowa, w dobrej przecież wierze, rzadkie
włosy córki żelazkiem pokarbowała tak, że spływały cieniutką falą na plecy,
smętne niczym szczurze ogony. Lekko, ale to naprawdę leciutko, twarz jej
Velutiną upudrowała, że to niby świeżość taka dziewczęca. Puder był jednak
gruby, pannie pory zatykał i zmarszczki, miast utajnić, jeszcze bardziej
uwidaczniał. Gruba panna Cesia walcowała coraz zapamiętalej, coraz śmielej,
coraz chyżej się obracała aż wpadła na toaletkę i stłukła dzbanek z grubej
porcelany.
-No masz
ci los!-krzyknęła pani Stiepanowa.- Co za nieusłuchane dziecko! Proszę
natychmiast przestać wyprawiać te brewerie albo panna pójdzie zaraz spać, a nie
na bal!
Panna
Cesia uciekła z krzykiem do salonu. Wiedziała, że groźba matki to tylko blaga.
Od przeszło 25 lat razem z siostrą chodziły na bale dziecinne i młodzieżowe, i
jeszcze nigdy nie zdarzyło się by pani
Stiepanowa przegapiła okazję przedstawienia swoich córek kilkorgu
kawalerom „na wydaniu”. Na prawdziwym balu dla dorosłych jeszcze nigdy nie
były. Pani Stiepanowa nie zamierzała na
razie wprowadzać córek w towarzystwo i prezentować ich jako debiutantek.
-Och!-
mówiła znajomym- Są jeszcze takie młodziutkie. Jeszcze mają czas. Nie chcę
okradać ich z dzieciństwa.
Bardzo
silnie trwała w tym postanowieniu, bo panny, odkąd dwunasty rok życia
skończyły, z roku na rok w tym dzieciństwie trwały. Włosy im siwiały, skóra
więdła i marszczyła się, opadały biusty mocą grawitacji, w kolana wkradł
artretyzm- ale na gwiazdkę, urodziny i inne okazje wciąż prezentowano im lalki,
kolorowanki, drewniane klocki i pąsowe kokardy do wplatania w warkocze. Wciąż
opowiadano bajki o Alibabie i Kopciuszku i wciąż posyłano do szkoły by uczyły
się (jak wszystkie młode panienki z dobrych domów) francuskiego, rysunków i
podstaw arytmetyki. Pani Blichtowa, dyrektorka pensji, interes życia zwąchała i
co roku panienki w ostatniej, najwyższej piątej klasie zostawiała, gdzie od
przeszło 20 lat w otoczeniu nastoletnich przyjaciółek powtarzały „a kwadrat
plus b kwadrat”. Dyrektorka nigdy,
najmniejszym nawet słowem się przed panią Stiepanową nie zdradziła, że panienki
są o dobre dwadzieścia lat na szkołę za stare. Tym sposobem zapewniła sobie
nieprzerwany przypływ kilkunastu guldenów miesięcznie. Mała krowa także sra-
powtarzała sobie w myślach jakże mądre porzekadło.
-Proszę
nie biegać, bo się Cesia zgrzeje.- za panienką wlókł się niczym wąż mocny głos
matki. Panna Cesia niewiele sobie z tego robiła. Dopadła ojca, który już ubrany
w wyjściowy frak, stał obok fotela i oczekiwał aż mu pani żona da znak, by je
na bal powiódł. Cesia zakręciła ojcem i zaczęła z nim hopkę galopkę tańczyć aż
biednemu staruszkowi fajka z ust wypadła. Świeży tytoń i stary popiół rozsypały
się po dywanie.
-Cesiu, dziecko,
zostaw mnie starego.- wyjąkał. Cesia przyglądała mu się z uwagą.
-Jaki
tam tatko stary. Mógłby tatko się jeszcze na torze ścigać. Jak Bałucki na
przykład, ten dżokej co na miss Emily teraz jeździ. Hop, hop! Wio, tatuśku!
Patatajaj!
Chwyciła,
leżące na komodzie dla ozdoby, dwie połówki orzecha kokosowego i uderzeniami do
złudzenia przypominającymi stukot końskich kopyt- udawała folbluta.
-Ichaj i
patatajaj! No wio! Wiooooo!!!- krzyknęła, po czym zarżała jak koń odchylając do
tyłu głowę. Stary pan Stiepan ciut niespokojnie spoglądał na córkę, która w
swej balowej toalecie potrząsała rękami jak wierzgający nogami rumak. Pani
Stiepanowa wypadła z sąsiedniego pokoju niczym z procy. Sama była już ubrana w
bardzo wysłużoną suknię, kilka numerów za ciasną. Materiał niebezpiecznie
opinał się na biodrach i potężnych udach, grożąc pęknięciem i odsłonięciem
kawałka białej nogi albo włochatego półdupka.
-Co to
za hałasy? Co to za zabawy? A co się tutaj dzieje?
-Papcio
chce się przekwalifikować na dżokeja. Będzie startować w wielkiej warszawskiej
na miss Emily. Właśnie ćwiczymy. Ichaaaaa!
Zza
pleców matki wyjrzała długa, skurczona i wysuszona twarz Gieni. Kuracja
odmładzająca tylko podkreśliła upiorny, zielony odcień skóry i pionowe
zmarszczki na czole.
-Roman, Roman...-
pani Stiepanowa łajała męża- W takiej
chwili zachciało ci się z dzieckiem bawić. A jak ci mówię: poczytaj im co po
pracy, weźże je na huśtawki do Ogrodu Saskiego, na lody czasem zabierz- to ty
nic. A jak się teraz spieszymy to wy sobie właśnie figle migle urządzacie.
Pan
Stiepan spoglądał to na jedna córkę, co pasła się teraz na zielonym, wydeptanym
chodniczku, to na drugą- milcząca i ponurą. Już dawno świtała mu w głowie pewna
myśl. Od kilku lat zbierał w sobie całą odwagę by porozmawiać z żoną, ale ile
razy napotkał wzrok jej karcący, a głos zaczynał wibrować niebezpiecznie w
okolicy wysokiego „c”- rejterował jak niepyszny, ceniąc sobie, nade wszystko,
spokój w domu i zgodę. Teraz jednak, widząc wypięty zad Cesi i jej porżewania,
zdecydował się.
-Malwinko...-
zaczął ostrożnie.- Chciałbym z tobą...na słóweczko...tak zamienić...
-A o czym
o niby to?- pani Stiepanowa wzięła się pod boki.
-No
właśnie? O czem?- krzyknęła Baśka z drugiego pokoju. Służąca niby to uprzątała
toaletki ale brudnymi uszami mocno strzygła. Pan Stiepan zebrał w sobie całe
swoje męstwo, chociaż nie było go znowu zbyt wiele.
-Malwinko...
Bo Cesia i Gienia... Bo ten bal...
-Bo ten
bal się zaraz skończy jak będziemy tu stali i tak o niczym rozmawiali.- żona
wyprostowała się dumnie. – Bądź pan łaskaw przestać się jąkać i wołaj pan
dorożkę. Genia, mantylę zakładaj. Cesia, rumakuj mi się stąd. Baśka- a ty
czasem nie waż mi się orzechówki podpijać. Paznokciem na etykiecie znak
zrobiłam i dobrze wiem ile zostało w butelce.
-A
gdzieżbym śmiała!- odkrzyknęła Baśka. Ale jednak śmiała, bo od razu, kiedy
państwo za drzwiami zniknęli, nalewki tęgo gulgnęła a do butelki dolała wody z
cebrzyka. No bo kto jednak pozna?
Pani Stiepanowa zarzuciła na ramiona
starą ale nadal ładną dolmanę. Córkom iść przed sobą przykazała i sama, dumnie
wyprostowana, ze schodów zeszła, obcasikami mocno postukując. A niech wiedzą
sąsiady, że na bal idzie.
Przed domem czekała już na nich nędzna
dorożka z tych „niedrogich ale nietrzęsących”. Podróż minęła im w milczeniu,
przerywana tylko od czasu do czasu cichym rżeniem Cesi. Panienka Gienia nic nie
mówiła. Pani Stiepanowa myślała o młodym baronie von Pietruszken, który jako jedenastoletni
kawaler miał mieć swój debiut na balu dziecinnym. Zaś pan Stiepan tylko ciężko wzdychał
i sam siebie w myślach pytał czy odważy się kiedyś żonie nurtujące go pytanie
zadać. Ale wiedział, że tchórz z niego niesłychany.
Bal był taki, jak każdy bal dziecinny.
Ścisk, pisk, tłok, rumor. Młodsze dzieci, wszystkie w strojnych toaletach, biegały
po korytarzach potrącając kelnerów roznoszących lody, biły się ze sobą, pluły i
gryzły, nie zważając na strofowania mam, ojców i bon. Starsza młodzież zebrała
się wokół nauczyciela tańca w dużym salonie, który, specjalnie na tę
okoliczność, państwo Maliccy przerobili na salę balową poprzez odsunięcie stołu
od okna i zwinięcie dywanów. Podlotki zachowywały się daleko spokojniej niż
hałasująca tłuszcza dzieciurów. Panny w obstalowanych na kredyt jedwabiach,
iluzjach i falbanach podawały naprzód chude biusty pod surową ocenę kawalerów.
Chłopcy, zaprzężeni w niewygodne fraki, z dumą prezentowali pierwszego wąsa, z
koloru i obfitości podobnego do rzadko wschodzącego koperku. Młodzież przyglądała
się wzajemnie, czasami wymieniali słówko, a czasami nawet uściśnienie sekretne
dłoni albo spojrzenie gorące. Dla nikogo tajemnicą nie było, że na takich
balach młodzieżowych zawiązało się nie jedno młodziutkie małżeństwo. Że
zakochany, a życia nie znający książę albo hrabia, ba! nawet syn jakiegoś
wysokiego urzędnika, głowę kompletnie tracił dla jakiejś pięknej panienki i o
rękę się oświadczał.
Toteż z wzruszeniem wielkim wstępowała
zawsze w progi balowe pani Stiepanowa i
w myślach jak litanię powtarzała, że może tym razem, może tym razem, jakiś mąż
się dla córeczki trafi. Mocna była jej wiara, mocna i nie zachwiana od lat już
wielu.
Panienki, ledwo się z pomocą pokojowej z
okryć rozzuły, dołączyły zaraz do przyjaciółek. Cesia wpadła na salę niczym
burza, zarżała, obcasem jak kopytem stuknęła i porwawszy w objęcia dwunastoletnią
Manię Strofkównę, zaczęła kręcić się w kadrylu, mimo, że orkiestra dopiero
instrumenty stroiła. Panienka Gienia wsunęła się do sali milcząca, blada i
poważna. Przycupnęła pod ścianą. Pani Stiepanowa, uwolniona od dolmany, zaczęła
witać się i ściskać ręce pozostałych rodziców.
-Ładnie nam
pociechy wyrosły, co?- mówiła do żony profesora całując ją w oba policzki. - Człowiek się ani nie obejrzy a tu
już wkrótce czas im za mąż iść. Rada bym je jeszcze trochę w domu potrzymać,
niech się ociupinkę dłużej nimi nacieszę. Jednak to zew natury, proszę pani.
Ach, szalona, szalona młodość! Ani się człowiek nie obejrzy a już jest
zakochany po uszy i już matce mówi: adieu.
Pani profesorowa
trochę cierpiąca dzisiaj była. Zęby ją bolały albo co, bo odezwała się cierpko.
-Dzieciaczki coś
się jednak pani długo rozglądają. Panny ci nie tylko wybujały ale
nawet...przekwitły.
-Potwarz,
paniusiu, potwarz!- pani Stiepanowa wachlowała się szybko ręką a na twarzy
poczerwieniała nagle coś bardzo podejrzanie.- Wiosna idzie. Wiosną wszystkie
dzieci są niezdrowe. Moje to ostatnio w górę tak śmignęły, nic dziwnego, że
cerę mają trochę bladą. Ale poczekaj pani do lata, zobaczysz jakie dziewczęta
zrobią mi się krzepkie i rumiane.
-Uhm. Dziewczęta.-
mruknęła z przekąsem pani profesorowa, po czym odeszła w stronę bufetu
zastawionego kieliszkami z lemoniadą i liebfrauenmilchem, szeleszcząc przy tym
swoim bladoliliowym jedwabiem. Tymczasem pani Stiepanowa ćwierkała już szybko z
innymi mamami, chcąc przykryć wzburzenie. Słowa profesorowej zakłuły ją mocno
ale na siliła się na szeroki uśmiech i błyskała na wszystkie strony zżółkłymi
zębami.
-A baron von
Pietruszken już przybył?- skrzeczała słodziutko.
-O, tak. Tam, w
rogu sali.- ktoś objaśnił ją uprzejmie. Von Pietruszken był wysokim,
rozłobuziakowanym chłopczykiem, który nie zważając na tytuł baroneta, robił
dokładnie to co każdy chłopiec w jego wieku robić powinien. Huśtał się na
firankach i pokazywał wystraszonym dziewczynkom okazałych rozmiarów jęzor-
również baronowski.
-Uroczy malec.-
pani Stiepanowa przyglądała się chwilę jak pluje na dziewczynki z wysokości
karnisza.- Czy to prawda, że ma zapisane w testamencie coś z pół miliona?
-Cyt, cyt. To
tylko w gotówce. A ile ziemi, ile wsi, ile dusz. Niezliczone.
-I jedynak?
-Jedynak, a do
tego matka taka już całkiem nie dychająca. Nic dziwnego, baron ją z innego stanu
wziął. Mezalians prawie że popełnił, to uschła kobieta w cieplarnianej
atmosferze. Nauczycielką była, pani. Nauczycielką! Gdzie takiej do wyższych
sfer, do arystokracji. Takim kobietom to jednak potrzeba pieczonej rzepy i
barszczu. Potrzeba im boso na pole iść, grzybów po lasach szukać, bo inaczej
więdną między złoconymi obrazami i służbą w liberii.
-No, no...- pani
Stiepanowa kręciła głową.- Matka dychająca, mówisz pani. Ale skąd wiadomo, że
ojciec sobie drugiej żony nie weźmie i jeszcze z pięciorga dzieci nie sprawi?-
jej rozmówczyni znacząco mrugnęła okiem.
-A co on ma sobie
sprawić jak mu fuzyjka...ten, tego, rozumie pani... już nie strzela?
-Ani tyci?
-Ani tyci moja
pani. Uschło mu na amen.
-To i chwała Bogu!
Nagle z salonu
rozległ się donośny głos pani Malickiej.
-Prosimy do tańca!
Prosimy na bal. Bal czas zacząć. Pan pozwoli- ukłoniła się nauczycielowi
tańca.- ganianego! Chłopcy! Dziewczęta! Trzeba tańczyć!
Muzyka zaczęła
grać. Z improwizowanej sali balowej dobiegały pierwsze takty polki, przerywane
śpiewnym głosem nauczyciela tańca.
-Na trzy panienki
kółeczooo. Nóżeczki ala bas, no chapau. Tres bien madmoiselle, tres chiiiic. Et
un, duuuu, tre, parimpapim, parampapap. W kółeczko, panienki w kółeczko a
kawalerowie koszyk. Tak, w koszyczek, rąsie naprzemiennie sobie podawać. Pan z
tym panem, a ten kawaler z tym. Rączki w górę i gibamy się. Lekko, lekko,
korpusik luźniej. I un, du, tre. I jeszcze raz un, du, tre.
Młodsze dzieci jednak więcej uwagi
poświęcały lodom ananasowym niż tańcom. Za to młodzież ciasno obstąpiła
wyfrakowanego nauczyciela tańca, kiwając się w takt jego poleceń. Szumiały
nakrochmalone krynoliny, błyskały kolorowe jedwabie, w górę wyrzucano drobne
nózie obute w prunelkowe pantofelki i wielkie giry obute w podkute buciska.
Drobne rączki wiły się w omdlewającym tańcu wróżek, olbrzymie, porośnięte włochem
rączyska co rusz wsadzały panienkom wielgachne palce do oczu. Rozdzierająco,
niczym marcujące koty łkały skrzypce, fortepian piszczał cienkim głosikiem a
stara, drewniana podłoga gięła się od przytupów i podskoków tak bardzo, że
sąsiedzi z dołu wyławiali z kolacyjnej zupy wielkie kawałki świeżo
odpryśniętego tynku. Metr wąsy tylko co rusz podkręcał i rzucał tańcującym od
niechcenia francuskie słówka, uważając jednak by nie zdradzić się z tym, że
francuszczyzny ni w ząb nie rozumie. Matki stłoczyły się w drzwiach salonu żeby podziwiać „a pas i a bas” synów i córek.
Ojcowie przezornie schowali się w malutkiej bibliotece by w milczeniu,
solidarnie przecierpieć to ohydztwo, tę plątaninę spoconych stóp, mokrych pach
i wyziewów młodzieńczej, hormonalnej burzy. Muzyka przeszła w kadryla a następnie
w skoczną galopkę. Pani Stiepanowa cichaczem ściągnęła młodego von Pietruszken
z karnisza, choć szczeniak wyrywał się i gryzł. Spocona dotargała go do córek.
Za nic pozwoliłaby sobie, by zrezygnować ze sposobności przedstawienia młodego
bogacza swoim panienkom.
Panna Gienia stała
ponuro pod ścianą i nie zwracała uwagi na tańczących. Panna Cesia śmiała się
głośno, mówiła głupoty i szastała po całej sali jak nienormalna.
-Pan baron
pozwoli.- sapnęła Stiepanowa.
-Nie pozwolę!-
wrzasnął młody pan baron ale nie na wiele się to zdało. Stiepanowa trzymała go
mocno, ściskając wątłe, chude ramię dwoma palcami.
-Moja córka
Gienia. Moja córka Cesia. Nam wszystkim robi to taką przyjemność zawrzeć miłą
znajomość z panem baronem.- mówiła prędko przerywanym tonem, bo szczeniak wił
się jednak jak piskorz, chcąc bez zwłoki wrócić do poprzedniego zajęcia tj.
plucia z wysoka.- Pan baron niech sobie popatrzy. Czy panu baronowi podoba się
Gienia? Albo Cesia? Czy pan baron jest już z kimś po słowie? Może chce się pan
baron ożenić?
Ale pan baron
zamiast odpowiedzieć dwornie, kopnął Stiepanową w kostkę bardzo boleśnie,
ugryzł w dłoń, szarpnął, wyrwał z uścisku i zniknął w tłumie.
-Oto chwast
arystokracji! Prędko rośnie, pleni się jeszcze szybciej a pożytku z tego za
grosz.- powiedział ktoś nagle bardzo głośno, tuż za plecami Stiepanowej. Pani
Stiepanowa odwróciła się i stanęła oko w oko z poważna matroną odzianą we
wspaniale połyskująca suknię w orzechowym kolorze. Tuż obok niej grzecznie stał
młodzieniec we wdzianku huzarów.
Huzarzy była to elitarna szkoła wojskowa
dla młodzieńców z patentami szlacheckimi, w wieku od jedenastu do dziewiętnastu
lat. Nosili oni pyszne kurty, białe z sobolowymi kołnierzami, fircykowato na
jedno ramię zarzucone, nadto spodnie obcisłe, do figury szyte. Piękną mieli
przed sobą przyszłość absolwenci huzarówki. O ile nie wybrali sobie kariery
wojskowej, śmiało mogli przebierać w ofertach między zostaniem politykiem,
dyplomatą, szpiegiem lub wysokim urzędnikiem dworu cesarskiego i wszędzie
witano ich z otwartymi ramionami.
Nieznajoma skłoniła się uprzejmie.
-Pani wybaczy moją
słabość ale już dawno miałam życzenie zaznajomić się z panią i jej uroczymi córeczkami.
Moje nazwisko Popowicka, po generale Popowicu. Pani musiałaś o nim kiedyś
słyszeć. Dostał order od cesarzowej za uratowanie wstążki co to ją jakaś szkapa
z włosów jaśnie pani ukradła i żuć zaczęła. Mój mąż, z narażeniem życia, rzucił
się wstążce na ratunek i nie zważając na to, że koń mu łatwo palce mógł
odgryźć, z trzewi potwora wstążkę wyciągnął a cesarzowej podał. Słyszałaś pani?
W gazetach nawet opisane było.- spojrzała bystro a tak dostojnie na Stiepanową,
że tej zrobiło się słabo. Nie, nie słyszała o takim wypadku ale nie dała tego
po sobie poznać.
-Ależ naturalnie,
naturalnie!- wykrzyknęła, pełna dobrych chęci.- A jakże! Niebieska wstążka jaśnie
pani cesarzowej!
-Seledynowa.-
poprawiła ją generałowa.
-No, oczywiście!
Co ja mówię? Od razu chciałam powiedzieć seledynowo-niebieska. O, mój mąż jest
dobrym znajomym pana generała. Nie dalej przecie jak pięć dni temu razem sobie
partyjkę wista ucięli w gabinecie ministra obrony. Jak zdrowie pana generała?-
zapytała uprzejmie. Popowicka nawet nie drgnęła.
-Umarł przed
trzema laty.
-Aaaa...- chwila
niezręcznego milczenia.- I co? Dalej nie żyje?
Wdowa po generale
puściła tę uwagę mimo uszu. Lekko szarpnęła za rękaw kurty syna, ciągnąc go w
przód. Młodzieniec czerwienił się aż po sam czubek łysiny, znać było po nim, że
nieśmiały jest bardzo. Popowicka tymczasem ciągnęła dalej.
- Pani pozwoli, że
ośmielę się przedstawić mojego syńcia. Jest on wprawdzie jeszcze bardzo młody
ale zaczyna już powoli obmyślać sobie jaką to karierę obrać w przyszłości. Ja
mu wprawdzie radzę, żeby poszedł do handlu bo z jego młodością, estymą, wigorem
byłby wspaniałym kupcem ale chłopaczysko to żywy obraz ojca. Tylko żołnierze i żołnierze.
Generałem będę jak papcio- pani to sobie wyobraża, że dzień w dzień mi to
powtarza? Dumna z niego jestem ale i obawiam się się bardzo tego wojowania. A
nuż też zechce się popisać i wstążki z końskich brzuchów wyciągać? Ach ten szał
młodości! Nie upilnujesz.
-Urodzony
bohater!- krzyknęła rozentuzjazmowana pani Stiepanowa. Przyglądała się z
wielkim zaciekawieniem młodzieńcowi. Wnet zapomniała o młodym von Pietruszken.
Ten tutaj- to dopiero wymarzony kandydat na zięcia. Syn generała! Samego
generała, matkobosko, co za zaszczyt!
Młodzieniec miał już lat dobre 50,
włosów na głowie ledwo, ledwo co mu zostało, zaś szyja zwisała luźno niczym
podgardle u indyka. Huzarem był w taki sam sposób w jaki panienki na pensji
pani Bychtowej siedziały. Brzuszek miał już znaczny, wąs bardzo siwy a ręce
pokryte plamami wątrobianymi. Spoglądał nieśmiało to na matkę, to na panią
Stiepanową, to na Gienię, to na Cesię a wzrok mu omdlewał gdy tylko kawałek
panieńskiego ciałka dostrzegł. Pani Stiepanowa w mig zrozumiała co się święci.
-Kawaler pozwoli:
córka moja Gienia, moja córka. Ostatnia klasa pensji. Talenta ma liczne, śpiewa,
tańczy a jak maluje na porcelanie! Sam cesarz by się zachwycił. Same piątki i
szóstki zawsze na cenzurce.
-A jak przedmiota
gospodarcze?- zapytała Popowicowa cedząc wolno słowa przez zaciśnięte wargi.
–Gotuje coś? Służby dopilnuje? Obyczajna? Wzorowa?
-Prima sort,
kochana pani generałowo!- Stiepanowa z nadmiaru wzruszeń i gorąca pozwoliła
sobie na takie poufałości. Z sali balowej nadal dobiegła ryk taneczników
pomieszany z krzykiem nauczyciela i fałszowaniem orkiestry.
-Gotuje, powidła
smaży, ściereczkę potrafi akuratnie wyhaftować. A to moja druga córka Cesia.-
chwyciła mocno Cesię za zgarbione ramiona, wyprostowała przemocą i prawie że
dorodny biust młodszej w brzuszysko Popowickiego wpychała.- Też ostatnia klasa
pensji, młodsza ale bardzo zdolna. Pani Bychtowa nachwalić się nie może.
-Gotuje?
-A jakże! No,
Cesia.- szturchnęła córkę ale ta milczała onieśmielona nagle towarzystwem
pięknego młodzieńca i jego dystyngowanej matki.- Gotuje, piecze, smaży, nawet
pisać i czytać potrafi. Moje dwa pieścidełka, byle komu ich nie oddam.- dodała
na koniec, wrośnięta w swoją macierzyńską dumę. Popowicka uważnie przyglądała
się obydwu panienkom, ich przywiędłym cerom i opadniętym biustom.
-Dopóki dzieciom
nie pozwalamy dorosnąć, dopóty same jesteśmy wciąż takie młode.- powiedziała po
chwili milczenia. Stiepanowa przytaknęła.
-To prawda. Dzieci
nigdy nie powinny dorastać bez pozwolenia rodziców.
-Matka to przecież
zawsze tylko matka. Rady by dzieciaczki przy sobie jak najdłużej zachować.
-Z ust mi to pani
wyjęłaś.
-Zachować jak
najdłużej. W domu hołubić i pieścić. Przy kominku bajki opowiadać i na spacery
w wózku prowadzać. Przed światem zamknąć i nikomu nie oddawać. Jednak, jak
bardzo by się nie starać, przychodzi któregoś dnia na dzieci miłość
niespodziewana i szalona, której nic się nie oprze. I na nic wtedy łzy matki,
jej proszenia i błagania. Bo to te dzieciury samolubne usłuchałyby kiedy próśb rodzicielki?
Żeby nie opuszczały. Żeby się nie zakochiwały. Bo matki kochają je na całe
życie, a dzieci matki, lat tylko kilka. A potem im radość a nam cisza, smutek i
samotność. Im młodość a nam starość nagła. Im żłobek a nam grobek. Rada by
matka trzymać je przy sobie tak mocno dopóki sił starczy. Tylko potem, w pewnym momencie, jest już tak późno, że ani
my, ani te dzieci nasze życia nie mogą sobie ułożyć. I przychodzi taki czas,
kiedy to trzeba powiedzieć „stop” i rzucić to dziecko ukochane w paszczę
świata- chociażby z bólem serca.- żaliła się Popowicowa, nie wiadomo czy to
przed Stiepanową czy to może przed sobą samą usprawiedliwiała.
-Prawda, święta
prawda.
Generałowa dumnie
głową skinęła.
-Ale ja synowi
mojemu na drodze do szczęścia stać nie zamierzam. Gdyby znalazł pannę
młodziuchną, z dobrego domu i dobrego wychowania, bogobojną, gospodarną,
oszczędną- to powiem mu tylko tak: synu młody jesteś i niedoświadczony ale
serce moje mówi mi, że tak być musi. Dlatego synu- tak bym mu powiedziała,
gdyby znalazł pannę odpowiednią i z odpowiedniego domu, choćby i nawet
urzędnikowską córkę- dodała nagle znaczącym tonem i wymownie na panią Stiepanową
patrząc.- to bym mu powiedziała „żeń
się”. Albowiem małżeństwa zawiązywane są w niebie.
-Amen! Amen!-
wykrzyknęła Stiepanowa z oczyma pełnymi łez, jakby w religijnej ekstazie.
Obydwie wpadły nagle w jakiś rodzaj pobożnego wzruszenia. Generałowa ciągnęła z
zapałem i dramatycznym patosem.
- I chociaż tak krótko
był u matki. Ba! Dzieckiem prawie wciąż jest, to jednak ja mu błogosławić będę.
Sama go do ołtarza powiodę (z panienką uprzejmą i uprzejmego wychowania) i
choćby serce moje matczyne miało pęknąć z żalu to wiem, że tak być musi. Że
takie są prawa boskie a przed Bogiem nawet matka nie ma pierwszeństwa. Tylko w
wyborze tym wolałabym mu pomóc, (mimo, że ja się w wybory mojego syna w ogóle
nie wtrącam), gdy tylko miłość na niego przyjdzie. Młode to jednak, życia nie
zna, po co mi jakąś małpę ma do domu sprowadzać bez żadnej dystynkcji i
urodzenia? – wysyczała nagle mściwym tonem. Oczy zmrużyła z nagłej nienawiści
przed rozpustnymi kobietami, które z pewnością czaiły się na każdym rogu by
tylko za łeb, na siłę powieźć chłoptysia jej do ołtarza.- To ja już wolę, żeby
się mamusi posłuchał, bo ja krzywdy dla niego nie chcę. Żona, nie żona, w
ostateczności to najważniejsze, żeby mamusię kochał.- perorowała jak
natchniona.
-A ja...- rzekła
nagle Stiepanowa- Chociaż córki moje ledwo, ledwo co podrosły, nie
sprzeciwiłabym się gdyby mi powiedziały, że serduszka mają zajęte, jedna albo
druga. Oj, płakałabym pewnie, tylko co mogę ja, matka, gdy miłość nadejdzie
szalona i małżeństwem uświęcona? Powiedziałabym tylko: córuś idź za niego, bo
się jego matce dobrze z oczy patrzy.- rzekła wpatrując się w oczy pani
Popowicowej niczym małpa w dojrzałego
banana.
-I prawdę pani
powiesz. Dzieciom, choć młodym, przeszkadzać nie wolno. Ich niewinne dusze
zrozumieją się i pokochają.
-Ale oni tacy młodzi
jeszcze... i my takie młode...- wzdychała Stiepanowa.
-Młodość ma swoje
prawa, których nawet my łamać nie możemy.- Tu obydwie damy jakby na komendę padły
sobie w ramiona, łkając i rozpaczając, a potem poprawiły zwichrzone fryzury,
wymieniły biletami wizytowymi i solennie obiecały nawzajem się odwiedzać. A
trzy dni później pani Stiepanowa weszła w posiadanie owej błękitnej koperty, co
ją w takie uradowanie wprawiła. Bowiem i jej, i pani generałowej jedno było od
samego początku jasne: dzieci trzeba jakoś w końcu ożenić i basta! Mamusia przecież zawsze wie
najlepiej co dla dziecka najlepsze.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s.Uprasza się o nie kopiowanie, nie rozpowszechnianie, nie powielanie, nie handlowanie pokątnie pietruszką i wsiowymi jajami. Na koniec przypominam o korzyściach płynących ze świeżo wyciskanego soku z marchwi. Wielka ilość beta karotenu i naturalnie pomarańczowa twarz to nie jedyne z jego licznych zalet.
