piątek, 4 grudnia 2015

"Kosmiczna delirka" część 2

Kiedy pięć miesięcy temu zakładałam konto na Facebooku nie sądziłam, że wpadnę w niego jak w bagno. Bardzo uzależniające. Szery, lajki, żebrolajki, udsty, komcie i miliardy, miliardy głupich opinii. Przeglądam swoje własne komentarze i aż mi siebie czasami szkoda. Po co właściwie marnuję tyle czasu, żeby skomentować zdjęcie różowej dziuni na "faszyn from raszyn" albo śmiać się z dupek ogórka lub kiełbasy na stronie "posiłki w szpitalach"? Obiecuję sobie, że to ostatni raz, a już następnego dnia, z samego rana, razem ze sforą ujadaczy prześcigamy się w śmieszno-strasznych wyznaniach na temat Dody, Kuźniara i ostatnich wakacji Maffashion. Chodzenie po bagnie faktycznie wciąga.
I razem z tym oto optymistycznym akcentem dotarliśmy tam, gdzie dotrzeć mieliśmy. Przed wami druga część "Kosmicznej delirki". Pan Rysiu nadal płacze, pan Wiesiek nadal wnerwiony a moskwicz wciąż wesoło gna w kosmiczną przestrzeń. Enjoy it.
Rany julek, jak mnie brakuje słońca.

Opowiadanie można bezpośrednio pobrać i przeczytać także tutaj: Kosmiczna delirka

"Kosmiczna delirka" 
część 2




-Wysadziłem Ziemię.
-Acha.- odpowiedziałem ostrożnie bo coś mnie zaczynało w głowie świtać, że to chyba nie tylko pijanica ale także i wariat. A taka mieszanka jest tak samo nieobliczalna jak moja Maryśka na trzy dni przed okresem.
-Żadne „aha”.- rzekł ponuro pan Wiesiek. Usiadł w fotelu pasażera, twarz w dłoniach ukrył i łka sobie po cichu. Ulżyło mi. Dobra, git. Wprawdzie wariat ale może z takich tego lżejszego kalibru. Popłacze sobie, pogada- najważniejsze, że szyi mi nie przegryzie. A jak się zacznie rzucać, to mu przylutuję w żuchwę i wyrzucę obok tojtoja na najbliższym parkingu. Niech ktoś inny se frajera zabierze.
-Pan mnie nie wierzy, panie Wieśku?- zapytał nagle pan Rysiek, grobowym głosem.
-Żeś pan Ziemię wysadził, panie Ryśku? Wiesz pan, jak wylatywałem w zeszłym tygodniu to jeszcze była na starym miejscu. Tak mniej więcej między Marsem a Jowiszem, pierwszy zjazd na Księżyc.
-Ech... No, nie wierzysz pan, a ja z natury prawdomówny jestem. Nawet w harcerstwie, za szczeniaka, medal „za zbieranie prawdziwków” zdobyłem.- westchnął pan Rysiek.- To słuchaj pan. Trzy dni temu rozpoczęliśmy w piwnicy ze szwagrem Grzesiem, świeć panie jego pamięci, zawody balonowe. Najpierw on balon, a potem ja balon. Potem znowu ja balon i on balon. Gdzieś tak pod wieczór pierwszego dnia skończyły się balony z winem wiśniowym i trzeba było ciągnąć malinowe. A tego, to szwagier Grzesiu tak nie za bardzo. Normalnie jakaś choroba genetyczna czy co, ale z malinowego to on nie przyswaja żadnych składników odżywczych. Rzyga po nim jak kot. Nic nie pomaga. Nawet u najlepszych znachorów z Polsmosu się kurował, akupunkturę se gwoździami sam robił i inhalacje z denaturatu- nic go nie wyleczyło.
-O tak, ja też nie lubię malinowego.- wtrąciłem uprzejmie.- Ale za to wino z aronii jest pyszka.
-Pyszka i palce lizać.- potwierdził pan Rysiek.- Podobnie jak cytrynowe.
-Dokładnie. Moja ciocia Jadzia robiła takie wino cytrynowe, że klękajcie narody!
-No, patrz pan. A moja ciocia Jola nastawiała takie wino z truskawek, że normalnie kopyta wykręcało.
-Kopyta wykręcało, kiedy to moja babcia robiła nalewkę na orzechach.
-A mój dziadek na jałowcu. Tak człowieka po niej trzęsło, że cała wieś ustawiała się w kolejkę, żeby łyczka jałowcówki dostać. A dziadzio nikomu w potrzebie nie odmawiał. Złotego miałem dziadzię.
-Panie Rysiek, w imię starej przyjaźni powiem panu, że to tak samo jak z moim stryjkiem Edkiem. Dusza nie człowiek. Zawsze jak jałowcówkę dla rodziny nastawiał, to odlewał tak z literka spirytusu, żeby i biednym sąsiadom coś ponieść. Bo to jak się jałowcówkę  dla siebie robi, to  warto innych, biednych ludzi też zaopatrzyć na ciężkie czasy. A pieprzówka i jałowcówka to najlepsze środki farmakologiczne. Prawdę mówię, jak pana kocham!
-Z ust mi to wyjąłeś panie Wiesiek. Jałowcówka, pieprzóweczka i do tego bazylianka. Na wszyściutko są dobre. I napije się człowiek, i prysznic tym odkamieni.
-Panie Rysiek, ja panu coś w tajemnicy powiem. Jak żem jeszcze do mojej Maryśki w konkury chodził, to jej ojciec robił taką bazyliankę, że normalnie armatę przy sikaniu urywało.
-A u nas, jak kuzynka Gienia robiła nalewkę z tymianku, to trzeba było straż pożarną wzywać, zanim ktoś jeszcze poszedł do ubikacji, takie to mocne było. Jak się imieniny zbliżały to dwa tygodnie wcześniej dawaliśmy znak do Ochotniczej Straży Pożarnej. Na trzy zmiany normalnie, strażaki ciurkiem w oespówce siedzieli.
-A moja sąsiadka, Kulawa Mańka, to takie łiski robi z kartofli, że aż otwierają sie wrota do samego raju. Nie dla mięczaków, o nie! Kiedyś napiłem się na pusty żołądek i jakich to ja objawień religijnych doznałem. Padłem na kolana, świat zawirował, spłynął spokój. Po chwili dwa niebieskie anioły wzięły mnie pod ramiona i powiodły ku migającej niebieskiej światłości. Więc zaśpiewałem „alleluja, alleluja” na chwałę Pana Jezuska i natychmiast jakby  z czeluści piekielnej usłyszałem głos jakby samego szatana: „stul dziób, pijaku”.
Tak z kwadransik prowadziliśmy kurturarną rozmowę na fachowe tematy, bo to jednak jak się zejdzie dwóch naukowców to świata nie widzą, poza chęcią wymiany doświadczeń i samokształcenia. W końcu przypomniało mie się.
-A co ze szwagrem Grzesiem?
-Ooo... widzi pan, panie Wieśku.- pan Rysiek sposępniał nagle. –Więc ciągnie szwagier Grzesiu to malinowe i ciągnie, bo ducha sportu w sobie miał mimo wszystko. Ale coś tam jednak nie za bardzo. Widać po nim było, że chyba już w kwalifikacjach odpadnie. A ja- akurat byłem w swojej szczytowej formie. Wszystkie życiowe rekordy biłem jeden za drugim. Jedno malinowe ja lu! Potem drugie malinowe –lu! Skończyły się malinowe to idę dalej- ryżówka, pokrzywka, jabłkowe. Lu, lu, lu! Wysuwam się na prowadzenie, tłum szaleje, rekord! Rekord światowy! I nagle se myślę: „a zapale sobie”.- tu, pan Rysiek uderzył się pięścią w głowę i zaszlochał serdecznie.- A szwagier Grzesiu do mnie- bo on zawsze taki antynikotynowy był- a szwagier Grzesiu do mnie: „Rysiu nie pal”. A ja mu mówię: „Grzesiu, tylko jednego”. No to wyciągam fajeczkę, odpalam zapałkę i nagle jak nie łupnie, jak nie huknie, i pierdut! Rozwaliło całą Ziemię. Pan rozumie panie Wieśku, piwnica była niewentylowana, balony nieszczelne, zapaliły się opary.
-No, a co potem?- pytam ale pan Rysiek wzruszył tylko ramionami.
-Nie wiem, bo chyba mnie się przytomność nagle zgasła. Sądzę, że mnie jedynego, siłą odrzutu, na orbitę wysadziło.  Ale reszta, panie Wiesiek... wszystko pierdut. I szwagier Grzesiu pierdut, i tyle balonów też pierdut, bo przecież dopiero co zaczynaliśmy olimpiadę, jeszcze sporo zostało. I piwnica też pierdut.
-A Jerzmanów?- pytam się podejrzliwie.
-Jerzmanów też pierdut.
Nie powiem, markotno mnie się zrobiło, chociaż coś mi w tej historii nie pasowało. Bo, że pierdut to i owszem, mogę sobie wyobrazić ale żeby go przy tym wybuchu od razu w kosmiczny skafander wpizgło? No, coś tego jednak nie bardzo. Chyba, że w piwnicy od razu w kombinezonach pili ale wtedy to już na pewno nie było u szwagra Grzesia, tylko gdzieś w u czubków. I wtedy nagle przyszła mi do głowy inna myśl. Jezu Chryste! Cały Jerzmanów pierdut! Że moja chałupa pierdut to kij z tym, i tak cosik ostatnio się grzyb nam pokazał w kuchni, pod parapetem. Że moja Maryśka pierdut to jeszcze mały problem, chociaż Maryśka, sama w sobie to jest problem dużego, ba! olbrzymiego kalibru- coś tak z 70 kilo ponad normę. Że dzieciaki pierdut... a nie sorry. Dzieciaków jeszcze nie mieliśmy, dopiero się przymierzaliśmy jakiegoś zmajstrować. No to chwała Bogu, że dzieciaków nie pierdut. Jezu, ale moje pomidory! Chyba ze trzydzieści krzaczków Bawolego Serca a każdy pomidor wielki jak moja głowa. A tak się starałem! Każdy krzaczek wychuchałem, sam z pędzelkiem od kwiatka do kwiatka latałam jak jakaś pszczółka Maja i tymi oto rencami osobiście je zapylałem. Ja cię! A teraz jakiś pijaczyna mi mówi, że to wszystko na nic?
Moje pomidory! Było by z nich jakieś pięćdziesiąt litrów Krwawej Mary, z solą, pieprzem i jajeczkiem, jak tradycja nakazuje. Ach, żyć się człowiekowi odechciewa. Usiadłem ciężko w fotelu i w płacz. Pan Wiesiek siedział obok i też się łzami zalewał. Jednym słowem- trochę grobowa atmosfera. Ja płaczę, pan Wiesiek płacze i nawet Jezusek w żłóbku ma też ma wcale nie wesołą minę. Puściłem stery, zaciągłem ręczny  i niech się dzieje co chce. Mnie już wszystko jedno. Moskwicz zakaszlał kilka razy, jęknął żałościwie po raz ostatni i zgasł. Co mie tam! Dokąd mnie teraz lecieć?
            Zaczęliśmy się obracać wokół własnej osi mocą grawitacji. To na lewo nas znosiło, to  na prawo, ale kto by się w obliczu takiej tragedii drobiazgami przejmował. Lecimy se, to po jednej stronie międzyplanetarnej, to po drugiej, to kręcimy się jak dwa patyki w przeręblu, to suniemy wprost przed siebie. Nawet na czarne dziury nie chciało mi się uważać, chociaż wiem, że ustrojstwo bywa podstępne. Niby małe, niepozorne a jak coś wsysać zacznie to ino chwila, moment i nie ma niczego. Raz kiedyś, z czystej ciekawości włożyłem palca do jednej, malutkiej takiej i momentalnie mi palucha wyciągnęło na 30 centymetrów. Wprawdzie Maryśka moja bardzo sobie ten paluch ceniła ale ja się pilnowałem od tamtej pory, coby mi czegoś innego jeszcze nie rozciągnęło. Bo mnie, jako facetowi, niczego nie brakuje. Co ma być długie to jest długie, co krótkie to krótkie, a co włochate to włochate jak u goryla. Ale teraz? Na co to komu takie uważanie i po co?
-Co teraz będzie panie Wieśku?- zapytał przez łzy pan Rysiek. Wzruszyłem ramionami.
-A co ma być panie Ryśku? Ziemia pierdut, pomidory pierdut, a niech nas wszystkich też pierdut.
-Niech nas też pierdut.- zgodził się smętnie pan Rysiek, wzdychając serdecznie. Znacie takie powiedzenie, że jak człowiek bardzo czegoś chce to mu się to spełni? No więc, chyba chciało nam się aż za bardzo, bo wtedy to by nas faktycznie pierdut.
Nagle, dokładnie naprzeciwko nas, pojawiła się rozpędzona ciężarówka. Długimi miga, klaksonem wrzeszczy, opony aż dymią się od nagłego hamowania ale transportowiec pędzi chyba z osiemdziesiąt lat świetlnych na godzinę a załadowany po brzegi samorodkami uranu. Znaczy się nie wyhamuje, nie ma szans. Oho, ale będzie huk! Istna pułapka. Żadnej drogi ucieczki. Jedyne co zostało to akurat tyle czasu alby obliczyć czy strefa zgniotu skończy się na naszych głowach  czy też w okolicy żołądków. Panu Ryśkowi obliczenia wyszły chyba podobne do moich, bo zaczął nagle krzyczeć:
-W lewo! Odbijaj pan w lewo!
-Panie co pan! To moskwa jest. Trzeba korbką na zewnątrz pokręcić, bo kluczykiem nie da rady, stacyjka się zacięła.
-To idzże pan korbką kręcić, panie Wieśku!- zawył pan Rysiek.
No, serdeczne dzięki za radę, bo sam bym chyba na to nie wpadł, kurde bele. Hop, hop, jednym skokiem znalazłem się w skafandrze a sekundę później na zewnątrz. Moskwicz jeszcze nie zdążył ostygnąć, może zaskoczy. Wkładam kluczyk w otwór i trach. Kręcę.
A moskwicz nic.
I znowu trach! Kręcę i znowu nic.
-Pani kręć pan szybciej!- wrzeszczy do mnie ze środka pan Rysiek, jakby trzeba było mnie do tego specjalnie zachęcać. I znowu, trach, trach, trach.
A moskwicz nic. Ciężarówka zbliża się coraz prędzej i prędzej. Czuję jak jej halogeny fajczą mi galotki na tyłku a smród palonych opon przenika aż do środka hełmu z pleksiglasu.
I mówię wam. Wtedy to tak mi życie przeleciało przed oczyma, że w jednej sekundzie przypomniałem sobie gdzie ja zostawiłem nowe wycieraczki, co to je kupiłem do rakietki jeszcze w tamtym tygodniu.
-No przecie, że w pawlaczu!- krzyczę.
-Poood twooooją obronęęęę udajemy sie święta Boooża rodziiiiicielko...!- drze się niezgorzej pan Wiesiek.
Tymczasem furgon był coraz bliżej i bliżej, a ja kręcę tą korbką i kręcę, jakbym się do koła fortuny chciał zakwalifikować.
Jeszcze 10 metrów do zderzenia.
Trach i nic.
 Tylko 5 metrów.
Traaach i nic!
Oho, ani chybi, będzie kontakt trzeciego stopnia.
-AAAANIEEELEEE BOŻŻŻŻŻY, STRÓÓÓÓŻUUUU MÓJJJJ....
-No.- myślę se.- Na miejscu anioła pana Ryśka to ja bym jednak już stąd fruwał.
Jeszcze 1 metr do apokalipsy. I znowu kręcę korbką, trach! I nagle cud! Bo oto moskwicz mój ukochany kaszlnął, ogniem z dyszy plunął i jak nie szarpnie w bok a ja razem za nim, bo żem się tylko na plastikowej lince trzymał. W tej samej chwili minął nas transportowiec wrzeszcząc klaksonem i błyskając długimi. Ludzie kochanie, możecie sobie wyobrazić jak blisko śmierć się o nas otarła? Może o trzy setne milimetra, nie więcej. To sekundy były. Ale wiecie co? Jak ta ciężarówka z rykiem leciała obok nas, to zauważyłem, że ten kierowca miał fajną czapkę i chyba też sobie takiej poszukam w najbliższej galerii handlowej. No i jak już pokazuje nam faka, to mógłby sobie wcześniej wyczyścić paznokcie.
Spocony jak szczur wszedłem do rakietki. Pan Wiesiek siedział jak zamurowany i durno się przed siebie gapił. Ciężarówka zniknęła już za horyzontem tylko smród palonej gumy ciężko wisiał w kabinie moskwicza.
Milczeliśmy długą chwilę. W końcu ująłem z powrotem stery moskwicza, zredukowałem bieg i puściłem ręczny. Powoli sunęliśmy lewym pasem, mijając oświetlone reklamy i bilbordy. Wolniutko przychodziliśmy z powrotem do przytomności. Nic nie gadaliśmy, bo co ma se człowiek do powiedzenia w takim momencie? „Panie, czy pan też czuje, że żyje?”
Dobry kwadrans minął w tym otępiałym milczeniu. Pierwszy doszedł do siebie pan Rysiek- ale to nic dziwnego. Przecież mówił, że wychował się we Wrocławiu- a powszechnie wiadomo jest, że ciężko wystraszyć ludzi, którzy jadają kebab w podziemiach wrocławskiego Dworca Głównego.
-Nie ma co płakać, trzeba się napić.- powiedział i wskazał ręką, oświetloną wściekle różowym neonem reklamę pobliskiego baru.
„Może i głupio wygląda, ale mądrze gada” pomyślałem ale tak po cichu tylko. Za to głośno powiedziałem:
-Ja stawiam pierwszą kolejkę.
Bo czasem jedynym wyjściem z trudnej sytuacji jest wyjście na piwo.


cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. Jako przewodnicząca klubu brzydali proszę o nie powielanie i nie kopiowanie żadnych tekstów, ani żadnych opowiadań ani żadnej rzeczy, które wasze nie są bez odpowiednich zezwoleń. W przypadku łamania prawa poszczuję delikwenta członkami klubu- a NAS są miliardy.

czwartek, 3 grudnia 2015

"Kosmiczna delirka" część 1

Dzisiaj czwartek. I z okazji tego radosnego wydarzenia wznoszę toast moją ulubioną 7-letnią Metaxą- greckim spirytusem pędzonym na gałce muszkatołowej i różanych płatkach. Przed wami niebanalne opowiadane o jakże wymownym tytule "Kosmiczna delirka". Jak nazwa sama wskazuje rzecz traktuje o alkoholu, kosmosie i samochodzie marki "Moskwa". Zarówno początkujący alkoholicy jak i zatwardziali abstynenci znajdą tu chwilkę rozrywki. Wy czytajcie a ja idę dalej pić. Herbatę, oczywiście.

Wersja na wynos pojawi się na chomiku, w ciągu godziny, może dwóch, najwyżej trzech. Plik PDF do pobrania tutaj.

Opowiadanie można czytać i ściągać także tutaj: Kosmiczna delirka

"Kosmiczna delirka"
 część pierwsza



Ludzie! Co, żem ja przeżył to mnie, kurde bele, nikt nie uwierzy! Słuchajta. Wracam se w zeszły czwartek swoją rozklekotaną rakietką kosmiczną typu „Moskwa”. Grat stary, to fakt, ale dzisiaj takich już nie produkują, ino te błyszczące, amerykanckie ustrojstwa. A mojemu moskwiczowi to największe zero absolutne nie straszne. Ot, jak mi gdzieś przystanie to wystarczy, że pokręcę korbką, lekko popchnę i śmiga dalej w kosmiczną przestrzeń, a takie jankeskie cudo to ni huhu. Jak się zepsuje to dupa zbita. Czekaj se człowieku na pomoc drogową latami, gdzieś miedzy Plutonem a Aldebaranem. Niejeden się nie doczekał, wiem, bo widziałem zmarznięte trupki w swoich skafandrach, przyklejone plastikową linką do błyszczącego cuda mejd in juesej. A ja se lecę dalej.
Ale do rzeczy. No więc wracam w zeszły czwartek międzyplanetarną A9. Cicho, miło, spokojnie. Raz może na rok świetlny przelatuje obok ciężarówka albo jakaś rodzinka grubasów pędzi na urlop olinkluziw w Mgławicy Jednorożca. No więc lecę se, stery prosto trzymam, siusiu mnie się nie chce, luzik, git, bumszakalaka. Nawet piwka żem za dużo nie wypił, więc spoko, smerfy mnie nie straszne. Mogę dmuchać panie władzo, jakby co. Lecę se, lecę prawym pasem i nagle mnie sru! Takim laserem po oczach. To ja po hamulcach i wkurzyłem się momentalnie. Wsteczny bieg, sprzęgło i jadę se do tyłu, mimo, że po międzyplanetarnej teoretycznie nie wolno. Ale już żem mówił, że ruch był taki jak kupa w tyłku anemika, czyli, że żaden. No to fruwam se na wstecznym i jakoś po trzech sekundach świetlnych widzę faceta na poboczu. Uwierzycie? Ani rakietki nie miał, ani motocykla kosmicznego ani nawet, kurde, fotonowego roweru. Nic, sam tylko facet mocą nieważkości sobie lata i widzę, bom juha bystry po mamusi jest, że go cosik na bardzo na lewo znosi. Jak w mordę strzelił prosto w kierunku czarnej dziury. Znaczy, że niedobrze. Odkręciłem korbką szybkę, wychylam se łokieć jak należy i jak nam na kursach pokazywali, po czym krzyczę bardzo kurturarnie.
-Eee!
A on nic. Chyba nie zajarzył, że to do niego wołam i nagle buch! Sru mnie laserem znowu po gałach. Tu żem się wkurzył, wysiadł z rakietki i lu go, chcę mu wszarz przyprostować. Alem się w porę zreflektował. Bo to nie ten facet laserem po oczach daje, tylko taki mały pierdolnik ratunkowy, co to go miał na piersi wysyła morsem sygnał sos. Jezu Chryste! Paczę się mu na wskaźniki medyczne a tam nic! Zero tlenu w wydychanym powietrzu. To ja lu! Faceta za chabety i do rakietki. No kurde w ostatnim momencie, bo już się facio zbliżał do czarnej dziury. Nawet nogę zaczęło mu wciągać. Ale co tam noga, w takiej chwili! Zawiąże se na supeł i może nikt nie zauważy, najwyżej będzie musiał sobie nogawki od galotek poszerzyć. No więc, już mówiłem, faceta za chabety, wciągam do rakietki, ustawiam atmosferę i jak nie zawyje! Ledwom tylko drzwi od moskwicza zatrzasnął i nagle „łijo, łijo”  komputer pokładowy drze mordę, a z głośnika słychać:
-Uwaga, uwaga! Skażenie biologiczne. Wnimanie! Wnimanie! Biologiszeskoje zagrjażnienie!
Ze skażeniem biologicznym to sobie prędko dałem radę. Ot, zmieniłem skarpety i po krzyku. Ale co zrobić z trupem? Za burtę wyrzucić? Na policję odholować? A może jednak kołacze się  choć ociupinkę dusza w tych cherlawym ciele? Co jak co ale szkoda człowieka, a i sam skafander też pewnie coś kosztował. Trza próbować, może jeszcze klient niezbyt sztywny.
Rozpinam kombinezon i zaczynam masaż serca. Masuję, masuję a tu nic.
Coś mi się tłucze pod czerepem, że trzeba będzie chyba „usta usta”. Trochę się zmartwiłem, bo to on facet, ja facet- no kurde piękny początek gejowskiego porno- i to takiego najniższego sortu.
Ale jak mus to mus. Ściągam mu hełm z pleksiglasu, już, już zbliżam do niego usta ale mie się w porę przypomniało co mówili na kursach medycyny alternatywnej. No to lu! Mu w ryja z jednej strony, lu mu z drugiej. Podziałało. Otworzył facio oczy, otworzył usta z których buchneło jak z gorzelni i już se w myślach słyszę jak prosi:
-Wody! Wody!
Ale nie. Tylko czknął ten sukinkot dmuchany i wyszeptał.
-Wódki! Wódki!
To żem się wziął i wkurzył. Bo wtedy to już było dla mnie wszystko jasne jak po wykładzie fizyki antygrawitacyjnej w pierwszej klasie podstawówki. To ten moczymorda tak zapił pałę, że wydychał sam alkohol etylowy a pierdolnik ratunkowy tak zgłupiał od tych wszystkich oparów, że zaczął wydawać sygnały ratunkowe.
A na takiej pierwszej pomocy to ja się znam, bo nie raz jej szwagrowi udzielałem. Lu raz z lewej, raz z prawej, raz z dyńki i pacjent zdrowy.  Jak to mówią u nas w przychodni na Jerzmanowie: operacja się udała, można zabrać ciało.
Pacze się, paczę a facet faktycznie jakby trochę przytomniejszy. Siada, łbem kręci na wszystkie strony jak papuga i nagle jak nie zacznie płakać. No, żem zgłupiał.
-Panie co pan?- zaczynam niepewnie. A on znowu w ryk, w piersi się kułakiem bije i szlocha.
-Wybacz mi bracie, bo zgrzeszyłem.
Nagle zacząłem mieć podejrzenia, że chyba trochę za intensywnie udzieliłem mu tej medycyny alternatywnej. Dobry oklep nie jest zły, do tego często pełni bardzo ważną funkcję terapeutyczną, ale może żem go ciut za bardzo zreanimował?
-Eee tam...- bąkam.- Setuchna albo dwie to jeszcze nie grzech taki wielki. Mnie proboszcz za każdą lornetę każe dać złotówkę na remont ołtarzyka Matki Boskiej Najtrzeźwiejszej Pomocy. Jak chcecie, to was z proboszczem przez skajpa skontaktuję. Zapłacicie stówkę i znowu sumienie macie bardziej nieużywane niż majtki panienek spod centralnego.
Na te słowa facio ryknął bardziej, w pierś mi się wtulił i do kolan przypadł.
-No, pięknie.- pomyślałem ale wcale tak pięknie nie było. Przeciwko facetom nic nie mam. Ot, na piwko pójdę sobie w męskim gronie, w karty mogę popykać ale jednak wolę, żeby w tamtych okolicach to mnie kobitka całowała a nie facet.  No nie i już! Ja to nawet serek jem heterogenizowany.
-Nie ma proboszcza!- krzyknął tamten i dalej obłapia mnie za kolana.
-Jak to nie ma?- zaprotestowałem.- Jest, jest. W kościele pod wezwaniem świętego Brajana, u nas, na Jerzmanowie przecież.
-Nie ma kościoła.- wrzeszczy znowu facet. Tu się zdziwiłem, bo jak to, że kościoła nie ma? Jak wyjeżdżałem to ciągle był i nawet elewację odnawiali.
-Jak to nie ma? Na Jerzmanow...
-Jerzmanowa też nie ma!- przerwał mnie w połowie słowa i buch, znowu w płacz.
Nie powiem, zirytował mnie facet a nawet wnerwił. Odlepiłem faceta od spodni i począsłem nim energicznie. Weź się w garść, gościu! Co ty mi się będziesz tu jak baba jakaś rozklejał? Jak tak dalej pójdzie z tym obściskiwaniem, to do czego to doprowadzi? Do białego winka i słuchania starych płyt „Modern Talking” na wersalce, w kabinie?
-Panie, przestań mnie tu pan jakieś dyrdymały opowiadać. Jak może nie być Jerzmanowa, kiedy ja właśnie do tego Jerzmanowa wracam? Z montażu znaczy się, bo ja monterem rusztowań jestem. Wiesław Śmietana jestem, a to jest moja rakietka. A pan, panie...
-Rysiek Mączyński.- wtrącił ponuro tamten.
-A pan, panie Rysiek siedzi właśnie w moim moskwiczu i razem lecimy na Jerzmanów.
-No to sobie może pan, panie Wieśku oszczędzić dalszej fatygi.- odparł tamten takim głosem żałościwym, jakby się właśnie dowiedział, że owszem teściowa spadła w przepaść ale razem z jego nowiutkim Porsche.
Ludzie kochane, no zatkało mnie. Pan Rysiek tymczasem, wiedziony nieomylnym instynktem alkoholika podszedł do schowka, ukrytego z tyłu rakietki za obrazem Jezuska w żłóbku, wyciągnął litrowy kartonik z napisem „100% sok pomidorowy” i upił solidny łyk. Juha, jakoś wiedział, że tam właśnie była wódka. Gulgnął tęgo, wytarł wąsy w rękaw, wysmarkał nos w palce i oznajmił:
-Wysadziłem Ziemię.


cdn...

wasza
Helga von Klusken

p.s. O plagiatach i kopiowaniu nie chcę mi się dzisiaj pisać. Zajrzyjcie na stronę "do plagiatorów" jeżeli nadal nie wiecie, że to karalne. A żeby nie było w poście tak całkiem alkoholowo to podam przepis na sos Metaxa- mój ulubiony. Sporą cebulę i  jedną czerwoną paprykę poszatkować, podsmażyć na maśle z dodatkiem 3 łyżek koncentratu pomidorowego. Podlać 100 ml bulionu, 100 ml słodkiej śmietanki i odrobiną kwaśnej, gotować aż warzywa zmiękną. Uwaga! teraz najważniejszy składnik: 2 cl Metaxy, ale równie dobrze można wlać całą pięćdziesiątkę. A co tam! nawet setkę. Chwilę podgotować, żeby alkohol odparował, doprawić solą, pieprzem, papryką i przyprawą do gyrosa. Po prostu pyszka. Gdyby nie smakowało- doprawiać dalej Metaxą aż do usłyszenia wyraźnych głosów z samego Olimpu.