I razem z tym oto optymistycznym akcentem dotarliśmy tam, gdzie dotrzeć mieliśmy. Przed wami druga część "Kosmicznej delirki". Pan Rysiu nadal płacze, pan Wiesiek nadal wnerwiony a moskwicz wciąż wesoło gna w kosmiczną przestrzeń. Enjoy it.
Rany julek, jak mnie brakuje słońca.
Opowiadanie można bezpośrednio pobrać i przeczytać także tutaj: Kosmiczna delirka
"Kosmiczna delirka"
część 2
-Wysadziłem
Ziemię.
-Acha.- odpowiedziałem
ostrożnie bo coś mnie zaczynało w głowie świtać, że to chyba nie tylko pijanica
ale także i wariat. A taka mieszanka jest tak samo nieobliczalna jak moja Maryśka
na trzy dni przed okresem.
-Żadne „aha”.-
rzekł ponuro pan Wiesiek. Usiadł w fotelu pasażera, twarz w dłoniach ukrył i
łka sobie po cichu. Ulżyło mi. Dobra, git. Wprawdzie wariat ale może z takich
tego lżejszego kalibru. Popłacze sobie, pogada- najważniejsze, że szyi mi nie
przegryzie. A jak się zacznie rzucać, to mu przylutuję w żuchwę i wyrzucę obok
tojtoja na najbliższym parkingu. Niech ktoś inny se frajera zabierze.
-Pan mnie nie
wierzy, panie Wieśku?- zapytał nagle pan Rysiek, grobowym głosem.
-Żeś pan Ziemię
wysadził, panie Ryśku? Wiesz pan, jak wylatywałem w zeszłym tygodniu to jeszcze
była na starym miejscu. Tak mniej więcej między Marsem a Jowiszem, pierwszy
zjazd na Księżyc.
-Ech... No, nie
wierzysz pan, a ja z natury prawdomówny jestem. Nawet w harcerstwie, za
szczeniaka, medal „za zbieranie prawdziwków” zdobyłem.- westchnął pan Rysiek.- To
słuchaj pan. Trzy dni temu rozpoczęliśmy w piwnicy ze szwagrem Grzesiem, świeć
panie jego pamięci, zawody balonowe. Najpierw on balon, a potem ja balon. Potem
znowu ja balon i on balon. Gdzieś tak pod wieczór pierwszego dnia skończyły się
balony z winem wiśniowym i trzeba było ciągnąć malinowe. A tego, to szwagier
Grzesiu tak nie za bardzo. Normalnie jakaś choroba genetyczna czy co, ale z
malinowego to on nie przyswaja żadnych składników odżywczych. Rzyga po nim jak
kot. Nic nie pomaga. Nawet u najlepszych znachorów z Polsmosu się kurował,
akupunkturę se gwoździami sam robił i inhalacje z denaturatu- nic go nie
wyleczyło.
-O tak, ja też nie
lubię malinowego.- wtrąciłem uprzejmie.- Ale za to wino z aronii jest pyszka.
-Pyszka i palce
lizać.- potwierdził pan Rysiek.- Podobnie jak cytrynowe.
-Dokładnie. Moja
ciocia Jadzia robiła takie wino cytrynowe, że klękajcie narody!
-No, patrz pan. A
moja ciocia Jola nastawiała takie wino z truskawek, że normalnie kopyta
wykręcało.
-Kopyta wykręcało,
kiedy to moja babcia robiła nalewkę na orzechach.
-A mój dziadek na
jałowcu. Tak człowieka po niej trzęsło, że cała wieś ustawiała się w kolejkę,
żeby łyczka jałowcówki dostać. A dziadzio nikomu w potrzebie nie odmawiał.
Złotego miałem dziadzię.
-Panie Rysiek, w
imię starej przyjaźni powiem panu, że to tak samo jak z moim stryjkiem Edkiem.
Dusza nie człowiek. Zawsze jak jałowcówkę dla rodziny nastawiał, to odlewał tak
z literka spirytusu, żeby i biednym sąsiadom coś ponieść. Bo to jak się
jałowcówkę dla siebie robi, to warto innych, biednych ludzi też zaopatrzyć
na ciężkie czasy. A pieprzówka i jałowcówka to najlepsze środki farmakologiczne.
Prawdę mówię, jak pana kocham!
-Z ust mi to
wyjąłeś panie Wiesiek. Jałowcówka, pieprzóweczka i do tego bazylianka. Na
wszyściutko są dobre. I napije się człowiek, i prysznic tym odkamieni.
-Panie Rysiek, ja
panu coś w tajemnicy powiem. Jak żem jeszcze do mojej Maryśki w konkury
chodził, to jej ojciec robił taką bazyliankę, że normalnie armatę przy sikaniu
urywało.
-A u nas, jak
kuzynka Gienia robiła nalewkę z tymianku, to trzeba było straż pożarną wzywać,
zanim ktoś jeszcze poszedł do ubikacji, takie to mocne było. Jak się imieniny
zbliżały to dwa tygodnie wcześniej dawaliśmy znak do Ochotniczej Straży
Pożarnej. Na trzy zmiany normalnie, strażaki ciurkiem w oespówce siedzieli.
-A moja sąsiadka,
Kulawa Mańka, to takie łiski robi z kartofli, że aż otwierają sie wrota do
samego raju. Nie dla mięczaków, o nie! Kiedyś napiłem się na pusty żołądek i jakich
to ja objawień religijnych doznałem. Padłem na kolana, świat zawirował, spłynął
spokój. Po chwili dwa niebieskie anioły wzięły mnie pod ramiona i powiodły ku
migającej niebieskiej światłości. Więc zaśpiewałem „alleluja, alleluja” na
chwałę Pana Jezuska i natychmiast jakby z czeluści piekielnej usłyszałem głos jakby
samego szatana: „stul dziób, pijaku”.
Tak z kwadransik prowadziliśmy
kurturarną rozmowę na fachowe tematy, bo to jednak jak się zejdzie dwóch
naukowców to świata nie widzą, poza chęcią wymiany doświadczeń i
samokształcenia. W końcu przypomniało mie się.
-A co ze szwagrem
Grzesiem?
-Ooo... widzi pan,
panie Wieśku.- pan Rysiek sposępniał nagle. –Więc ciągnie szwagier Grzesiu to
malinowe i ciągnie, bo ducha sportu w sobie miał mimo wszystko. Ale coś tam
jednak nie za bardzo. Widać po nim było, że chyba już w kwalifikacjach
odpadnie. A ja- akurat byłem w swojej szczytowej formie. Wszystkie życiowe
rekordy biłem jeden za drugim. Jedno malinowe ja lu! Potem drugie malinowe –lu!
Skończyły się malinowe to idę dalej- ryżówka, pokrzywka, jabłkowe. Lu, lu, lu!
Wysuwam się na prowadzenie, tłum szaleje, rekord! Rekord światowy! I nagle se
myślę: „a zapale sobie”.- tu, pan Rysiek uderzył się pięścią w głowę i zaszlochał
serdecznie.- A szwagier Grzesiu do mnie- bo on zawsze taki antynikotynowy był-
a szwagier Grzesiu do mnie: „Rysiu nie pal”. A ja mu mówię: „Grzesiu, tylko jednego”.
No to wyciągam fajeczkę, odpalam zapałkę i nagle jak nie łupnie, jak nie
huknie, i pierdut! Rozwaliło całą Ziemię. Pan rozumie panie Wieśku, piwnica
była niewentylowana, balony nieszczelne, zapaliły się opary.
-No, a co potem?-
pytam ale pan Rysiek wzruszył tylko ramionami.
-Nie wiem, bo
chyba mnie się przytomność nagle zgasła. Sądzę, że mnie jedynego, siłą odrzutu,
na orbitę wysadziło. Ale reszta, panie
Wiesiek... wszystko pierdut. I szwagier Grzesiu pierdut, i tyle balonów też
pierdut, bo przecież dopiero co zaczynaliśmy olimpiadę, jeszcze sporo zostało.
I piwnica też pierdut.
-A Jerzmanów?-
pytam się podejrzliwie.
-Jerzmanów też
pierdut.
Nie powiem, markotno mnie się zrobiło, chociaż coś mi w tej historii nie
pasowało. Bo, że pierdut to i owszem, mogę sobie wyobrazić ale żeby go przy tym
wybuchu od razu w kosmiczny skafander wpizgło? No, coś tego jednak nie bardzo.
Chyba, że w piwnicy od razu w kombinezonach pili ale wtedy to już na pewno nie
było u szwagra Grzesia, tylko gdzieś w u czubków. I wtedy nagle przyszła mi do
głowy inna myśl. Jezu Chryste! Cały Jerzmanów pierdut! Że moja chałupa pierdut
to kij z tym, i tak cosik ostatnio się grzyb nam pokazał w kuchni, pod
parapetem. Że moja Maryśka pierdut to jeszcze mały problem, chociaż Maryśka,
sama w sobie to jest problem dużego, ba! olbrzymiego kalibru- coś tak z 70 kilo
ponad normę. Że dzieciaki pierdut... a nie sorry. Dzieciaków jeszcze nie mieliśmy,
dopiero się przymierzaliśmy jakiegoś zmajstrować. No to chwała Bogu, że
dzieciaków nie pierdut. Jezu, ale moje pomidory! Chyba ze trzydzieści krzaczków
Bawolego Serca a każdy pomidor wielki jak moja głowa. A tak się starałem! Każdy
krzaczek wychuchałem, sam z pędzelkiem od kwiatka do kwiatka latałam jak jakaś
pszczółka Maja i tymi oto rencami osobiście je zapylałem. Ja cię! A teraz jakiś
pijaczyna mi mówi, że to wszystko na nic?
Moje pomidory! Było
by z nich jakieś pięćdziesiąt litrów Krwawej Mary, z solą, pieprzem i
jajeczkiem, jak tradycja nakazuje. Ach, żyć się człowiekowi odechciewa. Usiadłem
ciężko w fotelu i w płacz. Pan Wiesiek siedział obok i też się łzami zalewał.
Jednym słowem- trochę grobowa atmosfera. Ja płaczę, pan Wiesiek płacze i nawet Jezusek
w żłóbku ma też ma wcale nie wesołą minę. Puściłem stery, zaciągłem ręczny i niech się dzieje co chce. Mnie już wszystko
jedno. Moskwicz zakaszlał kilka razy, jęknął żałościwie po raz ostatni i zgasł.
Co mie tam! Dokąd mnie teraz lecieć?
Zaczęliśmy
się obracać wokół własnej osi mocą grawitacji. To na lewo nas znosiło, to na prawo, ale kto by się w obliczu takiej
tragedii drobiazgami przejmował. Lecimy se, to po jednej stronie międzyplanetarnej,
to po drugiej, to kręcimy się jak dwa patyki w przeręblu, to suniemy wprost
przed siebie. Nawet na czarne dziury nie chciało mi się uważać, chociaż wiem,
że ustrojstwo bywa podstępne. Niby małe, niepozorne a jak coś wsysać zacznie to
ino chwila, moment i nie ma niczego. Raz kiedyś, z czystej ciekawości włożyłem
palca do jednej, malutkiej takiej i momentalnie mi palucha wyciągnęło na 30
centymetrów. Wprawdzie Maryśka moja bardzo sobie ten paluch ceniła ale ja się
pilnowałem od tamtej pory, coby mi czegoś innego jeszcze nie rozciągnęło. Bo
mnie, jako facetowi, niczego nie brakuje. Co ma być długie to jest długie, co
krótkie to krótkie, a co włochate to włochate jak u goryla. Ale teraz? Na co to
komu takie uważanie i po co?
-Co teraz będzie
panie Wieśku?- zapytał przez łzy pan Rysiek. Wzruszyłem ramionami.
-A co ma być panie
Ryśku? Ziemia pierdut, pomidory pierdut, a niech nas wszystkich też pierdut.
-Niech nas też
pierdut.- zgodził się smętnie pan Rysiek, wzdychając serdecznie. Znacie takie
powiedzenie, że jak człowiek bardzo czegoś chce to mu się to spełni? No więc,
chyba chciało nam się aż za bardzo, bo wtedy to by nas faktycznie pierdut.
Nagle, dokładnie naprzeciwko nas, pojawiła się rozpędzona ciężarówka.
Długimi miga, klaksonem wrzeszczy, opony aż dymią się od nagłego hamowania ale
transportowiec pędzi chyba z osiemdziesiąt lat świetlnych na godzinę a załadowany
po brzegi samorodkami uranu. Znaczy się nie wyhamuje, nie ma szans. Oho, ale
będzie huk! Istna pułapka. Żadnej drogi ucieczki. Jedyne co zostało to akurat
tyle czasu alby obliczyć czy strefa zgniotu skończy się na naszych głowach czy też w okolicy żołądków. Panu Ryśkowi
obliczenia wyszły chyba podobne do moich, bo zaczął nagle krzyczeć:
-W lewo! Odbijaj
pan w lewo!
-Panie co pan! To
moskwa jest. Trzeba korbką na zewnątrz pokręcić, bo kluczykiem nie da rady, stacyjka
się zacięła.
-To idzże pan
korbką kręcić, panie Wieśku!- zawył pan Rysiek.
No, serdeczne
dzięki za radę, bo sam bym chyba na to nie wpadł, kurde bele. Hop, hop, jednym
skokiem znalazłem się w skafandrze a sekundę później na zewnątrz. Moskwicz
jeszcze nie zdążył ostygnąć, może zaskoczy. Wkładam kluczyk w otwór i trach.
Kręcę.
A moskwicz nic.
I znowu trach!
Kręcę i znowu nic.
-Pani kręć pan
szybciej!- wrzeszczy do mnie ze środka pan Rysiek, jakby trzeba było mnie do
tego specjalnie zachęcać. I znowu, trach, trach, trach.
A moskwicz nic.
Ciężarówka zbliża się coraz prędzej i prędzej. Czuję jak jej halogeny fajczą mi
galotki na tyłku a smród palonych opon przenika aż do środka hełmu z pleksiglasu.
I mówię wam. Wtedy
to tak mi życie przeleciało przed oczyma, że w jednej sekundzie przypomniałem
sobie gdzie ja zostawiłem nowe wycieraczki, co to je kupiłem do rakietki jeszcze
w tamtym tygodniu.
-No przecie, że w
pawlaczu!- krzyczę.
-Poood twooooją
obronęęęę udajemy sie święta Boooża rodziiiiicielko...!- drze się niezgorzej pan
Wiesiek.
Tymczasem furgon
był coraz bliżej i bliżej, a ja kręcę tą korbką i kręcę, jakbym się do koła
fortuny chciał zakwalifikować.
Jeszcze 10 metrów
do zderzenia.
Trach i nic.
Tylko 5 metrów.
Traaach i nic!
Oho, ani chybi,
będzie kontakt trzeciego stopnia.
-AAAANIEEELEEE
BOŻŻŻŻŻY, STRÓÓÓÓŻUUUU MÓJJJJ....
-No.- myślę se.-
Na miejscu anioła pana Ryśka to ja bym jednak już stąd fruwał.
Jeszcze 1 metr do apokalipsy.
I znowu kręcę korbką, trach! I nagle cud! Bo oto moskwicz mój ukochany kaszlnął,
ogniem z dyszy plunął i jak nie szarpnie w bok a ja razem za nim, bo żem się
tylko na plastikowej lince trzymał. W tej samej chwili minął nas transportowiec
wrzeszcząc klaksonem i błyskając długimi. Ludzie kochanie, możecie sobie
wyobrazić jak blisko śmierć się o nas otarła? Może o trzy setne milimetra, nie
więcej. To sekundy były. Ale wiecie co? Jak ta ciężarówka z rykiem leciała obok
nas, to zauważyłem, że ten kierowca miał fajną czapkę i chyba też sobie takiej
poszukam w najbliższej galerii handlowej. No i jak już pokazuje nam faka, to
mógłby sobie wcześniej wyczyścić paznokcie.
Spocony jak szczur wszedłem do rakietki. Pan Wiesiek siedział jak
zamurowany i durno się przed siebie gapił. Ciężarówka zniknęła już za
horyzontem tylko smród palonej gumy ciężko wisiał w kabinie moskwicza.
Milczeliśmy długą
chwilę. W końcu ująłem z powrotem stery moskwicza, zredukowałem bieg i puściłem
ręczny. Powoli sunęliśmy lewym pasem, mijając oświetlone reklamy i bilbordy. Wolniutko
przychodziliśmy z powrotem do przytomności. Nic nie gadaliśmy, bo co ma se
człowiek do powiedzenia w takim momencie? „Panie, czy pan też czuje, że żyje?”
Dobry kwadrans
minął w tym otępiałym milczeniu. Pierwszy doszedł do siebie pan Rysiek- ale to
nic dziwnego. Przecież mówił, że wychował się we Wrocławiu- a powszechnie
wiadomo jest, że ciężko wystraszyć ludzi, którzy jadają kebab w podziemiach
wrocławskiego Dworca Głównego.
-Nie ma co płakać,
trzeba się napić.- powiedział i wskazał ręką, oświetloną wściekle różowym
neonem reklamę pobliskiego baru.
„Może i głupio
wygląda, ale mądrze gada” pomyślałem ale tak po cichu tylko. Za to głośno
powiedziałem:
-Ja stawiam
pierwszą kolejkę.
Bo czasem jedynym
wyjściem z trudnej sytuacji jest wyjście na piwo.
cdn...
wasza
Helga von Klusken
p.s. Jako przewodnicząca klubu brzydali proszę o nie powielanie i nie kopiowanie żadnych tekstów, ani żadnych opowiadań ani żadnej rzeczy, które wasze nie są bez odpowiednich zezwoleń. W przypadku łamania prawa poszczuję delikwenta członkami klubu- a NAS są miliardy.

