piątek, 17 czerwca 2016

Ja tu tylko sprzątam

Lato to dla mnie czas remontu i odskoczni od internetu. Poważnie. Latem lubię sobie pójść na odwyk od sieci. Żadnych meili, żadnego Pudelka, umarł Facebook, niech żyje ogródek. Zauważyłam, że bez ciągłego zerkania na tablet, bez nałogowego grania w bingo i slither.io moja produktywność znacząco wzrasta, czego dowodem jest świeżo wytapetowana sypialnia na wsi i skopane grządki. Natomiast po powrocie do świata opętanego wi-fi budzi się we mnie pan Hyde. Niedokończone projekty wiszą w chmurze tygodniami, zaczęte obrazy kurzą się na strychu, nawet kot musi sobie radzić sam. A ja gram, i gram, i gram.
Poniższe opowiadanie powstało właśnie w takiej produktywnej fazie, w mojej wiejskiej chałupie. 
Jutro, z samego rana, znowu jadę na wieś i mam ogromną nadzieję, że moja chęć do pracy zdecyduje się mi towarzyszyć.

Czas czytania: ok 10 minut.


"Ja tu tylko sprzątam" opowiadanie. Wersja PDF z chomikuj tutaj.
Wersja online do poczytania i ściągnięcia tutaj: Ja tu tylko sprzątam.


Ja tu tylko sprzątam

-Rany julek,- westchnął Franuś.-ale bym opchnął teraz takiego schabowego...
Zelówa lewym okiem spojrzał gniewnie na Franusia a prawym żałośnie na dystrybutor żywności, który zepsuł się jakieś dziesięć tysięcy lat świetlnych temu. Po prostu zawył, zatrzeszczał, beknął dymem z prądnicy i prawie zdechł. Prawie, bo od tamtego czasu jedynym posiłkiem, jaki wypluwał z głębi swoich plastikowych kiszek był torcik orzechowy i rolada z boczkiem. Samo w sobie to nic złego, takie żarcie; teoretycznie można na nim przeżyć dwadzieścia tysięcy lat świetlnych- tyle bowiem miała trwać ich wyprawa zwiadowcza na nowo odkrytą planetę w gwiazdozbiorze Myszołówki. Praktycznie już nie bardzo, gdyż złośliwa maszyna owijała torcik plasterkami boczku, nadziewała kiszonym ogórkiem i dusiła go z cebulką i czosnkiem w 200 stopniach Celsjusza przez 45 minut.
Kulinarna katastrofa, za którą odpowiedzialne były tęgie głowy z NASA.
Zdesperowani tym nieco monotonnym menu Zelówa z Franusiem kilka razy atakowali śrubokrętem i piłą łańcuchową podstępne dystrybutorzysko, ale wszystko na próżno. W ramach odwetu dystrybutor zaczął posypywać ich orzechowo-boczkowe roladki cukrową posypką z delikatną nutą wasabi i starych skarpetek. Wtedy zrezygnowali z dalszego remontu. Kto wie, czy z następną aktualizacją systemu dystrybutor nie doda im do jedzenia cyjanku w celu uzupełnienia wartości odżywczych?
Tymczasem Franuś dalej marzył na jawie.
-Schaboszczaka w podwójnej panierce, takiego, jakiego robiła mamusia...
-Franek, ostrzegam cię.- mruknął Zelówa.
-Z modro kapusto i kluskami...
-Franek!
-A na deser szpajza cytrynowa1...
-Zamknij dziób!
-No co? No co?- oburzył się Franuś.- Czego się rzucasz? Pomarzyć sobie nie można?
-Idź sobie marzyć gdzie indziej. Mnie tu kiszki formalnie marsza grają. Pogrzebowego.
Franuś uniósł do góry brwi ze zdziwienia i rozejrzał się po rakiecie. Gdzie niby ma pójść skoro to jednoizbowa rakietka kosmiczna typu M1? Nawet kuchnia jest w aneksie. To gdzie ma iść? Do klopa? I tak nic to nie da, bo ścianka działowa jest cienka, wszystko słychać. Kiedy Zelówa znika po śniadaniu na pół godziny w wucecie, z gazetką pod pachą, to dobywają się stamtąd takie wystrzały armatnie jakby mu własne kiszki wojnę domową wypowiedziały.
Wobec tego Franuś dalej marzył już tylko w myślach, chociaż i to działało głodnemu Zelówie na nerwy. Im bardziej wpatrywał się w ten uśmiechnięty od ucha do ucha pysk kolegi, tym większą miał ochotę wepchnąć go do dystrybutora i wybrać program „mielone z buraczkami”. Nie zrobił tego tylko dlatego, gdyż był przekonany, że i z Franusia dystrybutor zrobi roladki z cukrową posypką.
Franuś zaś, zupełnie nieświadomy grożącego mu niebezpieczeństwa wzdychał, mlaskał i ślinił się na wspomnienie smakowitego krupnioka2 i ciapkapusty3. Ach, żeby to tak być już w domu! Mamusia obiecała, że nasmaży mu krepeli4 jak wróci, babcia zrobi dziubanego placka5 i zisty6. Ile to jeszcze godzin zostało im do powrotu na Ziemię? Spojrzał na prędkościomierz.
O retyrety, mniej niż dwanaście godzin świetlnych i już będą na starej, poczciwej planecie.
Dwadzieścia tysięcy lat świetlnych ich nie było. Kontaktu nie mieli w tym czasie żadnego, bo jakaś fajtłapa ze stoczni kosmicznej krzywo przylutowała druciki w radiotelegrafie. W eterze cisza jak makiem zasiał i przez ten czas Franuś i Zelówa byli skazani wyłącznie na swoje towarzystwo. Uff, dobrze, że nie są małżeństwem, bo chybaby się wzajemnie pozagryzali. Co jednak nie znaczy, że było im ze sobą łatwo.
Franuś dyskretnie zerknął na lewe oko Zelówy lśniące zielenią i fioletem, a potem wyszczerzył zęby i obejrzał swój uśmiech w błyszczącej obudowie panelu sterowniczego. Hm... jedynki można łatwo wstawić na tytanowych sztyftach, a jak będzie miał szczęście, to dentysta udzieli rabatu. W końcu jest się tym bohaterem związku kosmicznego pierwszej klasy. Cmoknął ustami. Proszę, jaki ładny z niego chłopak.
-Zelówa?- zagaił.
-Czego?
-Tego... wciąż się gniewasz?
Zelówa spojrzał na niego posępnie.
-Nie mam forsy. Zresztą, i tak już mi wisisz.
Franuś przerwał mu podekscytowany.
-Nie o to chodzi! Spójrz na zegar! Za dwanaście godzin będziemy w domu!
Zelówa drgnął zaskoczony. Umysł miał niezbyt lotny i w testach na kosmonautę nie wyróżnił się specjalnie inteligencją, za to zachwycił siłą i wprawnym używaniem młota pneumatycznego. Spojrzał na pulpit, zmarszczył czoło, po czym wyprostował palce i zginając je i rozwierając, dokonywał jakiegoś skomplikowanego obliczenia. Długo to trwało. Franuś był święcie przekonany, że Zelówa się zawiesił i już przymierzał się, by zrestartować kompana lewym nelsonem, kiedy oczy kosmonauty rozjaśniły się ze szczęścia. 
-Ożeż w mordę misia.- wybełkotał Zelówa.- To naprawdę już!
Franuś zachichotał.
-Prawie jakbyśmy już tam byli. Cieszysz się?
-W dupę jeża nietoperza!- wrzasnął Zelówa.- Cieszyć się? Czy ja się cieszę? Franek, bestio, dawaj mordy!- mimo że nigdy nie był specjalnie wylewny, porwał chudego Franusia w swoje potężne objęcia i prawie zgniótł w herkulesowym uścisku.
-Niech żyją schabowe!- wrzasnął.
-I kapusta.- wycharczał Franuś.
-Niech żyje piwko, piwunio, piweczko!
-I kapusta...- wyszeptał resztką sił duszony Franuś.
-I niech żyje torcik orzechowy!
Franek  jakoś wyrwał się z uścisku.
-Zgłupiałeś?- zapytał zupełnie zdezorientowany. Zelówa tylko pokręcił głową.
-Niech żyje torcik orzechowy i rolada z boczkiem! Wiesz, co zrobię jak już wylądujemy?
Franuś nie wiedział.
-Pójdę do jakiejś sześciogwiazdkowej restauracji, zamówię porcję rolady i kawałek torcika a potem wsmaruję ją kelnerowi w twarz. O tak! Tak właśnie zrobię! Ha, ha, ha!
Jego towarzysz roześmiał się. Co za pyszny wic! Ten Zelówa prochu może nie wymyśli, ale za to do zabawy to pierwszy. Kosmonauci w szampańskim nastroju zasiedli w fotelach antygrawitacyjnych. Przez następne jedenaście godzin obrzucali się żarcikami, snuli plany na przyszłość, przechwalali kto poderwie większą ilość dziewczyn i komu prędzej urwie się film w barze dla kosmonautów „Pod dziurawą blaszanką”. Kiedy rakieta weszła w pas planetoid, do Ziemi pozostała niecała godzina.
-Rozglądaj się.- polecił Zenuś Franusiowi.- Nie odbieram sygnału z satelity komunikacyjnego. Pewnie znowu nam antena odpadła. Teraz to już szkoda zachodu, żeby wychodzić na zewnątrz i doklejać, znajdziemy Ziemię na czuja.
-Tak jest, panie sierżancie.- zasalutował Franuś.
-Sierżancie? Po powrocie powinni mnie zrobić co najmniej kapralem!- oburzył się Zelówa.
-Albo centurionem.
-Centy... centy co?
-Centyfugą.- wyjaśnił Franuś z chytrym uśmieszkiem. Pięć minut później do swojego rachunku u dentysty musiał doliczyć także nowe koronki na trzonowce.
Burza przeszła tak samo prędko, jak się pojawiła. Po chwili obaj zgodnie i w milczeniu wpatrywali się w wizjery. Przelatujące komety wspaniale iluminowały gwieździstą przestrzeń, krzesząc z warkoczy iskry lodowatego pyłu. Gwiazda polarna mrugała do dzielnych podróżników, jakby witając ich w powrotem w układzie słonecznym. Nawet małe meteoryty dziurawiły poszycie kadłuba rakiety ze swojskim, przyjaznym świstem. Prawie są w domu, już można witać się z gąską.
-Jest! Jest Ziemia!- wrzasnął nagle Franuś.
-Gdzie?
-O tam! Nawet świeci na czerwono.
Zelówa wytężył wzrok i skrzywił się.
-To Wenus.- zauważył. Franuś zdurniał.
-Jak Wenus skoro wracamy od strony Plutona? Ziemia musi być przecież zaraz za Marsem. Czekaj, czekaj, jak to szło?- przypomniał sobie szkolną wyliczankę.- Moją wolę znaj matole jak się uprę, nie pozwolę. Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton. Jak nie jak tak? Nie może być, że to Wenus, dopiero co minęliśmy Marsa, nie zgadza się.
Zelówa analizował coś gorączkowo.
-Może schowała się za słońcem? Lećmy i sprawdźmy.
-No to leć.- odparł Franuś lekko zdenerwowanym głosem. Zelówa puścił sprzęgło i dodał gazu. W piętnaście minut świetlnych okrążyli słońce, ale Ziemi nigdzie nie było.
-Dziwne.- mruknął Zelówa.
-Może wypadła z orbity?- rzucił pomysłem Franuś. Trochę zaczynało mu się to wszystko nie podobać. Kiedyś zgubił zupełnie nowe galotki, które kupił na promocji w supermarkecie. Nigdy ich potem nie znalazł, mimo że mieszkanie wywrócił do góry nogami. No, ale cała planeta to nie to samo co majtochy w panterkę.
Zelowa zdecydował przelecieć cały system słoneczny jeszcze raz, tym razem bardzo powoli. Obydwoje wytężali wzrok, zaglądali za każdą asteroidę, okrążali większe meteoryty i planetoidy, wszystko jednak na nic. Ziemi nigdzie nie było, natomiast w miejscu, w którym powinna znajdować się planeta latał sobie jakiś mężczyzna i zgarniał szufelką gruz. Mężczyzna miał złocistą, spływająca na piersi brodę, ogniste skrzydła i gorejący miecz sprawiedliwości przypasany do śnieżnobiałej tuniki. Próżnia kosmiczna i zero absolutne nie robiły na nim żadnego wrażenia, gdyż gwizdał sobie nonszalancko podczas zamiatania. Obok niego dryfowała swobodnie metalowa taczka napełniona szczątkami Mount Everestu, rowu Mariańskiego i Radomia.
Zelówa tknął Franusia łokciem pod bok.
-Chodź. Pójdziemy się tego gościa spytać, może on coś wie.
-Trochę dziwny facet.- ostrzegł Franuś.- Wygląda na czubka.
-A masz jakiś wybór? Chcesz do Bożego Narodzenia szukać?
Franuś nie chciał. Wcisnęli się w swoje kosmiczne skafandry (skurczyły się chyba, bo jakoś na brzuchach im się nie dopinały), otworzyli lufcik, przywiązali linami i już po chwili pływali w przestrzeni kosmicznej. Zelówa kraulem a Franuś pieskiem, bo inaczej nie potrafił.  Zbliżyli się do mężczyzny ze szczotką na tyle blisko, by krzyknąć:
-Uszanowanie szanownemu panu!
Anioł drgnął. Wyjął z uszy słuchawki walkmana i rozejrzał się trochę nieprzytomnym wzrokiem.
-Aaa...- mruknął na ich widok, nie okazując żadnej emocji.-...bry.
-Ładną mamy pogodę.- powiedział uprzejmie Zelówa.
-Za milion lat podobno ma padać deszcz meteorytów.- wtrącił Franuś.- Ale tylko przelotnie, tylko przelotnie. Za dziesięć milionow lat ma się znowu rozpogodzić.
-To wspaniale, bo akurat wtedy zaplanowałem sobie urlop. Dwa tygodnie w Kołobrzegu, wie pan- paplał Zelówa to do anioła, to do Franusia- drinki z palemką, żarcie olinkluziw, dyskoteka na plaży w świetle gwiazd.
-Acha.- anioł nie wydawał się specjalnie zainteresowany.
-Jestem Zelówa, a to mój partner Franuś.- przedstawił ich. Anioł wzruszył ramionami.
-Ja tam jestem tolerancyjny. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia.
Franuś i Zelówa poczerwienieli nagle.
-Nie, nie, nie! Pan nas źle zrozumiał panie...
-Gabriel. Archanioł Gabriel.
-Panie Gabriel. Nie, że partner, tylko partner, znaczy się kolega z pracy. Naprawdę.- Zelówa bił się w piersi, a Franuś przytakiwał mu z zapałem.
-My tylko latamy razem w rakiecie. Franuś, Franuś pan Gabriel myśli, że my ten tego...
-Ha, ha, ha.- śmiał się słabo Franuś i czerwieniał na twarzy coraz bardziej na wspomnienie pewnej nocy. To było wtedy, kiedy dystrybutor żywności jeszcze działał poprawnie i wydał im piwo do kolacji. To było cholernie mocne piwo.
-Nienienie, my nie z takich, skądże!
Archaniołowi Gabrielowi było wszystko jedno.
-Acha.- odparł znudzony. Odwrócił się do nich uskrzydlonymi plecami i sprzątał dalej.
-Panie Gabriel, pan może wie, gdzie to się Ziemia podziała?
-Nie wiem.
Zelówa nie ustępował.
-Bo wie pan, według telemetru to powinna tutaj być. O, dokładnie w tym miejscu co je pan zamiatasz.
-Nie wiem.
-No, a ludzie? Gdzieś chyba są?
-Nie wiem.
-To może, chociaż ktoś nam wiadomość jakąś zostawił? Taką na poste restante? Albo polecony?
-Nie wiem.- Archanioł Gabriel wyglądał jak znudzony mops. Znudzony mops ze szczotką do zamiatania.  Zelowa zdenerwował się nagle nie na żarty.
-Panie piękny, co z panem? Tak to się traktuje bohaterów kosmosu?
-Pierwszej klasy.- wtrącił Franuś.
-Właśnie! Bohaterów związku kosmicznego pierwszej klasy? Wracamy po dwudziestu tysiącach lat świetlnych, zaganiani jak psy, zmęczeni, spracowani a tu co? Ja nie mówię, żeby witać nas od razu z honorami wojskowymi, ale trochę szacunku by się przydało. Pionierami wszechświata jesteśmy. Przodownicy pracy, a pan ciągle tylko nie wiem i nie wiem. Pan lepiej uważaj, bo pana do sądu podam za nieudzielanie pomocy.
Jednak nawet ta ognista przemowa nie zrobiła na archaniele żadnego wrażenia. Gabriel powoli zagarnął na szufelkę okruchy, które kiedyś były Wielkim Kanionem Kolorado. Już czysto, proszę, ani jednego pyłku. Odsapnął z ulgą i zapalił papierosa. Papieros nie chciał się palić, co było zupełnie normalne w próżni kosmicznej. Ze złością cisnął szluga na stertę śmieci, ujął taczkę za rączki i szykował się do odejścia.
-Ale to jak to?- jęknął Zelówa.- I to już? Tak po prostu?
-A co? Jakieś śmieci przeoczyłem? Niedokładnie pozamiatane?
-To już po wszystkim? Tak nagle? Żadnego bum? Żadnego uprzedzenia? Żadnych chórów anielskich? Wieczystej szczęśliwości?- zachlipiał Franuś.- Co będzie dalej?
Archanioł spoglądał to na bladego ze zgrozy Zelówę, to na chlipiącego Franusia.
-A skąd mam wiedzieć?- burknął nieuprzejmie.- Ja tu tylko sprzątam.

KONIEC

17.06.2016


1szpajza- śląski deser z jajek i żelatyny. Nieśmiertelny hit na komuniach i stypach.
2krupniok- kaszanka czyli kasza z krwią, kopytkami i mieloną skórką. Uwielbiam.
3ciapkapusta- śląska potrawa z puree ziemniaczanego i kapusty kiszonej.
4krepel- pączek.
5 placek dziubany- w czeluściach internetu znalazłam tylko skąpe informacje o tej mitycznej potrawie. Podobno jest to ciasto z kaszy jęczmiennej i ziemniaków, okraszone szpyrkami czyli kawałkami mięsa, boczku i smażonej cebuli. Przepis pilnie poszukiwany!
6zista- babka piaskowa. Nie że z piasku, tylko zwyczajnie z mąki, cukru, jajek i słodkich szczeniaczków.

wasza
Helga von Klusken

p.s. Uprzejmie proszę nie kopiować, nie przywłaszczać sobie treści i ogólnie zachowywać się jak na cywilizowaną małpę przystało.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Siewcy burz

Macie czasami taki okres w życiu, że pracujecie pilnie jak mrówki, a pod koniec miesiąca okazuje się, że tak naprawdę nic nie zrobiliście? Bo ja mam. Obiecane opowiadanie "Numa i niewolnik" zajęło mi dwa tygodnie, jednak nie nadaje się do publikacji, gdyż musi jeszcze skruszeć i dojrzeć. Kolejny projekt o pięknej Irlandce Molly Malone rozrósł się do takich rozmiarów, że przekracza rozmiar przyzwoitego opowiadania.
W akcie desperacji napisałam "Siewców burz". No, i o to chodziło! Niedługie, niekrótkie, do poczytania w toalecie i do przemyślenia w wolnym czasie. Ewentualnie na odwrót.
Enjoy it!
Na okładce fragment obrazu Carlo Pollonera pt. "Il seminatore".
Czas czytania: ok. 15 minut.

Na chomiku tutaj.
Z dysku google do poczytania i pobrania tutaj: "Siewcy burz"



Siewcy burz



-E! Eee! Józiu!? Józiu, sprawdź, co się tam tak do drzwi dobija! Jak to komornik to spuść psy!
Co? Że co? Ruskie przyszli? Nie? Aaa, to praktykant tylko. To spokojnie, bez nerw Józiu. Rzuć mi tu tego praktykanta, ja się nim zajmę. Obiecałem dyrektorowi, że tego to ja już osobiście dopilnuję. Ostatniego, jak na pola puściliśmy, żeby chwastów haczką powyrywał, to tak wywiało, że go do dzisiaj nie znaleźli. Nie, no co ty Józiu, żyje, bez obaw. Jak nie jak tak. Musi żyć, bo nam przecież pocztówki przysyłał „pozdrowienia z gór”. Sam pisał, że nie wie dokładnie z jakich gór, ale kupa kamieni w jednym miejscu to góra, no nie? Himalaje albo ja mu tam... Śnieżka.
Śnieżka, nie wiesz, co to jest? Tam jest przecież obserwatorium.
Co się tam obserwuje?
Gruzy, Józiu. Gruzy wielkiej Polski. Ze szczytu najlepiej widać.
No, w każdym razie od tamtego czasu to lejemy randapa na ziemię, dyrektor nie życzy sobie nowych wypadków. Mówi, że mu znowu komisje jakieś przyślą, trza ich oprowadzić, sprawozdania przedstawić a on ma bardzo delikatną wątrobę. Kieliszek sprawozdania i leży pod stołem. Kurde, taki mientki szef to wstyd gorszy niż szwagier abstynent.
Ty, praktykant, a coś ty tak nagle zbladł synku? Ty nic się nie bój. Trzymaj się grubego Maćka - a Maciek to ja- łap nie pchaj, gdzie nie trzeba; obuwie ochronne noś i nic ci się nie stanie. Synek, ja tu już miałem wielu praktykantów i wszyscy na ludzi wyszli. Jeden tylko został premierem, lecz do niego to się nie przyznajemy, cała reszta to uczciwe ludzie dzisiaj są. Grubych miałem, chudych miałem, mądrych, głupich, jeden nawet był szwulem, ale dałem mu w mordę i odechciało mu się szwulowania, bo go potem z wózkiem widziałem, jak bliźniaki na spacer wyprowadzał.
Dobra, my tu gadu, gadu a czas państwowy leci. Wskakuj synek w kombinezon roboczy.
O, tu masz jednorazowe rękawiczki. No mokre, mokre. Wilgotne jeszcze, bo po praniu, co ty myślałeś, że używane dostaniesz? Jak pisze jednorazowe, to jednorazowe. Jeden raz i do prania. Bezpieczeństwo pracy to u nas podstawa. Bezpieczeństwo i zdrowy rozsą...
Co Józiu? Głośniej, bo nie słyszę. Że drzwi przeciwpożarowe się nie domykają? Trzaśnij nimi raz albo dwa. I co? Nie pomaga?
Aaa... Józiu to trzeba sposobem, w taki razie. Zastaw od zewnątrz widlakiem, bo inaczej będzie tu nam po nogach ciągło. Pożaru nie było od czterech miesięcy, więc sobie może widlak stać. Przyjdzie lato, to się otworzy, coby magazyn przewietrzyć, ale teraz na to za zimno. Rach, ciach, grypa i do piachu.
No, widzisz, Józiu. W robocie to trzeba kombinować, a nie tylko myśleć.
To co ja takiego mówiłem synek? Aha, że u nas bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek najważniejsze, sam widzisz. Tylko... eee... może lepiej nie opowiadaj o tym na uczelni. Ty na pierwszym roku jesteś, co nie? Czwartym? Że co studiujesz?
Socjologię warzyw i roślin strączkowych?
Nie, nie słyszałem o takim kierunku. Teraz to podobno tyle tych uczelni nadziabali, że można studiować wszystko, co dusza zapragnie, nawet ignorancję i alkoholizm. I to z dyplomem.
Synek, ja to już stary jestem, ja nogi nie mam. O, popatrz- mocne, dębowe. Popukaj, słyszysz? To korniki tak mi przez lata protezę zeżarły. Chłoptysiu, za moich czasów to się trzy kierunki studiowało: medycynę dla idei, politechnikę dla forsy i awf, bo tylko tam kobitki nie miały wąsów. Ha, ha, ha!
No co ty robisz?! Ty tego nie zapisuj w dzienniku praktyk, to żart był tylko taki.
Ojej, synek... no dobra, trochę ciężko myślący jesteś. Może ten szaliczek poluzuj, bo sobie odciąłeś dopływ tlenu w górne rejony. Zaczniemy od początku.
Cho no za mną.
Popatrz się synek, tu jest brama główna, co to się do niej przed kwadransem dobijałeś, jakby do kibla po szóstym piwie.
Ładna, nie? Fest drewno, a jaki glanc ma. Te wrota to umyślnie takie solidnie zbudowane, żeby żadna hołota się na plantację nie przekradła. Sianie burz to nie byle bułka z masłem, to nie dla mientkich robota jest, o nie! Popatrz na Józia, jaki terminator z niego. Nawet włosy się go przestraszyły i wszystkie uciekły. No, może z wyjątkiem tych w nosie. Właściwy chłop na właściwym miejscu. Tu trzeba mieć nerwy ze stali i jaja z żelazobetonu.  Jeden niewłaściwy ruch, jeden krok za daleko, jedno słowo za dużo i z niewinnej sprzeczki robi się emocjonalne tornado.
Cho no na plantacje, pokażę ci z bliska.
Czekaj! Co ty chcesz w adidaskach na takie niebezpieczeństwo popylać? A obuwie ochronne gdzie? Nie masz?
Opiekun praktyk nic nie wspomniał?
No rany, julek czymajcie mnie, bo nie wyczymie.
To ty nie wiesz, gdzie na praktyki trafiłeś? Synuś, tu jest plantacja burz, a nie przykościelny klub haftu krzyżykowego. Nie becz już. Nie rycz jak baba, bo jak ci lunę... Serce mam mientkie, ale nie mogę patrzeć jak facet ryczy.
Baba to co innego, baba jest do tego genetycznie zaprogramowana, tak jak krowa do muczenia, ale facet to ma być facet. Twardy, włochaty, a nie popiskujący jak ślepe kocię.
Józiu!
Józiu, zostały ci jeszcze jakieś kapciuszki ochronne? Jaki ty masz rozmiar stopy, synek?
45?
Józiu!
Józiu, daj se spokój z kapciuszkami. Ty mnie lepiej rzuć dwa aluminiowe pokrowce na kajaki.
No masz synek. Pasują? Tak? To git jest.
Tu masz kufajkę, zapnij się aż pod szyję, bo na polach będzie wiało. Tutaj masz czapkę-uszankę. Prawdziwa, z niedźwiedzia. To znaczy misio sztuczny, ale czapka prawdziwa. Klapki opuść na dół, bo jak ci uszy wiatr wywieje, to będziesz rodzince latem za wiatrak robił.
Co się śmiejesz? Co się śmiejesz? Jednego już tutaj takiego mieliśmy. Klapek nie opuścił, na pole poleciał i od tamtego czasu mówiliśmy na niego Dumbo.
Jemu się nie podobało, ale podobno żonka była zadowolona, bo jak się jednym uchem przykrył, to kołdry w nocy więcej nie ciągnął. Tylko ze zdjęciem do paszportu miał problem, bo się w kadrze „en face” nie mieścił. Chciał, biedak, raz w życiu pojechać na zagramaniczne wakacje, do Tunezji, ale go celniki z lotniska zawróciły, bo im się z pyska taki niepodobny wydawał. Facet nie małpa, piękny być nie musi. Tylko rodzince to nie w smak było. Żonka w płacz, dzieciaki w ryk a on sam z rozpaczy się upił, bo zamiast na plażę, to pojechali na urlop do teściowej pod Rybnikiem. A na tę Tunezję, to dziesięć lat zbierali grosz do grosza, żeby porządnie było, z kulturą i elegancko- dwugwiazdkowy hotel i darmowy spirytus w barze przy basenie.
No, już przyszliśmy. Trzym się ścieżki chłoptysiu, nie deptaj po polach. Niejeden na wicher przypadkiem nadepnął i oho! Nieszczęście gotowe. Ty myślisz, że mnie nogę to jak urwało?
Pacz synek, na te grządki, te z przodu. Widzisz?
Popatrz jakie malutkie burze tu rosną. Maaaaleństwa. To takie popierdółki, siejemy je z najmniejszych wiatrów. Ot, potrzebne do tego, żeby naharkać nielubianemu współpracownikowi do kawy albo wywołać bójkę drobnych pijaczków na przystanku autobusowym. Tymi burzami nikt się nie przejmuje, a popyt na nie też niewielki. Komu by się tam chciało wypalać emocjonalnie na nic niewarte kłótnie i docinki? To są takie malutkie świństewka, hodujemy je raczej z sentymentu, niż z rzeczywistej potrzeby. Więcej, synek, dopłacamy do nawozów i oprysków niż mamy z tego zysku.
Jak chcesz to możesz sobie wziąć jedną albo dwie do domu. Dziewczynę masz? Masz. No to ci się przyda, jak się kobitka znowu zapyta, czy grubo wygląda. Tylko sobie w papier zapakuj i pilnuj dobrze, bo jak w autobusie zgubisz, to pewnie znowu zaczną moherowe babcie sapać nad uszami i krzyczeć, żeby im miejsca ustąpić.
Chodź dalej.
Tutaj to już trzeba bardziej uważać. Te burze są większe, bo z rozsady. Tych sprzedajemy najwięcej. Można je sobie nawet w domu, do doniczki na parapecie włożyć, podlewać regularnie i czekać aż będzie jeszcze okazalsza. Do wykorzystania w miarę potrzeby. Jak mąż znowu pijany po pracy wróci albo jak teściowa zacznie się wtrącać w wychowanie dziecków. Dobre są na zwykłe sprzeczki, ale i przy tych większych też dadzą radę, bo nie tracą impetu. Kubkiem o ścianę rzucą albo talerzem, w ostateczności laczkiem przez pysk luną.
Dobry towar i do tego schodzi na pniu. Ba! Dyrektor nawet myśli o rozpoczęciu eksportu, bo mówi, że nasze burze są najlepsze na świecie. Niby Włosi i Hiszpanie tacy temperamentni, ale gdzie ich wyrobom do naszych. Włoskie burze tylko z początku sa głośne a po chwili już cichną. A te polskie to zupełnie na odwrót- najpierw cichutkie, a jak się rozkręcą, to przychodzi policja z mandatem za zakłócanie ciszy nocnej. O, to sztuka taką burzę wyhodować. Synek, nam to lata eksperymentów zajęło, a byli i tacy siewcy, co się dobrowolnie zgłaszali na króliki doświadczalne. Prawdziwi bohaterzy. Niejeden z nich, w imię nauki, musiał się potem na rozwód zgodzić i alimenty płacić.
To się nazywa poświęcenie.
Synek, synek, gdzie łapy pchasz? Tutaj musisz uważać, nie wychylaj się przez barierkę. Nie widzisz, co tu jest napisane? Monsun emocjonalny, z nim ostrożnie trzeba. Z takim wietrzyskiem to już nie ma żartów.
Jak to do czego potrzebne? A ty myślisz, że awantura zdradzanej kobiety albo bójka na sali sądowej podczas procesu spadkowego to się tak sama z siebie zrobi? To są poważne sprawy synek i my te burze hodujemy właśnie na takie okoliczności. Kupują je nieuczciwi wspólnicy, kłamcy, oszuści, malwersanci, złodzieje i zdrajcy. Dla stałych klientów mamy ekstra zniżkę. Popatrz tylko, ale z daleka. Co widzisz? Hę? No właśnie, widać żal okłamanych, łzy zdradzonych i wieloletnią depresję oszukanych. Takich burz lepiej się wystrzegać, bo sieką duszę na strzępy. Podstępne są i to bardzo. Najpierw cisza synek, ale nie dlatego, że towar zepsuty tylko dlatego, że to cisza przed burzą. A potem jak nie łupnie, to ani się człowiek obejrzy i już jest w samym środku wiru, targany smutkiem i troskami, zalewany niekończącymi się łzami niby deszczem.
Fajne, nie?
Ładnie rosną. Trzeba im wprawdzie dużo czasu, ale efekt końcowy jak marzenie.
I do tego jakie łatwe w pielęgnacji. Raz albo dwa na początku wystarczy im trochę nawozu sypnąć, a potem to już kwitną same z siebie. Aby im nie przeszkadzać.
Ile ich sprzedajemy? No, tak z milion rocznie, może nawet więcej.
Nie skądże, żadnej reklamy nie opłacamy. To jest porządny towar, a do tego artykuł pierwszej potrzeby. Każdy, przynajmniej raz w życiu doświadczy takiej burzy, pechowcy nawet częściej.
Wiesz jak to postę...
O, ja cię cholibka!!!
Odsuń się, prędko odsuń się. Popatrz, Józiu z siatką popyla, będzie zbierać burze.
Józiu, nowe zamówienie?
Na cito?
W sejmie ma być pierwsze czytanie ustawy? No to zbieraj, Józek. Parlamentarzysty to mają u nas abonament. Najlepsze klienty. Burze ich osobiście nie dotyczą, ale jak sobie tak pomędrkują „dla dobra narodu” to potem w wielu domach słychać tylko płacz i krzyk, i zgrzytanie zębów.
Polityka to taka dziwna choroba synek, że zachoruje człowiek, a trzeba leczyć oderwanego od rzeczywistości durnia.
Józiu, ostrożnie z tą siatką. Uważaj, bo cię znowu wywieje. Czekaj, przytrzymię cię! Praktykant, łap go za drugiego buta, bo poleci. No co się gapisz jak malowany cielak, łap go! Józiu, uważaaaaj!!!
Uważaaajjj!!!
Oho, no i poszedł jak dzik w młode kartofle.
Jóóóózek, jak bęęęęędziesz przelatywać nad piekarnią to kup mi pół chlebaaaa! Tylko krooojonego!!!!
Się synek nie denerwuj, Józek ma doświadczenie. Ot, teraz poleciał, ale wróci.
Ostatnio trzy dni wracał, bo go wywiało do Katowic, a ty wiesz, ile się jedzie polskimi kolejami z Katowic do Gdańska? Na wakacje pociągami jeździsz? No, to sam wiesz, że to akurat wątpliwa przyjemność.
Chodźmy lepiej dalej, nie ma co się w niebo gapić. Józuś już pewnie nad Radomiem. Pół dnia minęło, coś sensownego musisz przecież w dzienniku praktyk zanotować. Co ty na razie możesz tam zapisać? Że Józkiem śmigło? Fiu, fiu, ryzyko zawodowe. To jak? Czapkę masz fest zwiazaną, kufajkę zapiętą? Tutaj, to ostrożnie trzeba.
Uh... Kluczyk się zacina. Uh... Daj mnie łoma, synek. Tam, pod ścianą stoi. Taaa, to jest nasz „klucz zapasowy”. O, poszło. Wchodź synek, ale powoli.
W tej cieplarni rosną najpiękniejsze okazy żywiołowych szkwałów. Czujesz jak wieje? Ten tu to wiatr zmian, ten to wicher rewolucji, a ten to buran zrywu narodowego. Grzmi się i błyska, o proszę, jakie dzikie bestie. Te burze są dwojakiej natury. Albo przejdą i zostawią po sobie wyłącznie pogorzelisko, albo sprawią, że ludzie będą silniejsi. Widzisz te łańcuchy? Każdy szkwał musi być przypięty łańcuchem ze względu na bezpieczeństwo. Wyobrażasz sobie, co by się działo jakby taki się zerwał? Rewolucja Październikowa to przy nich mały pikuś, synek. Nie, żaden jeszcze nam nie uciekł, ale sprzedajemy kilka rocznie. Ty myślisz, że jakakolwiek manifestacja uliczna to się tak sama z siebie rozkręci? Zamach stanu to tak bez niczego się zacznie? My tu hodujemy wysoko wyspecjalizowane zawieruchy, synek. To jest drogi produkt ale za to dajemy dożywotnią gwarancję i sto pięćdziesiąt procent skuteczności. Że czerwone? Czerwone synek, ano czerwone. Widziałeś ty kiedy bezkrwawą rewolucję? To krew tych, którzy szli na barykady. Tych którzy stali, kiedy jechały czołgi. Tych, którzy oblewali się benzyną i płonęli w niemym proteście.
Każda zmiana zaczyna się od burzy.
Stój, stój, gdzie idziesz? To już koniec, tam dalej nie wolno. Co tam jest? Co tam tak stuka i wyje w tym blaszaku?
Zobaczyć byś chciał? O, nie!
Ech... synek... pracuję tu już tyle lat, ale nawet ja boję się tam zaglądać. Tyle, co podlać, granulatem azotowym sypnąć i chodu!  To sztorm, to zawierucha i nawałnica w jednym. To burza nad burzami, to wiatr nad wiatrami,  hodowany od lat przez najlepszych siewców. To huragan, który porwie i zniszczy całą ludzkość. To sztorm, który zmiecie wszystko z powierzchni Ziemi. Jedyny w swoim rodzaju, czeka na konesera.
Ty się lepiej módl, żeby za twojego życia, nie znalazł się nikt, kto chciałby go od nas kupić.
Gdzie przez szpary zaglądasz? Do nogi, praktykant! To niebezpieczne. O, widzicie, jaki to wiedzy głodny. Wracaj mi tu, ino migiem.
Czas na drugie śniadanie.
Chodź, usiądziemy sobie obok grządki z tropikalnymi mistralami. Przyjemnie tam klapnąć, bo to ciepło, a do tego pachnie morzem, palmami i wakacyjną sprzeczką zakochanych.
Śniadanie swoje masz? Z domu zapomniałeś zabrać? Ach, wy młodzi, wiatr wam tylko hula między uszami. Musiała go twoja mama od nas kupować, bo ten sprzedajemy w pęczkach po pięć sztuk za złotówkę.
Masz tu moje śniadanie, żebyś z głodu nie opadł. Kaszanka, a co innego byś chciał? Co? Tarte z łososiem? Bułkę tarte z łososiem chcesz żreć?  Synek, ja was młodzieży to już do końca życia nie zrozumiem.
Niby to jesteście mądrzy, tacy oczytani a ciągle pleciecie jakieś duby smalone. Nawet nie wiecie, skąd biorą burze. He, he, co mi tu mądralo opowiadasz o różnicy ciśnień i wyładowaniach atmosferycznych. Ajnsztaj się znalazł, cie choroba. A takiego przysłowia nie słyszałeś: „kto wiatr sieje, ten burzę zbiera”?
Co ty myślałeś, że to się wszystko samo tak posadzi, opieli, przytnie i podleje? To wszystko my robimy. Dziś już zapomniano o siewcach burz; ludzie myślą, że to tylko stare porzekadło. A prawda jest przecież taka, że plantacje wiatrów istnieją na całym świecie i mają się dobrze. Ba, wyśmienicie wręcz!
Tylko siewcą nie chce już nikt dzisiaj zostać. Robota ciężka, niebezpieczna i do tego mało płatna.
Może ty byś tu do nas po studiach... Nie? To może, chociaż na umowę-zlecenie? Też nie? No tak, do nas to już nikt nie chce, wolicie bąki w korporacjach puszczać zamiast się za uczciwą robotę wziąć. Kto tu będzie robił, jak z Józiem na emerytury przejdziemy? Zapomniano o nas, ale przecież bez nas nie byłoby tych kłótni, tych sprzeczek, tych wojen domowych, wrzasków, niesnasek i wzajemnych oskarżeń.
A co by wtedy było?
Chaos, synek.
Zamiast lunąć nielubianemu sąsiadowi w mordę za to, że znowu na naszym miejscu zaparkował, to nikt by się niczym nie przejmował. Ludzie wybaczaliby sobie błędy, tańczyli na ulicach kankana i w zgodzie siali marchewkę z groszkiem.
A tak to lu mu z lewej, lu z prawej, nelsonem poprawić i już osiedlowa wojna aż miło popatrzeć.
Zaraz zbiegają się sąsiedzi, psy szczekają, stare baby jazgoczą, wszyscy na wszystkich wilkiem patrzą i anonimowe donosy do administracji piszą.  
Dlatego zawód siewcy jest taki ważny. To my dostarczamy odpowiednią burzę do każdej kłótni. Małą do miłosnej sprzeczki, dużą na przyjazd teściowej, a szkwały na granicę w Pakistanie.
Powiedz, synek, potrafisz sobie wyobrazić świat bez wrzasków, bez wojen, bez nienawiści i bez płaczu? Brr. Co my, siewcy burz, byśmy wtedy zrobili? Chyba z głodu zdechli, tfu!

KONIEC 

wasza
Helga von Klusken

p.s. Miesiąc maj upłynie mi na wielce radosnych wydarzeniach: rwaniu zębów mądrości, dłutowaniu dziąseł i zakładaniu aparatu na siekacze. Czy przeżyję? Nie mam pojęcia. Gdyby zdarzyło mi się kopnąć w kalendarz to publikacja następnego tekstu, z przyczyn ode mnie niezależnych, mocno się opóźni.