Przed wami druga i ostatnia część opowieści o straszliwym buncie pirackim. Całość do pobrania tutaj.
Ahoj, wy ziemne tchórzofretki. Taka mała rada na dzisiaj: jeśli się wahasz co studiować: bibliotekoznawstwo czy też teorię kultury- zostań piratem. Perspektywiczna praca na morzu, z możliwością szybkiego awansu lub zawiśnięcia na najwyższym maszcie, przyzwoite wynagrodzenie i miła, kompetentna załoga, której może nie zawsze ładnie pachnie z paszczy ale i tak tego nie poczujesz, gdyż co wieczór będziesz leżał nieprzytomny na pokładzie, ululany dawką gratisowego rumu. Oto przyszłość, oto przygoda, oto cel istnienia!
Plik PDF można bezpośrednio pobrać i poczytać także tutaj: Bunt na Prince Polo
Bunt na Prince Polo
część 2- ostatnia.
3.
-No i co
teraz?- zapytał Heniek Chudzielec, kiedy tylko przestał już zwracać śniadanie
za burtę. Załoga zebrała się na pokładzie. Lekki, morski wiatr wydymał połatane
żagle i targał czarnym proporczykiem z trupią czachą i piszczelami. Świeciło
słońce, ćwierkały rybki, pluskały się wesoło ptaszki.
-Spokojne wasze rozczochrane.- powiedział antykapitan.-
Kiedy wy oddawaliście się rozkoszom podniebienia ja łamałem sobie głowę nad
nowym porządkiem dnia. Co zazwyczaj robimy po śniadaniu?
-Śpiewamy pirackie pieśni, panie kapitanie, żeby
odstraszyć morskie potwory i bestie.
-Czy to w ogóle działa?
-Owszem, panie kapitanie. Jeszcze nikt nigdy nie widział
żadnego morskiego potwora ani bestii.
-A więc wszystko jasne. Jako antypiraci musimy zrobić coś
dokładnie odwrotnego. Zamiast pieśni będą zatem wiersze. Ty- wskazał palcem na
Zbyszka Gluciocha.- będziesz dobrowolnym ochotnikiem. Wystąp do recytowania
wierszy.
-Ale ja nie znam żadnych wierszy panie kapitanie.- jęknął
żałośnie Zbyszek.
-Chłopie, masz 190 centymetrów wzrostu i dobre 120 kilo
żywej wagi. Tobie w życiu to tylko improwizacja jest potrzebna. No, raz, raz,
mamy napięty program dnia, nie będziemy czekać aż się ściemni.
Zbyszek Glucioch spojrzał błagalnie na towarzyszy, potem
w niebo, jeszcze raz na kamratów i zaczął boleściwie wzdychać.
-Poproszę o telefon do przyjaciela.
-Masz pecha, bo telefon wymyślą dopiero w nastepnym
stuleciu.
-To może chociaż pytanie do publiczności?
-Czy publiczność ma pytania?- zwrócił sie antykapitan do
załogi.
-Nie, panie kapitanie!
-Publiczność nie ma żadnych dalszych pytań.- oznajmił
Zdzisiu.
Zbyszek Glucioch stęknął, jęknął, zmarszczył czoło i
długo coś myślał.
-O czym ma być ten
wiersz?
-O czym tylko chcesz.- odparł antykapitan Zdzisław.- O
ptaszkach, pszczółkach, rybkach albo o wykwitach mykologicznych.
-Przepraszam panie kapitanie... o czym?
- No, o grzybkach.
-Aaa!- twarz Zbyszka Gluciocha rozjaśniła się nagle w
uśmiechu.- Znam wierszyk o grzybkach. Opowiadała mi go moja mamusia jak byłem
jeszcze całkiem małym piraciątkiem. Ot, taki mały co to dopiero przerwał
edukację po pierwszym semestrze podstawówki.
Wyprostował się, nabrał powietrza w piersi i zaczął
mocnym głosem.
Szoruj
bracie swoje stopy, szoruj zimą oraz wiosną.
Szoruj także
na jesieni, bo ci grzybem wnet zarosną.
I skłonił się z gracją osłupiałej ze zdziwienia
publiczności. Antykapitan Zdzisio ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał, a my
spuśćmy zasłonę milczenia na kolejne strofy tego poematu.
Kiedy
tylko opadły emocje związane z recytacją wierszy nadszedł czas na kolejny punkt
planu zajęć antypiratów.
-Pierwszy oficerze!- huknął kapitan a drugi
najdzielniejszy na statku Stasiu Kornik stracił ze zgrozy przytomność i
profesjonalnie padł twarzą na deski.
-Tak, panie kapitanie.- zasalutował słabo, kiedy uczynni
koledzy ocucili go sześcioma wiaderkami morskiej wody.
-Co zazwyczaj robimy jako piraci, po odśpiewaniu pieśni
odstraszającej morskie potwory i straszydła?
-Zazwyczaj panie kapitanie mamy chwilę dla higieny. Brudzimy
pokład, zardzewiamy łańcuchy okrętowe, drzemy żagle na strzępy i smrodzimy pomieszczenia.
-A więc wszystko jasne.- zamyślił się antykapitan
Zdzisio. – Zamiast brudzić musimy posprzątać. W sali gimnastycznej powinny być
szczotki do podłogi, niech ktoś po nie skoczy, tylko ostrożnie bo teraz robią
za hantelki. Mydła nie mamy ale myślę, że spokojnie możemy zastąpić je klejem
albo owsianką ze śniadania. Co do
kurzu... no, kurz to w sumie tu nie przeszkadza. Jest wszędzie, więc za bardzo
w oczy się nie rzuca. Kto się zgłasza do zrobienia przepierki?
-Paaaaaanie kaaaaaapitanie!- rozległ się nagle głos Jurka
Schaboszczaka w bocianim gnieździe, na najwyższym maszcie.- panie kapitanie,
melduję okręt na horyzoncie!
-Doskonale.- pokiwał z zadowoleniem głową antykapitan
Zdzisio.
-Do abordażu!- krzyknęła Helga Ślicznotka wywijając
błyszczącą szablą.
-Siekać, rąbać i rabować!-zawtórowały jej radosne głosy
ale antykapitan Zdzisio szybko ostudził ich zapały.
-Hola, moi panowie.
-I panie.- wtrąciła ponuro Helga, bo już przeczuwała
dalszy ciąg tej rozmowy.
-Racja, i panie. Hola, hola. Jako piraci pewnie byśmy
zaatakowali obcy okręt ale jeszcze dzisiaj rano nie podobało się wam
piratowanie.
-Więc nie będziemy rabować?- zapytał smutno Heniek
Chudzielec.
-Nie.
-Ani łupić?- zadał pytanie Mundek Paszczak.
-Też nie.
-Ani plądrować?
-W żadnym wypadku.
-No to co mamy z nimi zrobić? Wyzwać na turniej
taneczny?- wzruszył ramionami jeden z braci bliźniaków Olafów.
-Doskonały pomysł antypiracie. Otóż to, wyzwiemy ich na
konkurs taneczny. W nagrodę za twoje błyskotliwe myślenie możesz sobie wziąć
dodatkową porcję obiadu.
-Jak to znowu będzie owsianka to chyba wolę się zrzec
swojej nagrody na rzecz towarzystwa walki z nieświeżym oddechem.- odparł
nieszczęśliwie Olaf.
Obcy statek zauważył Prince Polo i skierował się w jego stronę,
znacznie redukując prędkość. Po pięciu minutach był już na tyle blisko, że
można było porozumieć się w elegancji sposób to znaczy krzycząc bardzo głośno.
Statek nazywał się „Rosołak”.
-Hej, wy gamonie.- załoga Rosołaka przywitała się
uprzejmie.
-Jak się macie ciapciaki?- odkrzyknięto kulturalnie z
Prince Polo.
W polu widzenia pojawił się szykownie ubrany pirat. Miał
na sobie żółte lakierki, spodnie w kancik i różową, marszczoną w pasie koszulę
z falbankami, która gustownie podkreślała jego męskość.
-Nazywam się Przemek Karczycho i jestem kapitanem tej oto
łajby i tych oto zuchów.- przedstawił się i wskazał na swoją załogę, mendel
chłopa a każdy z opaską na oku i co najmniej jednym ubytkiem w gębie. Były to
chłopaki co to niejeden statek już w życiu obrabowali i z niejednego pieca rum
pili. Najgroźniejsi z nich mieli opaski nawet na obu oczach, tacy to byli
chwaci nieustraszeni.
-Jestem Zdzisław Cebulowy Oddech.
-Cebulowy Oddech? To twoje nazwisko?- zdziwił się obcy.
-Raczej cecha charakteru.- mruknął pod nosem Rysiu
Wiewióra.
-Prawda ci to.- kapitan Zdzisiu dumnie wypiął pierś.-
Nazwisko moje zacne, którym szczycę się z dziada, pradziada a nawet prababci.
Taki ze mnie polski Jack Sparrow, tylko ze zdecydowanie mniejszym budżetem.
Ryszard Karczycho pokiwał z uznaniem głową.
-Fajnie jest sobie popływać po morzu, nawdychać się jodu,
soli i cukru. Tak żeśmy was zobaczyli z daleka i żeśmy se pomyśleli, że z was
pewnie morowe chłopaki. Łódeczkę macie prawilną, ciuchy też niczego sobie. Tak
se z chłopakami wyiwaniliśmy, że może byśmy w ramach wymiany kulturalnej skrzyżowali
szabelki. Jakiś abordażyk zacny, trochę
bitewnego zgiełku. Słońce świeci, rybki ćwierkają, szkoda by zmarnować tak
piękne okoliczności przyrody. Co wy na to? Chceta się bić?
-Zasadniczo i owszem.- odparł uprzejmie antykapitan
Zdzisio. – Niestety dzisiaj akurat nam nie wypada.
-A co?- zakpił ktoś głośno z Rosołaka. – Na L4 wszyscy
jesteście?
-Zasadniczo to nie.- wyjaśnił Zdzisio.- wyjątkowo jesteśmy
dzisiaj antypiratami i zachowujemy się dokładnie odwrotnie do tego co robią
prawdziwi piraci.
Szczęki załogi Rosołaka w hukiem opadły w dół. Sam
Ryszard Karczycho patrzył z niedowierzaniem na swoich przeciwników. Ktos
nerwowo cykał zdjęcia swoim Ajwodem, ktoś inny zdawał bezpośrednią relacje na
Piratobooku.
-Że jak?- odezwał się po dłuższej chwili kapitan Rosołaka
a czoło marszczyło mu się boleśnie z nadmiaru myślenia.
-Antypiraci jesteśmy. Na abordaż nie pozwala nam nasz
obecny światopogląd ale za to możemy was wyzwać na pojedynek taneczny.
Szczęki załogi Rosołaka opadły jeszcze niżej, przebiły
pokład i wybiły dziury w burcie, aż trzeba było włączyć automatyczne pompy w
maszynowni.
-Że jak?- powtórzył swoje pytanie Ryszard.
Antykapitan Zdzisio ukłonił się lekko, pstryknął palcami
rytm na trzy i skinął głową na swoją załogę. –No to raz, dwa, trzy, panowie
balecik!- zawołał śpiewnie.
Antypiratom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Z
bocianiego gniazda popłynęły, wygrywane na grzebieniu, tłuste bity a dzielna
załoga Prince Polo zatopiła się w tańcu.
Heniu Chudzielec wirował w rytm skocznej muzyki i kreślił długimi,
niczym u pająka, rękami pełne gracji figury. Leszek Pączuś w swoim tanecznym
zachwycie odmalowywał scenę miłosnego spotkania pary łabędzi. Mundek Paszczak
wirował na głowie, na brzuchu, na pupie i na uszach a bracia bliźniacy Olaf i
Olaf wzięli się pod ręce i skakali kujawiaczka. Stasio Kornik wystukiwał swoją
drewnianą nogą do taktu i wrzeszczał w zupełnie nieodpowiednich momentach „uchacha”
na góralską nutę. Rysiu Wiewióra mocno machał biodrami na wszystkie strony
świata, nawet te, których nie ma na mapie i z niezwykłą gracją udawał
parowóz. Nawet pani Jola podrzucała w
górę w rytm muzyki Zbyszka Gluciocha, mimo, że ten ostatkami tylko sił trzymał
w żołądku resztki owsianki ze śniadania.
I tak płynęli, wirowali w tym tańcu, skacząc, falując,
drżąc i gibiąc się coraz prędzej i prędzej niby w tamtamicznym transie i
wszystko było takie piękne, że aż strach było patrzeć. Ale antykapitan Zdzisio
patrzył mimo wszystko, z ojcowską dumą, na swoją załogę, bo taki był dzielny i
puchł z zadowolenia, chociaż za bardzo to więcej spuchnąć już nie mógł, gdyż
gruby był bardzo. I kiedy ucichła ostatnia nuta i przebrzmiały ostatnie dźwięki
grzebieniowego walca dzielni antypiraci otworzyli oczy i spojrzeli zwycięsko na
swoich przeciwników w tym tanecznym pojedynku. Ale Rosołak był już bardzo
daleko, hen, hen gdzieś za horyzontem, tylko odległy krzyk niósł się po wodach
niczym powiewająca na pożegnanie chusteczka.
-Wariaci! Jak mamę kocham, normalnie wariaci!!!
4.
Załoga
Prince Polo uznała zatem, że wygrali turniej taneczny walkowerem. Słońce stało
na niebie bardzo wysoko a morskie powietrze zaostrzyło apetyty.
-Obiad, moi drodzy antypiraci.- zadysponował kapitan
Zdzisio.- Ale przedtem proszę, umyjcie rączki.
-Co mamy zrobić?- w tłumie rozległy się nerwowe
zapytania.
-Umyjcie rączki.- powtórzył dowódca.- Przed obiadem należy
zawsze umyć rączki.- i wskazał swoim chłopakom drogę do umywalni. Przybytek ten
był już od dawna nieużywany. Drzwi otworzyły się ze złowrogim skrzypieniem.
Długie pajęczyny zwisały z sufitu a gruba warstwa puszystego kurzu przykrywała
podłogę.
-Trzydzieści lat służę na tym statku a nie wiedziałem, że
mamy łazienkę!- zawołał zdumiony Stasio
Kornik. Antykapitan odkręcił kurek i z
zardzewiałego kranu pociekła ciepła woda.
-Który pierwszy?
Wśród załogi zapanował popłoch.
-Czy to aby na pewno higieniczne?- zapytał ktoś, nieufnie wpatrując się w
strużkę wody.
-Ja mam zwolnienie od lekarza!
-A ja uczulenie na wodę, panie kapitanie!
-Przecież myłem rączki na Boże Narodzenie przed trzema
laty!
-Mamusiu! Mamusiu!!!
Ale nie na wiele pomogły im krzyki i wrzaski, bo
antykapitan był nieustraszony. Nie zważając na żadne szlochy ni płacze osobiście
dopilnował, by każdy z łachudrów namydlił łapy mydełkiem o zapachu
brzoskwiniowym i spłukał dokładnie. Umęczenie antypiraci powlekli sie do
stołówki.
-Prawdę mówiąc, wyobrażałem to sobie troszeczkę inaczej.
–westchnął głośno Stasiu Kornik.
Pani Jola skończyła właśnie gotować obiad, gdyż
nieziemskie zapachy wypełniały całą messę.
-No, tym razem to jednak coś pysznego, słowo daję.-
krzyknął z radością Leszek Pączuś, mimo, że w oczach lśniły mu jeszcze łzy po
myciu rączek. Nie, nie dlatego, że Leszek był mięczakiem, o nie! Po prostu,
chcąc zrobić na swoim kapitanie szczególnie dobre wrażenie przemył sobie mydłem
także oczy. (Dzieci! Nie próbujcie tego w domu!) Dopiero jednak po fakcie
stwierdził, że ten pomysł nie zasługuje na wzmiankę w okrętowej księdze
dobrych uczynków. W ogóle nie zasługuje na wzmiankę w jakiejkolwiek księdze.
W tej też nie.
-Co za pyszności.- oblizał się ze smakiem Mundek
Paszczak. –Pachnie jak krem waniliowy! Szynka parmeńska! Ach trzymajcie
mnie...żurek z jajkiem!
Do ich stolika zmierzała już pani Jola, tryskająca
radością niczym próchnica.
-Cóż to nam dzisiaj upichciłaś, radości moich oczu?-
zapytał Leszek Pączuszek.- Czyżby to był tort cytrynowy, przybrany kandyzowanym
bakłażanem? A może bigosik z grzybkami i makaronem?
-Albo jajka w majonezie i pulchne bułeczki nadziewane
kokosowymi landrynkami?
-Czyzby mamałyga???- zakrzyknęli chóralnie i z
zadowolenia zmrużyli oczy.
Chlast, chlast, chlast.
-Szpinak z zielonym groszkiem.- odpowiedziała ponuro pani
Jola i prędko napełniła ich talerze
zielonkawą mazią o konsystencji błota. –Życzę smacznego.- i oddaliła się, by
napełnić miski innych biesiadników.
Antypiraci spoglądali z rozpaczą w swoje talerze.
-Chyba jednak wolałbym zupę z rumu.- westchnął Leszek
Pączuś a Mundek Paszczak tylko pokiwał ze zrozumieniem głową.
-Masz całkowitą rację. Ja bym nawet pieczonym rumakiem
nie pogardził.
Po czym siorbiąc ostrożnie, z zamkniętymi oczyma,
połykali kawałki groszku ze szpinakiem a flaki wywracały im się z obrzydzenia.
-Miałem nadzieję na coś z czekoladą i kiszoną kapustą.-
szlochał mały Rysiu Wiewióra. Natomiast antykapitan uśmiechał się chytrze i z
udawanym zadowoleniem jadł swój groszek ze szpinakiem, klepał głośno po brzuchu
i chwalił walory kulinarne obiadu. Wiedział on bowiem dobrze, że pirat zawsze
pozostanie piratem i nawet torcik malinowy czy suszone śledzie z kremem nie są
w stanie zmienić jego prawdziwej natury.
Tylko antypiraci tego jeszcze nie pojmowali.
Obiad minął prędko i w grobowej
atmosferze. Olaf, szczęśliwiec, który dzięki pomysłowi na turniej taneczny
uzyskał prawo do dodatkowej porcji szpinaku z zielonym groszkiem, zrzekł się
dzielnie tego przywileju na korzyść swojego brata Olafa. Wzruszony tą miłością
braterską Olaf walnął brata prosto w nos, zaś bliźniak nie był mu dłużny i
wytargał kochanego braciszka za włosy. Krewką dwójkę musiał rozdzielić sam
antykapitan Zdzisio i nakazał im pomóc pani Joli przy zmywaniu naczyń.
-I niech to będzie dla was nauczką. Za złe zachowanie
żadnych przyjemności. Pomyjecie naczynia a potem marsz do swojej kajuty.
I poznali piraci jak okrutny ale i sprawiedliwy był
Zdzisław Cebulowy Oddech. A istotnie kara była straszna, gdyż następne w
punkcie dnia były emocjonujące wyścigi łodzi podwodnych.
Zaraz po obiedzie roz... rezent... entuzjazymowani... no, w każdym razie bardzo szczęśliwi
antypiraci zebrali się na pokładzie i obsiedli lewą i prawą burtę statku.
Niektórzy trzymali w dłoniach przygotowane wcześniej flagi z takimi budującymi
napisami jak: „Torpeda zawsze wygrywa” czy „płyń jak ryba, wielorybie”. Kilkoro
z nich ubrało się w szaliki swoich ulubionych drużyn, inni założyli koszulki
kupione w sklepach z artykułami dla fanów.
-Juhu! Niech żyją wyścigi łodzi podwodnych!
-Nie ma to jak trochę sportu po obiedzie.
-Tylko czy aby na pewno będą się tym razem ścigać fair
play? Podczas ostatnich badań antydopingowych odkryto w baku Torpedy kilogram
wzbogaconego uranu.
-Wieloryb nie ma po prostu szczęścia do trenera. Co roku
ktoś nowy. Jak nie Zgmoch to znowu jakiś
latający Holender.
-To wszystko wina zarządu, panie. Kolesiostwo i tyle. A
bilety na ostatnie mistrzostwa to swoim ulubieńcom porozdawali.
-Sędzia kalosz! Sędzia kalosz!
Gwar wzmagał się i rósł. Wyjątkowo obrotna pani Jola,
zaczęła krążyć wśród tłumu oferując po bardzo niekorzystnych cenach szpinakowe
hot-dogi i orzeźwiającą wodę morską w plastikowych kubkach.
-Komu hot-doga bo boli mnie noga? Kto kupi napój
niegazowany, wprost z morza czerpany?
Napięcia narastało, wzmagał się śmiech i gwar. I tak
siedzieli na burcie antypiraci godzinę, półtora, dwie po czym po trzeciej w
końcu stwierdzili ,że te wyścigi łodzi podwodnych to jednak nie jest zbyt
emocjonujący sport, gdyż nie za wiele widać.
-Khm, khm.- odkaszlnął bardzo profesjonalnie antykapitan
Zdzisio i następnie beknął już w sposób zdecydowanie mniej profesjonalny. – O,
sorry.- zawstydził się.- Po szpinaku zawsze mam gazy tą drugą stroną. Szanowne
drapichrusty! Jako piraci, o tej porze dnia, codziennie graliśmy w gry
zespołowe typu „zepchnij z trapu berka”, „chodzi rekin koło drogi nie ma ręki
ani nogi, bo ma płetwy”, zawody w jojo z
cegłą na sznurku i śmierdzibabka czyli odgadnij po zapachu kto jadł wczoraj
czosnek.
-Hura!!!!- krzyknęli antypiraci i już zaczęli dzielić się
na drużyny do koszykówki z armatnią kulą i ulubione przez wszystkich dwa ognie
z miotaczami płomieni.
-Hola, hola, panowie!- ostudził ich zapały antykapitan.
-I panie.- dodała smętnie Helga Ślicznotka.
-Żadne takie moi drodzy kamraci. Ogłaszam, że w dniu
dzisiejszym zorganizujemy kółko szachowe. Szachy to wspaniała gra strategiczna,
dzięki której wytrenujecie wasze zdolności posiadania braku pojęcia o tym, jaki
ruch zrobi wasz przeciwnik oraz naturalnie refleks. Proszę przynieść wszystko
co potrzebne do tej gry: stolik, planszę, kilka krzeseł, świnię ubraną w
niebieski trykocik, opakowanie mielonego mięsa z indyka, ciastka,
glebogryzarkę, dwa szaliki z angory i słoik marynowanego węgorza.
Nie minął nawet kwadrans kiedy wszystkie potrzebne elementy
gry znalazły się na pokładzie.
-Panie kapitanie.- zameldował Rysiu Wiewióra.- Melduje
posłusznie, że nie znalazłem ciastek. Przyniosłem za to zaprawę murarską.
-Dobry chłopak.- pochwalił go dowódca. Przygotowania do
gry były ukończone, okazało się jednak, że największym problemem jest podział
drużyn.
-Więc jak z tym
będzie, dzielimy się na tych którzy grają w koszulkach i bez koszulek a potem
zmiana po drugiej połowie?- zapytał Stasio Kornik.
-Wolałabym zdecydowanie inny podział.- wtrąciła ciut
zniesmaczona Helga Ślicznotka.
-Przecież nie możemy się wszyscy naraz rozebrać!-
zaoponował Leszek Pączuś.
-No, nie przed 22 w nocy.- wtrącił się kapitan.
-A może podzielimy się na tych, co znają hiszpański i na
tych co nie znają?
-Nikt z nas nie zna hiszpańskiego z wyjątkiem Franka
Frędzlocha a i on sam nie jest pewny czy to na 100 procent hiszpański. W każdym razie, podczas ostatniego pobytu w
Brazylii miał trudności komunikacyjne. Chciał kupić kilo szynki a przez
przypadek wziął udział w wyborach na burmistrza Sao Paulo. I wygrał!
-To może na tych, którym smakuje kuchnia pani Joli i na
tych, którym nie smakuje?
-Chcesz mi powiedzieć, że komukolwiek na tym statku nie
smakuje moja kuchnia?- wtrąciła groźnie pani Jola, szczęśliwa niczym rachunek z
gazowni, która niezauważona przez nikogo, opuściła swój kantorek i przyglądała
się rozgrywce. Podwinęła rękawy swojego kwiaciastego fartucha i podparła się
pod boki eksponując bicepsy wielkie niczym dojrzałe arbuzy.
-Nie, no nie... Ja tylko tak chciałem coś zrobić dla
jedności załogi. Żebyśmy wszyscy byli jedną, wielką, kochającą się drużyną...
bo wszystkim smakuje, oczywiście...
W końcu, po długich naradach zdecydowano, że drużyny
podzielą się na te grające białymi figurami i
te, które zagrają czarnymi. Kapitanem jednej drużyny miał być oczywiści
kapitan a drugiej, pierwszy oficer, Stasio Kornik.
-Zaczynaj brachu.- ryknął na swojego oficera antykapitan
Zdzisio a ten (drugi, najodważniejszy na statku) zemdlał z przerażenia. Chwilę
trwało nim ocucono Stasia.
-Chciałbym kupić samogłoskę.- powiedział, gdy jego
drużyna skończyła już cucić go za nogi w oceanie.
-Uuu... z grubej rury.- zamyślił się antykapitan. Będący
w jego zespole Zbyszek Glucioch trącił go w łokieć. –A może byśmy tak poprosili
o jeszcze jedną nutkę?
-Doskonały pomysł. Chcemy jeszcze jedna nutkę i
zaznaczamy odpowiedź B.
Zespół Staszka Kornika poprosił o czas. Oddalili sie
nieco na stronę, spletli w ciasnym kółku ramionami i zaczęli gorączkowo
szeptać.
-Kupujemy hotel i żądamy czynszu za dworzec.- powiedział
butnie Stasio Kornik kiedy wrócili do gry. Na czole antykapitana i jego
zawodników wystąpił rzęsisty pot. Przeciwnik zaczynał zdecydowanie wygrywać. Na
tym etapie rozgrywki każdy, najmniejszy nawet błąd mógł przynieść nieodwracalną
klęskę i zaważyć o zwycięstwie lub przegranej.
-Eee..- zamyślił się antykapitan. – To może...to
może...to może z uwagi na wiatr
chciałbym złożyć wniosek o skok z wyższej belki.
-Uchylam!- wrzasnął Stasio.
-Uważam, że rację ma Dusia a January blefuje!
-Czerwona kartka i 3 minuty kary!
-Naciskam kontrol c i kontrol v!
-Lekko sprzęgło i ostatnia prosta do dechy!
-Podbijam stawkę do trzech!
-Sprawdzam!
-Poker!
-Kier!
-Dzwonki!
-To ja pójdę otworzyć.
I w tym momencie stało się już jasne, że drużyna
antykapitana Zdzisia przegrała sromotnie. Antypiraci grający po stronie szefa
wpatrywali się ponuro w plansze, niektórzy ukradkiem wycierali nosy w rękaw
kaftana. Kapitan podniósł się z krzesła a po jego minie widać było, że wstydzi
się bardzo.
-E tam, specjalnie daliśmy wam wygrać.- powiedział w
końcu i szybko zarządził przejście do nowego punktu dnia.
5.
Dzień
zbliżał się powoli ku końcowi. Czerwono złote promienie słońca kładły się
długim cieniem na pokładzie i ozłacały każdą drobinę kurzu i brudu niezwykłym
blaskiem. Niebo ściemniało a towarzyszące statkowi mewy odleciały gdzieś na
południe, by powoli szukać sobie miejsca do snu.
-Dobra chłopaki.- antykapitan Zdzisio zatarł z radością
ręce.- Przed kolacja zazwyczaj słuchamy opowiadań o innych dzielnych piratach i
ich przygodach. W związku z tym, że dzisiaj jesteśmy antypiratami chciałbym,
abyśmy zamiast bajki, wysłuchali wykładu naszego okrętowego dentysty, doktora
wyrachowanego, profesora inżyniera łucznictwa i śpiewania falsetem Mundka
Paszczaka. Proszę o brawa panowie.
-I panie.- dodała Helga Ślicznotka.
Potok gromkich braw zalał Prince Polo. Mundek Paszczak
stał już za pulpitem naprędce skleconym z kartonu z napisem: „ polisz
pierogis. Mejd in czajna, może zawierać śladowe ilości izotopu C-14 i orzeszków
ziemnych”. Kłaniał się uprzejmie na wszystkie strony a wielka mucha na szyi
chwiała się na wszystkie strony za każdym razem gdy kiwał głową. Na szczęście
musze szybko znudziła się ta karuzela i odleciała pospiesznie, bzycząc przy tym
ze zdenerwowania.
-Panie i panowie!- zaczął.- Szanowni słuchacze, dostojni
prelegenci, pan, panie kapitanie i ty Wysoki Sądzie. Korzystając z okazji, że
dzisiaj czwartek chciałbym wygłosić przemówienie na temat: "wpływ nawozu
fosforanowego na wychowanie współczesnej młodzieży".
Z widowni dobiegły jeszcze raz gromkie brawa, gwizdy
uznania a także pokrzykiwania „brawo” i „niech żyje”! Mundek Paszczak
zarumienił się ze wzruszenia i ukłonił jeszcze niżej ale to tak nisko, że nagle
znalazł monetę pięciozłotową, którą ktoś zgubił poprzedniego lata.
-Panie i panowie.- wrócił do wykładu.- Po latach badań
wnioski nasuwają się same. Używanie nawozu fosforanowego nie ma żądnego wpływu
na wychowanie współczesnej młodzieży. Dziękuję państwu za uwagę.
I wśród gromkich braw zszedł dumnie z podestu.
Z okien
kuchni dobywały się zapachy będące połączeniem aromatu gotowanych kalafiorów,
zdechłego skunksa i nie pranych skarpetek – znak był to niechybny, że pora na
kolację. Antypiraci powlekli się do stołówki. Dzięki swojemu doświadczeniu ze
śniadaniem i obiadem nie obiecywali już sobie rozkoszy podniebienia przy
wieczornym posiłku.
-Ja chcę coś z cukrowaną posypką i grilowanym śledziem.-
szlochał Rysiu Wiewióra a jeden z braci bliźniaków Olaf (wolno im było opuścić
kajutę na kolację) gładził go po włosach i uspokajał, choć sam minę miał
nietęgą. Leszek Pączuś otarł z oka łzę.
-Pachnie niczym ciasto z kiszonych buraków.
-Albo budyń z pasty do butów.- dodał smutno Mundek
Paszczak. W kierunku ich stolika zbliżała się pani Jola z wielką parującą michą
pod spoconą pachą.
-Cóż nam niesiesz bezsensie mojego nędznego życia?-
zapłakał Leszek.- Czyżby kisiel grochowy z ostrym sosem z mielonych papryczek?
-A może zapiekankę z błota, piasku i muszelek?- dodał
Mundek.
-Albo mamałygę!- zawołali chórem i padli sobie w objęcia
głośno roniąc łzy rozpaczy. Chlast, chlast i chlup- pani Jola prędko napełniała
miski.
-Gotowana rzepa. Życzę dobrego apetytu.
-Hej! Ale w mojej rzepie jest śrubka!- krzyknął Mundek
gmerając w talerzu łyżką.
-W waszej diecie jest stanowczo za mało żelaza. Potraktuj
to jako dodatek witaminowy.- poradziła mu pani Jola i oddaliła się by dalej
rozdzielać kolację.
Smutno było i ponuro. Nawet dziarski antykapitan Zdzisio
stracił cały swój animusz i tylko michrał widelcem w swojej rzepowej brei.
Gdzieniegdzie słychać było westchnienie i ciche chlipania.
-Ech, chłopaki.- sapnął w końcu głośno dzielny dowódca
Prince Polo.-Zbierajcie się. Noc dawno już zapadła i widać księżyc. Ustawcie
się w kolejce do mycia nóg a potem do spania.
Nagle na stołówce zapadła przejmująca cisza. Zalany łzami
Rysio Wiewióra podniósł głowę i spojrzał z niedowierzaniem. Helga Ślicznotka
poruszyła się niespokojnie na krześle, bracia bliźniacy Olaf i Olaf wydali
okrzyk zgrozy a Jurek Schaboszczak, któremu wciągnięto na sznurku jedzenie na
jego bocianie gniazdo, spadł z wrażenia.
-Co takiego???
-Ustawcie się w kolejce do mycia nóg.- powtórzył
niewzruszony antykapitan. – Chcieliście być antypiratami to zachowujcie się
załogo jak na antypiratów przystało.
-O, co to to nie!- krzyknął Mundek Paszczak i chwycił się
bohatersko za stopy.
-Tego to już za wiele!- ryknął oburzony Leszek Pączuś.
-To ja przez lata zbierałem zawodowy brud, żeby teraz tak
po prostu umyć nogi?- zawrzeszczał z pokładu Jurek Schaboszczak.- To gwóźdź do
trumny mojej kariery!
-Jestem profesjonalnym piratem i w mojej umowie nie ma
żadnej wzmianki o myciu nóg!
-Hańba!
-Tego już za wiele!
-Czy ktoś zawiadomił związki zawodowe?
-Chyba znowu bunt majo panie kapitanie.- zauważyła
filozoficznie pani Jola, kiedy to pierwszy talerz z rzepą śmignął jej koło ucha
i rozbił się na ścianie.
-Nie dla mycia nóg! Mycie nóg to urody twojej wróg!!!
-CISZAAAA!!!!!- huknął z całej siły kapitan Zdzisiu. – A
więc nie podoba wam się antypiratowanie?
-Nie podoba!!!- odparł tłum.
-I nie chcecie być antypiratami?
-Nie chcemy!!!
-I zrozumieliście już, że nie warto udawać kogoś, kim się
tak naprawdę nie jest?
-Tak, zrozumieliśmy!
-Więc zgoda. Od dzisiaj znowu jesteście piratami.
Zarządzam wieczorne brudzenie nóg! Z tej okazji proponuję podać wszystkim
podwójną porcję rumianku!
-Niech żyje najdzielniejszy Zdzisław Cebulowy Oddech!-
szalał uszczęśliwiony tłum i rzucał się sobie z radości w ramiona. Brawa,
wiwaty, okrzyki uznania oraz tańce trwały jeszcze do późnej nocy. Obudzone tymi
hałasami rekiny podążyły za statkiem zwabione zapachem świeżych, rumowych
babeczek i pinacolady a ciekawskie mewy z zainteresowaniem przysłuchiwały się
pirackiej pieśni.
Kiedy pani z
dziekanatu
znowu da ci
do wiwatu,
to zaciągnij
się na morze,
nie
zaszkodzi, a pomoże.
Żadnej pracy
tu nie piszesz,
lecz na
linach się kołyszesz,
nie udajesz
inżyniera,
tylko sztorm
cie poniewiera.
Nie
potrzebny żaden tytuł,
ani żadne
doświadczenie,
bo piraty to
kamraty,
to
hultajskie sprzymierzenie.
A waleczny i sprytny kapitan Prince Polo stanął na stole,
oparł ręce na biodrach i spoglądał czułym wzrokiem na swoich chłopaków (i Helgę
Ślicznotkę). I tylko on wiedział już wcześniej, że prawdziwy pirat nie boi się
być piratem i nigdy, nigdy nie udaje, że
jest kimś innym. Bo chociaż bycie wyłącznie sobą może od nas wymagać nie lada
jakiej odwagi, zawsze sprawia, że jesteśmy ciut bardziej szczęśliwsi. Takie to
było ważne doświadczenie dla całej załogi Prince Polo, z wyjątkiem pani Joli,
naturalnie. Bo pani Jola wyniosła z tej
przygody inną, cenną lekcję. Mianowicie, że makaron trzeba gotować, inaczej
jest niesmaczny.
Na pewno nie
KONIEC
Wasza
Helga von Klusken
p.s. Koniec to to nie jest, gdyż czekają nas z pewnością kolejne wesołe perypetie kapitana Zdzisia i jego dzielnej załogi. A na deser mam dla was jeszcze jedną piracką pieśń:
Do wyłącznie prywatnego użytku, jest literek tych mnogość w kupie.
Jak je powielisz bez mojej zgody, to znajdziesz się w ciemnej dupie.
Ahoj!
